wtorek, 15 lipca 2014

Polskie wybrzeże, czyli rowerem ze Słupska do Trójmiasta.

Rach - ciach! Rower w piach!

Majówkę mieliśmy za sobą. Nie ruszyliśmy jak inni nasi znajomi na hurra w Polskę, bo z naszego doświadczenia wynikało, że pierwsze dni maja ze względów komercyjnych właśnie, nie są najlepszym czasem do podróżowania. Korki na drogach, tłok na kolejowych stacjach, problemy z wynajęciem pokoju w ciekawszych turystycznie regionach kraju. Sumując to wszystko postanowiliśmy odłożyć zdobywanie Polski i przełożyć wyjazd na najbliższy wolny weekend. Łatwo się domyśleć, że nieco przez ten czas zgłodnieliśmy...


Pada u Ciebie?- pytała Zuza przez telefon tarabaniąc w Poznaniu rower do pociągu – Bo u mnie leje… Świetnie! Nawet mi o tym nie wspominaj! – pisnąłem do słuchawki mając jeszcze świeżo w pamięci paskudne przedwiośnie, przedłużające się w nieskończoność ciągłymi opadami świeżego śniegu. Przyszedł marzec, sypało, przyszedł kwiecień, padało. Przyszedł maj i… miało świecić!
Obserwowałem pogodę przez kilka dni z rzędu. Słońce przypominało o sobie i swoim istnieniu. Spędziłem tydzień w Słupsku i żadne znaki na niebie nie wskazywały, że ma się coś zmienić. Czy więc Zuza zawsze musi podróżować z deszczem w sakwie?
Dobrą trzy godziny później, mimo rzęsistej ulewy mapa zawisła na moim kierowniku wskazując jedyny słuszny kierunek, w tym wypadku północno-wschodni. Od blisko dwóch lat w miarę możliwości i czasu staram się zwiedzać polskie parki narodowe. Ze Słupska najbliżej jest do Słowińskiego PN. Pomorze Środkowe jest dla mnie obszarem zupełnie niepoznanym, które chętnie w każdą możliwą stronę zjadę i zwiedzę na wskroś. Skoro jednak los zdecydował, że zwiedzać i pedałować będziemy mokrzy, niech zatem tak będzie.



Zaczynamy od Słupska. Zwiedzanie intensywne. Z intensywną turystyką miejską spotkaliśmy się już nie raz. Nie jesteśmy miłośnikami łażenia po mieście. Zwiedzamy więc zazwyczaj ekspresowo... Toczymy się przez miasto, a kiedy zauważamy mile wyglądającą kawiarnię, wchodzimy do środka, pytamy o ekspres by po chwili siać już spustoszenie wśród ciastek i ciasteczek, sącząc przy tym capuccino na zmianę z bawarką. Gdy pada, robimy to aż do znużenia. Kiedy znużenie przychodzi, zwykle też przestaje padać. Nie wiem, czy w sposobie tym nie przeważa powoli szaleństwo, ale sposób działa. Działał. Tym razem coś się zacięło.
Tracimy więc w kawiarni cenne dwie godziny, a kiedy okazuje się, że nici z naszego planu, jedynie pobieżnie zwiedzamy miasto. Odwiedzamy jego największe zabytki. Zaglądamy do gotyckiego kościoła pw. NMP, podziwiamy zdobiącą jeden z parków, niczym diament cesarską koronę kaplicę św. Jerzego, Zamek Książąt Pomorskich oraz niezwykle fotogenicznie położony XIX wieczny spichlerz. Jako ciekawostkę warto dodać, że budynek ten przeniesiono w obecne miejsce z innej części miasta. Doskonale jednak wkomponował się w krajobraz, stanowiąc dziś idealne miejsce na spacery i ślubne sesje fotograficzne. Wstępujemy też na chwilę do słupskiego ratusza, by móc na własne oczy obejrzeć imponujący strop klatki schodowej. Ratusz miejski wybudowany na początku XX wieku, dziś stanowi dla turystów odwiedzających centrum z najczęściej zapewne fotografowany obiekt miasta. Sam Słupsk od 1975 do 1998 roku pełnił funkcję stolicy województwa. Na lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte przypadł więc jego zdecydowany rozwój. Dziś to prężnie działający ośrodek przemysłowy. Warto się tam zatrzymać chociażby na chwilę.
Ci, którzy cenią sobie spokój, mogą do woli delektować się zadbanymi parkami, ci natomiast którzy z ekscytacją wspominają paryskie bulwary, udać się mogą na przejażdżkę ulicą Wojska Polskiego. Dla mnie, skojarzenie z francuską stolicą było jednoznaczne.



Z miasta wyjeżdżamy wojewódzką drogą nr 213. Prowadzić może nas ona do samego Pucka. My korzystać z niej będziemy jeszcze kilkakrotnie, choć w ramach urozmaicenia szukać też będziemy innych, alternatywnych tras. W jednostajnym, choć na szczęście ciepłym, wiosennym deszczu dojeżdżamy do Lubuczewa. Tu, na zakręcie drogi dostrzegamy imponujący, a wyglądający na XIX, czy początek XX wieku budynek. Wjeżdżamy na jego podwórze by przyjrzeć mu się z bliska. Dopiero stojąc pod jego oknami, odczuwamy dziwne wrażenie, jakie robi nie tylko jego architektura, ale także spojrzenia jego mieszkańców... Okazuje się bowiem, że w budynku znajduje się ważny w regionie oddział leczenia uzależnień. Codziennymi mieszkańcami są nieradzący sobie z alkoholizmem zakładnicy procentów. Będąc wprawdzie uzależnionymi od rowerów, ale i przy okazji mając na czym uciekać, spędzamy tam jedynie krótką chwilę. Zamiast leczenia decydujemy brnąć dalej w nasz przyjemny nałóg. Drogą jaką przychodzi nam jechać, przypomina mi momentami trasy w hiszpańskiej Galicji. Koloryt drzew, mglistość oraz duża wilgotność sprawia, że czasami wjeżdżamy w miejsca bardziej niż bajkowe. Przyroda szykująca się dopiero do „opóźnionego wybuchu” ewidentnie cyka już niczym zegar w przesyłce zamachowca. Jedynie dni dzielą nas od czasu, kiedy drzewa, krzewy i łąki najeżą się zielenią liści, a my znów będziemy mogli kryć się wieczorami po krzakach w poszukiwaniu miejsca na rozbicie namiotu. Przez lasy i małe, napotkane po drodze wioski zmierzamy do Smołdzina. Zatrzymujemy się na chwilę w Wielkiej Gardnej, by skorzystać z mieszczącego się tutaj punku widokowego na Jezioro Gardno. Mglistość tego południa nie pozwala wprawdzie sięgnąć nam wzrokiem zbyt daleko, ale widok i tak wydaje nam się wart uwagi.
Podobnie rzecz ma się z samym Smołdzinem. Kto lubi wypychane zwierzątka może tam zajrzeć do Muzeum Słowińskiego Parku Narodowego. Kto woli żywe, może rozejrzeć się po okolicy. Znajdujemy się już bowiem na granicy obszaru parkowego. Zamknięte poza sezonem bary zapachną znów fryturą z początkiem lata, więc obiad pod postacią przemyconych z Poznania marcińskich rogali przychodzi nam jeść na autobusowym przystanku. Choć z mapy wynika, że do Łeby dojechać możemy na skróty, to jednak wyglądająca z okienka parkowej kasy uśmiechnięta pani doradza nam, by poszukać innej drogi. Deszcz rozmył ziemistą ścieżkę i przez kilkanaście kolejnych kilometrów musielibyśmy pchać nasze rowery. Korzystamy z dobrej rady dobrej cioci i łamaną drogą przez okoliczne wioski dobijamy z powrotem do wojewódzkiej 213-tki.
Z pewnością byłoby przyjemniej kręcić brzegiem Jeziora Łebsko i odwiedzić skansen w Klukach, ale na szczęście trasa którą wybieramy nie jest znów taka fatalna. Urozmaicona górkami czy przydrożnymi lipami pozwala pedałować przyjemnie i bezpiecznie. Droga nie jest szczególnie eksploatowana przez miejscowych, a ruch na niej nie jest dla rowerzystów uciążliwy. Na Łebę skręcamy dopiero w Wicku. Ostatnich kilka kilometrów do morza przemierzamy jedynie w otoczeniu iglastych lasów. Kiepska pogoda tego piątkowego popołudnia nie zachęciła zbyt wielu turystów do odwiedzenia wybrzeża. Do Łeby od czasu do czasu mkną jedynie miejscowi.



W zasadzie nas to cieszy, bo nie przepadamy za tłumem na plażach. Jako, że dla Zuzy to początek sezonu, powoli też nasilają się odwieczne prawa natury. Dają o sobie znać zbyt twarde siedzenie, zdecydowanie niewygodna kierownica czy zła geometra ramy... Ogólnie wszystko to, co jeszcze rano było ok, a teraz jest do kitu! Dla mnie to znak, że przelewki się skończyły. Na szczęście telefonicznie ustaliłem wcześniej z dyrekcją parku możliwość noclegu na jego terenie. Zainteresowanym polecam Rąbkę. Zamiast szukać pokoju w Łebie, warto zrobić tam jedynie niezbędne zakupy. Dyrekcja dysponuje na terenie parku dwupoziomowym domkiem, gdzie znajdzie się miejsce dla najmniej kilkoro zmęczonych rowerzystów. Pomiędzy jeziorem, a morzem spędzić można noc w otoczeniu brzęczących komarów i nisko latających czapli. Biorąc pod uwagę inne dodatkowe atrakcje wizualne, głuchą ciszę do czasu otwarcia kasy i możliwość dotarcia na wydmy przed innymi turystami, miejsce to wydaje się dla nas celnym strzałem.


Atomowa okolica.
Wschodzącego słońca w Rąbce trudno dostrzec. Nad morze w tym miejscu przemieścić się nie łatwo, bowiem teren wydaje się być bagnisty. Można jednak oczekiwać świtu na wieży obserwacyjnej ustawionej na brzegu jeziora. Doskonale z niej widać polujące ptactwo i budzących się w swych autach miłośników caravanningu. Dla nas godzina siódma jest idealna by zacząć dzień. Wsiadamy więc na rowery i pominąwszy boski ceremoniał śniadania kierujemy się na wędrujące wydmy. Jednoślady można pozostawić tuż przed wejściem na piasek. Ustawiono tam rowerowe stojaki. Wydmy na pozór nudne i nieciekawe wcale takimi nie są. Rokrocznie przemierzają kilka dobrych metrów wchodząc w głąb lądu i zasypując kolejne drzewa. Księżycowy krajobraz rozciągnięty na ponad 327 km kwadratowych jest wyjątkowo inspirujący. Piachy, bagna, błękit nieba i wszechotaczających go wód. Polska perełka na mapie zatłoczonej Europy. Jeszcze ciekawsze wrażenie robi na nas niezwykle szeroka jak na polskie warunki plaża. Siedząc na niej zupełnie sami, przypomniały nam się kadry z filmu Tadeusza Konwickiego pt. „Ostatni dzień lata”. Ten artystyczny eksperyment, który szybko okrzyknięto arcydziełem polskiego kina, zrealizowano przecież całkiem blisko stąd, bo na plaży w Nowej Hucie. Widok widokiem, cisza ciszą ale jeść trzeba. Wracamy więc do domku. W drodze powrotnej natrafiamy już na (dosłownie) tłumy podobnych nam turystów. Pędzą oni na wydmy wypożyczonymi rowerami oraz ułatwiającymi przemierzenie kilkukilometrowego, wyłączonego z ruchu silnikowego pasa, melex-ami. Po drodze obowiązkowo zwiedzają zainscenizowaną tu wyrzutnię rakiet. Miłośnicy militariów zgromadzili tam eksponaty obrazujące niemieckie uzbrojenie okresu II wojny. My do środka nie zaglądamy. Odstrasza nas nieco kicz i komercja tego miejsca, choć z nawiązanej rozmowy z tamtejszymi przewodnikami wynika, że rzeczywiście znają się oni na rzeczy. Cóż, może innym razem.
Łebę opuszczamy opłotkami. Dzień zapowiada się nieźle, bowiem deszcz wypadał się w nocy jak trzeba i na niebie pojawiło się zdrowo wyglądające słońce. Leśną drogą przez Nowęcin i Sarbsk trafiamy do Sosina, a stamtąd do najmniejszej chyba, za to super klimatycznej mikro-wioski, o cudownie pobudzającej wyobraźnię nazwie - Stilo. Miłośnicy morskich latarni z pewnością dobrze ją kojarzą. We wsi mieszka zaledwie kilka osób, co klasuje ją wśród najmniejszych polskich osad. Przy wjazdowej i wyjazdowej zarazem drodze trafiamy na bar. Słusznie zakładamy, że nie warto się spieszyć, a porcje dorsza które trafiają na nasze talerze słuszności tej zupełnie nas nie pozbawiają. Przed barem zaznajamiamy się także z ogromną rowerową grupą. Istniejący już ponad 7 lat Akademicki Klub Turystyki Kolarskiej „Antymoto” zrzesza studentów i absolwentów Politechniki Gdańskiej. Grupa zorganizowała akurat rowerowy weekend po bliskim Gdańsku rejonie Pomorza. Jej liczebność, różnorodność i entuzjazm wśród członków wywołuje uśmiech. Jadą dorośli i dzieci, emeryci i uczniowie. Choć jazda w blisko osiemdziesięcioosobowej grupie nie jest naszą mocna stroną, miło nam się na to patrzy.

Samotnika natomiast spotykamy pod latarnią. Objuczony rower już z daleka budzi respekt, choć chudziutkiemu jego posiadaczowi od razu chciałoby się oddać swoją kanapkę. Gdańszczanin wyruszył w rejs wybrzeżem i zamierzał dotrzeć do Międzyzdrojów. „Hmm...” stwierdzamy patrząc na przyciśnięty sakwami rower, zastanawiając się przy okazji, czy rzeczywiście chodzi
o Międzyzdroje w Polsce. „Uuu...” wydusza Zuza, gdy okazuje się, że chudzinka jest w trasie już blisko tydzień. Mając z matematyki na maturalnym „2” i tak potrafię obliczyć odległość do Trójmiasta. Nieco ponad 130 km naciąganą dobrze drogą przez Jastrzębią Górę i Władysławo. Nie lubię się spieszyć w drodze, to prawda, ale takie tempo nawet dla mnie stanowi wyzwanie nie do okiełznania...
Pod barem znów częstujemy się znów dobrą radą. Nasza mapa nie uwzględnia ścieżek, za to miejscowi bonzowie znają je na pamięć. Jeden z nich radzi ruszyć duktem nadbrzeżnym zamiast wracać się do naszej 213-tki. Dzięki! Rozwiązanie naprawdę klawe. Dobrze wyjeżdżona droga przez las, prześwity morza, szum fal i jedynie lekki chłodek ciągnący po plecach sprawiają, że bez zbędnych przystanków docieramy aż do Lubiatowa. Dopiero stamtąd kierujemy się na Lublewko i Żarnowiec. O tym ostatnim głośno było szczególnie pod koniec lat 80-tych, kiedy w wyniku protestów jego mieszkańców, zaprzestano na terenie gminy budowy pierwszej w Polsce elektrowni atomowej. Ta powstać miała na bazie patentów sowieckich. Patenty te różniły się wprawdzie znacznie od tych wykorzystanych w Czarnobylu, ale społeczeństwo obawiało się powtórki z rozrywki jaką zafundowali Europie naukowcy na Ukrainie. Ponad 85% mieszkańców regularnie bojkotowało budowę, w efekcie czego w 1990 roku wstrzymano definitywnie szeroko już rozwinięte działania. Ekolodzy twierdzą, że udało się dzięki temu uniknąć podobnych co na wschodzie wydarzeń, ekonomiści natomiast szacują, że zakończenie trwających od 1982 roku prac kosztowało budżet kraju blisko 2 mld dolarów. Trudno jednoznacznie przyznać rację którejś ze stron. Pozostałościami tej decyzji są ruiny ekskluzywnego hotelu zbudowanego dla inżynierów, ośrodek badań, czy szatniowce rozszabrowane przez złodziei i zniszczone przez wandali.
Tego dnia noclegu znów szukamy nad morzem. Najbliżej mamy do Dębek. Tam, po wyjątkowo długim czasie poszukiwań, dopiero u "całe życie tu mieszkam" pani, znajdujemy przyjemny i za rozsądną cenę pokoik. Napływowi się cenią i zupełnie nie rozumiemy dlaczego.

Oberwanie chmury.
Niedziela przynosi burzę. Między nami. Deszcz bowiem dogonił nas dopiero później. Kiedy pod zamkiem w Krokowej proponuję ruszyć dalej przez Karwię i Jastrzębią Górę na Władysławo, Zuza mało nie wydrapuje mi oczu. Złość, która mogłaby zaszkodzić jej piękności, doprowadza nas ekstremalnie szybko aż pod Puck. Muszę ją za to gonić przez ładnych "naście" kilometrów. Na nic nie pomaga jazda "na błotniku". Ba! nie pomaga nawet fakt, że to ja mam przy sobie mapę. Zuza kręci przed siebie niczym w transie i dopiero gdy w Gnieżdżewie uświadamiam jej delikatnie, że kierujemy się właśnie do Władysławowa, daje się przekonać, że zwycięzca w tym pojedynku może być tylko jeden. Kłótnia rzecz ruchoma. Przychodzi i odchodzi w zapomnienie, a najlepiej zażegnać ją przy obiedzie. Trafiamy do panoramicznej restauracji odkładając podróż do "Władka" na lepszy czas. Rychło w czas. Zaczyna kropić. Pomidorowa nie pomaga, kawa też nie, ciastek brak. Zakładamy kurtki... i sandały. Po co się bez sensu moczyć. Zwiedzamy miasto z pozycji siodełka. Wstępujemy jedynie do puckiej fary, bowiem XIII wiecznej perły gotyku odmówić sobie nie wypada. Puck ma w sobie coś urokliwego. W przeciągu roku trafiałem do niego trzykrotnie i trzykrotnie padało. Poza deszczem ma jednak również klimatyczne molo, schludny ryneczek i kilka naprawdę interesujących kamienic.
Opuszczamy miasto międzynarodowym szlakiem rowerowym. Ma on ku naszemu zaskoczeniu charakter przełajowy. Przychodzi nam trawersować pola i okoliczne knieje. Faktu nie ułatwia deszcz, który z gliniastych ścieżek urządza nam tor niezły przeszkód. W sandałach błoto, rowery brudne jak siedem nieszczęść. Ot, filozofia podróżowania przełajami. Szlak R10 zmienia nawierzchnię kilka kilometrów dalej, a za pomocą napotkanych po drodze rowerzystów z Redy udaje nam się także komfortowo dotrzeć do Gdyni. Samo Trójmiasto zwiedzać będę jedynie w pojedynkę. Zuzę będącą tutaj poniekąd "tranzytem", odstawiam pospiesznie na stację, gdzie grzecznie, choć ze łzami w oczach wsiada w pociąg do Wielkopolski. Ja natomiast z Gdyni do Gdańska docieram rowerową ścieżką. Dziś już niemalże całą drogę przebyć można brzegiem zalewu. Infrastruktura rowerowa w tych trzech miastach powala mnie na kolana. Marzy mi się podobna ścieżka w moim mieście. Korzystają z niej zgodnie piesi, cykliści i rolkarze. Ruch na niej spory, ale płynny. Przez tydzień korzystał z niej będę regularnie w drodze do pracy. Odwiedzę dzięki niej sopockie molo, gdyński port, czy Domek Żeromskiego w Orłowie.
I choć po tygodniu stwierdzę, że najwyższa pora zmieniać piaskownicę, to jednak na Pomorze wrócę tego roku jeszcze kilkakrotnie. Bliskość wielkiej wody, atmosfera relaksu i inny niż w stolicy, bo pozbawiony pośpiechu styl życia sprawią, że północ kraju jest dziś dla mnie naprawdę fajnym miejscem na spędzenie wolnych od pracy chwil.


Trasa:
Dzień 1: Słupsk > Smołdzino (Siedziba SPN) > Wicko > Łeba > Rąbka (SPN) - 84km.
Dzień 2: Rąbka > Słowiński Park Narodowy - wydmy > Sarbsk > Stilo > Lublewko> Żarnowiec > Dębki - 78 km.
Dzień 3: Dębki > Krokowa > Puck > Rzucewo > Gdynia > Sopot > Gdańsk - 70 km.
Kolejne dni: zwiedzanie Trójmiasta (kilkadziesiąt kilometrów)


Atrakcje:
Słupsk - miasto z kilkoma ciekawymi zabytkami i ładnie prezentującymi się parkami, Słowiński Park Narodowy, latarnia morska w Stilo, przyroda Pomorza Gdańskiego, interesująca zabudowa Pucka.
Mapy: Atlas Polski wydawnictwa Marco Polo. Skala 1: 250 000.
Noclegi: agroturystyka (30zł/ osobę)
Rowery: trekingowe, koła 28 cali, opony szosowe.
Jak dotrzeć? Do Słupska pociągiem (choć bezprzesiadkowym połączeniem z Warszawy, jedzie się tam dłużej aniżeli leci na Teneryfę i z powrotem). Z Gdańska autokarem PolskiBus.com.

The last day of freedom.




























sobota, 17 maja 2014

Polska - Czechy. 0-1.

Knedliki, brambory i pivo.


Szczyt absurdu przypadł na trzeci już tego dnia odcinek trasy, którą od dziewiątej rano pokonywałem koleją do Jeleniej Góry. Podobno jeszcze w latach siedemdziesiątych PKP (nota bene zatrudniające przez szereg lat mojego dziadka), uchodziły za wzór dobrze funkcjonującego, choć państwowego przedsiębiorstwa. Pociągi mknęły przez kraj, przewożąc dziennie miliony pasażerów, a zegarki regulować można było według przejazdów poszczególnych składów. Dziś, wsiadając do pociągu, mam obawy nie tylko o bezpieczeństwo, ale i o to, czy bilet który przed chwilą zakupiłem rzeczywiście jest ważny. Po ośmiu godzinach spędzonych w trasie, kolejny konduktor zakwestionował moje prawo do przejazdu. Dopłata goniła dopłatę, a przecież kasjerka w Łowiczu była taka miła... Miałem dosyć kłótni. Ręce już dawno opadły mi do samych stóp, a leniwe tempo składu ciągniętego ospale przez równie ospałą lokomotywę, samo przez się wołało o pomstę do nieba.

Kiedy po dziesięciu bez mała godzinach (sic!) tej jakże ekscytującej podróży, zapięliśmy z Zuzą sakwy na bagażniki naszych rowerów, z największą ulgą odetchnęliśmy świeższym aniżeli na Mazowszu, bo górskim już powietrzem. Nie straszył nas dworzec, nie szczekały na nas psy. Niebo zamykające się nad nami pomarańczem i różem, wywoływało w nas euforię. Chcieliśmy już kręcić. Chcieliśmy zostawić za sobą tory, zapach przedziałów, brudne toalety, pogryzione przez czas fotele. Jelenia Góra, której ja osobiście nigdy nie miałem okazji poznać, przywitała nas z rozmachem.
Wybranemu przez nas na nocleg schronisku, daleko było do oazy. "Bartek"- choć zorganizowany w pięknym drewniaku, straszył minioną epoką, stanowiąc doskonałą scenografię do filmu grozy. Na kilka godzin nie opłacało nam się jednak szukać lepszych wygód. Zostawiliśmy w pokoju bagaże, a chwilę później spacerowaliśmy już często przerażająco zaniedbanych, choć klimatycznych i nad wyraz pięknych kamienic. Jelenia Góra obronną ręką wyszła z II Wojny Światowej. Miasto uniknęło zniszczeń. Uratowało się w ten sposób mnóstwo doskonałej architektury. Inną sprawą jest, że spora część zabudowy podziwianego przez nas rynku, powstała w latach siedemdziesiątych XX wieku. Było to konsekwencją decyzji o wyburzaniu starych i budowaniu na ich gruzach nowych, choć stylizowanych kamienic. Dziś "plomb" jest chyba więcej, aniżeli oryginałów. Prawdziwych secesyjnych rarytasów, pruskich willi i pałacyków szukać należy więc poza "starówką". Choć pierwszy dzień podróży upłynął nieciekawie, to wieczór należał już do nas. Wino w połączeniu z doskonałym spaghetti serwowanym przez włoską knajpkę, działało na nas niczym wyborny balsam.




Poranek wita nas bezchmurnym niebem, a lodowata woda migiem stawia na nogi. Migiem też opuszczamy schronisko. Miło mieć przed sobą perspektywę kilku wolnych dni, kiedy inni spieszą się do pracy. Nie mając nic lepszego do roboty, udajemy się do Cieplic. W naszych sakwach pachnie już świeżym chlebem, a my szukamy przeprawy przez rozkopane chodniki. Pieniądze z unii gmina zakopuje na ulicach, więc miasteczko przypomina powierzchnię księżyca. Przez podwórka, mostki i lokatorskie komórki trafiamy wreszcie do centrum. Uzdrowiskowy kompleks umiejscowiony tuż za jeleniogórskimi granicami miasta, miał stanowić pierwszą z atrakcji. Zuzę od nauki, a mnie od leżenia od dawna już łamie w krzyżu. 



Cieplice to miasteczko powstałe na przełomie XVIII i XIX wieku. Przyznam się, że wcześniej niewiele o nim słyszałem. Źródła mineralnej wody tam tryskające stawiają na nogi nawet zmęczonych tańcami rencistów. Dziadkowie podrywają babcie, babcie dziadków. W niewielkich Cieplicach trudno się schować, więc prędzej czy później "pani pozna pana". Poza tym sporo tam atrakcji. Odwiedzamy chociażby pocysterski klasztor z bogatym w barokowe rzeźby wnętrzem, czy neoklasycystyczny, a ufundowany przez rodzinę Schaffgotschów Teatr Zdrojowy. Podobnie jak w innych uzdrowiskach jest tu czysto, błogo i sielankowo. Doskonałe powietrze służy także studentom mieszczącego się tam wydziału Politechniki Wrocławskiej. Mimo wczesnej godziny i okresu juwenaliów, studenci nie wyglądali na „wczorajszych”. Nas powiało do Parku Zdrojowego, bowiem ten wydał nam się idealny na pierwsze śniadanie. Wprawdzie często kiedy już zjemy, nie chce nam się jechać dalej, ale obowiązek jest obowiązkiem i dyskusji nie podlega.


Droga przed nam nie jest krótka. Kierujemy się do naszych południowych sąsiadów. Nie ma co kryć, że to nasi ulubieni sąsiedzi. Ci na „c” i ci na „s”. A za co ich lubimy? No chyba oczywiste!? Za jedzenie! I poczucie humoru. Nigdzie nie zjecie tak jak w czeskich barach, gdzie pucołowate kucharki ogromnymi chochlami nie szczędzą sosu na knedliki. Ach, żeby tak już być za granicą... A tu przecież dopiero początek, tu jeszcze kawał Polski przed nami. Kręcimy więc przez Sobieszów i Piechowice do krajowej trójki. Kiedy pierwsze zauważalne zmarszczki terenu zaczynają mnie cieszyć, to kątem oka widzę już jak Zuza zaczyna puchnąć i dostawać rumieńców. I nie do końca wiem, czy to z radości, czy ze zmęczenia. Parę kilometrów snucia się zakrętami i docieramy do Wodospadu Szklarki. Kupujemy bilety i tarabanimy się na górę. Coś szumi, coś trzaska. To ona - Szklarka. Pan w góralskim kapeluszu z wielkim jak koń bernardynem opala się w słońcu. Pies podobno nie gryzie, więc jest okazja zrobić sobie z nim zdjęcie. Kosztuje to „piątkę” i stanowi pamiątkę na całe życie. Hmm... Pięć złotych, pięć złotych... ile to jest knedlików? Nie, zdjęcia nie będzie. Mamy gdzieś w domowym albumie zdjęcia z przestraszoną małpą i zahipnotyzowanym wężem. Kiedyś obwoźni fotografowie robili takie w przedszkolach. Ciekawe swoją drogą, czy te pytony naprawdę nie zrobiły nigdy, nikomu krzywdy? Wodospad jest atrakcyjny. Sika na wszystkie strony. Aż chciałoby się połazić po jego ogromnych kamieniach. Pachnie też polskim folklorem. Tuż obok jest stragan, gdzie można kupić wypasione ciupagi, łuki czy koszulki Helloł Kitty. No i karabiny rzecz jasna. Karabin w górach to podstawa. Wie to każdy młody terrorysta.

Kilka głębokich oddechów, parę zdjęć i ruszamy dalej. Przed nami Szklarska Poręba. Przed nami też podjazdy. Można je zdobywać na różne sposoby. Zuza na przykład pcha rower. Stwierdza, że jazda po górach jest bezsensowna, bo nie jedzie się wcale szybciej niż idzie. W zasadzie ma w tym trochę racji. Fakt faktem, że i ja trafiałem już w swoim życiu na górki, przed którymi „wymiękałem”. Są miejsca, gdzie trzeba mieć jak mawiają niektórzy „prawdziwe kopyto”. Docieramy jednak do miasta. O jakichś wybitnych atrakcjach w Szklarskiej Porębie trudno mówić. Są sklecone bez ładu i składu domy, mnóstwo tablic reklamowych i barów. Widok nie powala, bo to co jest tam najpiękniejsze, skutecznie udało się miejscowym zasłonić. To jednak karkonoska stolica zimowego szaleństwa. Zima ma obowiązek zaskakiwania tamtejszych drogowców. No ale sezon za nami, śniegi zeszły z gór, narty trafiły do piwnic i co w Szklarskiej Porębie ciekawego można zrobić? Knajpy stoją pozamykane niczym weki w spiżarniach, ludzi na ulicach zdecydowanie mniej. Można tylko iść w góry. Najrozsądniejsze rozwiązanie. Gdzieniegdzie widać sportowców. Ci mają się nieźle, bo tutejsze powietrze ponoć wyjątkowo służy. Nad nami zaczynają się jednak zbierać chmury. A nade mną szczególnie. Tu niby kawka, herbatka, a za zakrętem podjazd. I to nie krótki, bo potrwa w zasadzie do samej Polany Jakuszyckiej. Mi w to graj: jest górka jest zabawa, ale bądź człowieku twardy i powiedz to Zuzce! Ta przecież jest święcie przekonana, że to co najgorsze już dawno za nami. No nic - nie powiem. Nie jestem samobójcą. Będę milczał jak grób, a jak zapyta po prostu udam, że nie wiedziałem…


Pół godziny później wiosenny deszczyk ustał. Ruszyliśmy w drogę. Podobnie czułem się na egzaminie magisterskim. Trudne pytania i trudne sprawy. Siedem kilometrów niby nie dużo, ale wystarczająco, by Zuza kategorycznie znienawidziła kilkuprocentowe podjazdy. To w polarze, to bez polara, to w rękawiczkach, to znów bez. Kiedy wreszcie udało jej się dojechać na przełęcz, róż jej policzków przypominał ten z gumy Turbo. Na szczęście byliśmy już jedną nogą w Czechach. Zapięliśmy ciaśniej kaski i zjechaliśmy długim zjazdem do Harrachova. Po tej stronie granicy miasto też spało. Dzieciaki wracały ze szkoły kopiąc worki z butami, a psy zdziwione naszym widokiem nawet nie próbowały za nami ganiać. Fajnie. Lubię taki klimat. Nic się nie dzieje. Pusto, cicho i śmiesznie. Pokrążyliśmy po miasteczku szukając atrakcji. Największą z nich (dosłownie) są skocznie. Skoczni jest siedem, a najwyższa- mamucia, punkt konstrukcyjny ma aż na 185 metrze. 185 metrów lotu, piękna sprawa. Wylatujemy z Harrachova. Kierujemy się do skrzyżowania dróg na południu od miasta, gdzie wskoczymy na krajową 14-tkę. Chcemy okrążyć Krkonošský národní park od strony południowej, a więc kierujemy się automatycznie na Vrchlabí i Trutnov, tak by następnego dnia wjechać do Polski w okolicy Kudowy- Zdroju. 


Pogoda robi się smutna. Z ciemnych chmur zaczyna kropić. Zatrzymujemy się pod przydrożną wiatą. I całe szczęście, bo za chwilę z nieba sypie już gęsty grad. Kawałki lodu pokrywają łąkę zmieniając jej kolor na srebrzysty. Ha! Kto by się tego spodziewał! Przystanek w podróży trwa blisko godzinę, a gdy wreszcie decydujemy się jechać dalej znów zaczyna padać. Dwie godziny i niecałe dwa kilometry. Szybka weryfikacja planów. Zmieniamy taktykę. Stara zasada mówi: jeśli pogoda nie sprzyja, zawsze możesz skręcić do baru. 


Zatrzymujemy się więc w „motoreście”. To taka czeska klasyka. W powietrzu można zawiesić siekierę, tak nakopcone, ale zupa czosnkowa i dwa drugie dania zawsze są świeże. Zamawiamy obiad ćwicząc nasz doskonały czeski, wywołując tym samym uśmiech na ustach wytatuowanej barmanki. Miejscowi patrzą na nas dziwnie, kiedy z upodobaniem komentujemy każde z dań, kopiąc w nich łyżkami, ale po kilku kolejnych piwach przestają zwracać na nas uwagę. Jest bosko. Na to czekaliśmy kilka miesięcy. Nie spieszy nam się. Jeszcze góra dwie godziny na siodełku i powoli zaczniemy się rozglądać za noclegiem. Tych w okolicy nie brakuje. Pogórze słynie z doskonałych warunków narciarskich. Pełno tu wyciągów, tras biegowych. Do Spindlerowego Młynu rok rocznie wraca mnóstwo Czechów. Do innych miejscowości podobnie. Największy ruch rzecz jasna panuje tu zimą, ale i teraz gdzieniegdzie widać jeszcze podobnych nam turystów. Pod wiatr i z deszczem w twarz, trafiamy wreszcie do pięknego Vrchlabi. Zuza żąda końca dnia i ogłasza definitywny strajk. Nie ma zamiaru jechać dalej. Dostaję rozkaz znalezienia jakiegokolwiek suchego pomieszczenia do spania. Nie stawiam się. Szkoda życia. Długo też na szczęście nie szukam. 


Drewniany, blisko dwustuletni dom, pomalowany na delikatny brąz wydaje mi się mieć wymagane pięć gwiazdek. Pogodni gospodarze na początku wzbraniają się twierdząc, że jest poza sezonem, ale wreszcie ulegają naszym czarom. Kiedy wchodzimy na salony, robi nam się słabo. Takiego królestwa nasze oczy dawno nie widziały. Chatę wypełniają meble i sprzęty z lat siedemdziesiątych, a my przenosimy się dzięki nim do Czechosłowacji!!! Ze współczesności w naszym ogromnym apartamencie jest jedynie telewizor i mikrofalówka. No takie wakacje, to ja lubię! Kiedy ja aparatem dokumentuję cały dom, Zuzę przygniata już gruba jak czapa śniegu pierzyna. Gospodyni wiedziała, czego najbardziej potrzebują goście… 

Vrchlabi zasypia wcześnie. Doszukać się w miasteczku otwartego po godzinie 19 sklepu graniczy z niemożliwym. Nawet chińscy sklepikarze z „mydłem i powidłem” zamykają wcześnie. Gdyby nie kupione na ostatnią chwilę piwo i makaron, musielibyśmy chyba z Zuzą gryźć się z głodu do rana. Zdążamy jednak przed wieczorem zwiedzić miasto. Zabudowa trójkątnego rynku jest zadziwiająca i przypomina nam trochę miasteczka z westernów. Dookoła drewniane domki i liczne podcienia. 


Następny dzień zaczynamy wizytą w lokalnej informacji. Szukamy czeskich gadżetów. Zuza dalej zbiera pieczątki do rowerowej książeczki, a ja znaczki do kapelusza (który kiedyś sobie sprawię). Strasznie podoba mi się tamtejszy, różnorodny wybór pamiątek. W przeciwieństwie do polskich sklepów inwestuje się tam w dizajn i pomysły. Przyklejamy nalepki na sakwy, zaznaczając niczym Tony Halik swoją tam obecność i ruszamy w kraj. A krajowa 14-tka prowadzi nas na Trutnov. Pedałuje się wygodnie, bowiem pogoda staje się dzisiaj naszym sprzymierzeńcem. 


Do miasta wjeżdżamy koło południa, czyli w idealnej porze na obiad. Pierwsze co robimy, to namierzamy najbardziej oblegany bar mleczny. Powinno być gwarno, tłoczno i pachnąco. Wybór w bemarach jest ogromny. Kluski, knedliki, sosy, kiszone ogórki. Panie bufetowe tłumaczą nam łamaną polszczyzną kartę dnia, starając się urozmaicić naszą rowerową dietę. Efekt? Zuza nie może się podnieść, a ja wytaczam się zza stołu niczym beczka. Chyba znów przesadziliśmy. Z pedałowania nici. Pchamy więc rowery na tonący w słońcu Plac Karkonosza, by spod pięknej fontanny obserwować zmagania Czechów z codziennością. Wystarczy dosłownie chwila, by stwierdzić, że Czechy to inny świat. Czechom jakoś mniej się spieszy, więcej u nich uśmiechu, zabawy, zadowolenia. Ktoś podejdzie, zagada, spyta skąd i dokąd zmierzamy. Tak na rowerach? A samochodu nie macie? Autobusem szybciej, wygodniej, drogo nie jest. A, lubicie. No to dobrze… 




Trutnov nie jest mały. Zatrzymać się tam warto. Jest bardzo fotogeniczny, a to za sprawą ukształtowania terenu. Miasto leży na Wyżynie Trutnovskiej, na średniej wysokości 414 m n.p.m. Przypływa przez nie rzeka Úpa. Miasto oferuje wiele zabytków. Centrum jest niezwykle zadbane i czyste. Gdyby nie ograniczony czas, zapewne spędzilibyśmy tam więcej godzin, a może i zostali na noc, bo wieczorem musi być tam naprawdę przyjemnie. Kolejny przystanek robimy dopiero 14 km dalej, w miejscowości Úpice. Docieramy tam przez okoliczne wsie. Wyjazd z Trutnova wiąże się wprawdzie z pokonaniem niemałego przewyższenia, ale droga jaką przychodzi nam pedałować jest tego warta. Otaczają nas kwitnące drzewa i gąszcz zieleni na łąkach. Na rynku brygada zapaleńców szykuje zbliżające się zawody biegackie seniorów. Przekraczamy metę, przecinamy szarfy i pukamy do... cukierni. Tym razem na zmarzlinki. Zarzlinka to chyba jedno z najśmieszniejszych słów jakie wymyślili Czesi. Oznacza lody. A gdy doda się do tego tłumaczenie słowa truskawkowe – po czesku „jahodove”, w ogóle idzie zwariować ze śmiechu. Nikt nam nie powie, że Czechom brakuje poczucia humoru... W miasteczku wieje nudą, a największą atrakcją okazuje się dla nas maleńka Chinka przyglądająca się nam z wózka swoimi uśmiechniętymi oczyma. Wymieniamy z nią serię głupich min i obchodzimy rynek dookoła. Poza kościołem i równie małym co Chinka muzeum, niewiele się tu zwiedzi. 


Krajowa 14-tka jest głośna i tłoczna. Nie ma się co dziwić, bo prowadzi ku Polsce. W najbliższej miejscowości, której nazwy żadne z nas nie jest w stanie poprawnie wymówić, skręcamy ochoczo w cichutką niczym domek babci, drogę 567. Jest nieco pod górkę, ale to mało istotne. Nawet gdyby trzeba jechać w dół i tak by nam się nie chciało. Łapiemy ogromnego lenia, więc przy wiejskiej kapliczce ucinamy sobie godzinną drzemkę. Dopiero łyk boskiego nektaru w postaci fenomenalnego wymysłu czeskich chemików – Kofoli, stawia nas na nogi. 


W mgnieniu oka docieramy do sennego Hronova. Z początku dziwi nas brak przechodniów na ulicach. Dopiero za chwilę okazuje się, że większość miasta stłoczyła się w budynku lokalnego Divadlo (teatru). Na scenie skakały dzieci poprzebierane za muchy i biedronki, a widownię oblegali ubawieni tym słodkim widokiem rodzice. No fakt, wyglądało to niecodziennie. Zuza momentalnie odnalazła się w „Locie trzmiela” kręcąc nóżką, ale packa na muchy w postaci zbliżającego się nieubłaganie wieczoru wisiała nad nami w niebezpiecznej odległości. Zaglądamy jedynie na chwilę pod dom Aloisa Jiráska – urodzonego tam czeskiego dramaturga i autora historycznych powieści (taki czeski Sienkiewicz), do baru na czosnkową zupę (tak pięknie pachniało z okna) i droga 303 opuszczamy miasteczko. 

Robi się późno, a zależy nam na odwiedzeniu jeszcze Náchodu. To taka perełka w czeskiej koronie, położona nieopodal polskiej granicy. Większość ciekawostek (szczególnie tych architektonicznych) znajduje się w rynku im. Masaryka. Tutaj dzielimy się na grupy. Kiedy ja pocę się przy wjeździe na zamkowe wzgórze, Zuza zapoznaje na ławce czeskiego cyklistę. Łamiący konwenanse romans polsko-czeski należy jednak szybko zakończyć. Planujemy bowiem nocować już w Polsce. Dobrze śpi się w Czechach, ale budżetowo Polska bywa jednak bardziej przystępna. Zaczyna zmierzchać, gdy lądujemy w Kudowie. Schronisko dawno zamknięto, więc Ci którzy wybierają tę formę noclegu powinni uważać. Na szczęście poza centrum zatrzymać się można w tanim, ale czystym i zadbanym hotelu OSiR. Podróżujący z namiotem, a wybierający zamiast krzaków pola namiotowe, mogą tam znaleźć dla siebie miejsce. Trzeci dzień zaczynamy od Kaplicy Czaszek w Czermnej. Nie dostajemy się do środka. Odstrasza nas kolejka pielgrzymujących tam akurat wszystkich dzieci świata. Cóż - maj rządzi się swoimi prawami. Niech zwiedzają! Znając życie, później im się nie będzie chciało. Resztę naszej podróży przypadnie nam na eksplorowaniu uzdrowisk. Każde z nich oglądamy z siodełka, czasami tylko spacerując po parkach, skwerach czy deptakach. Emerytów jakby mniej. Czas widocznie spędzają na przedpołudniowych zabiegach w sanatoriach. Cukiernie i kawiarnie świecą więc pustkami. W każdej z napotkanych miejscowości zwiedzamy w zasadzie to samo. Wszystkie mają podobny styl. 




Za każdym razem objeżdżamy park zdrojowy, podziwiamy ogrody, drzewa i rabatki, po czym przybijamy pieczątkę w którymś z sanatoriów. Każde z uzdrowisk ma jednak także coś niepowtarzalnego. Prawdziwe atrakcje z łatwością można wyłowić. To Muzeum Papiernictwa, to słynna pijalnia wody, to znów niebanalny układ parku. Wielokrotnie natrafiamy na tablice i punkty informacyjne. Trudno się tu zgubić. Podążamy wzdłuż krajowej 8-ki. Trasy nie polecam. Fajny asfalt, ale ruch tirów nieziemski. Alternatywą dla braku pobocza i chodnika jest zwykle nadrobienie drogi. Wiąże się to jednak najczęściej z ostrymi podjazdami. Zuza takowych zdecydowanie odmawia, więc męczymy się aż do Szczytnej. Kto zdecyduje się mimo wszystko wybrać tę trasę, powinien naprawdę uważać. Droga jest kręta, pnie się pod górę, a auta ciężarowe zmuszone są jechać blisko prawej krawędzi. Docieramy w międzyczasie do Lewina Kłodzkiego. 



Wieś gminna licząca około 1000 mieszkańców stanowi przykład upadku tutejszych miast. Lewin słynął jeszcze w XIX wieku z targów lnem. Produkowano tu nawet czekoladę, Dziś w bramach „zapyziałych” kamienic atrakcji szukają smutni panowie ze zmęczonymi oczyma, a wszystkiemu przygląda się bezradnie ze swojej kolumny św. Nepomucen. Największymi atrakcjami dla turystów jest tu bez wątpienia widowiskowy, bo wysoki na 27, a długi na 102 metry wiadukt kolejowy, a także parafialny, XVI wieczny kościół pw. Św. Michała Archanioła. Podobnych wsi jest tu w okolicy sporo. Historia międzywojnia oraz roszady "wielkich przyjaciół" w 1945 r., na wszelkie możliwe sposoby pogmatwały plany tutejszych społeczności. Ostatnim etapem naszej trzydniówki jest dotarcie do Kłodzka. Tym razem z Polanicy-Zdroju poruszamy się już opłotkami, w tym m.in. przez Stary Wielisław. Tam rzucają się w oczy ogromne, zruinowane gospodarstwa rolne. Przy jednym z nich zagaduję pachnącego jeszcze poprzednim wieczorem pana. Jak się okazuje, mój rozmówca stanowi chodzące kompendium wiedzy o lokalnych PGR-ach. Smutna historia znana większości z nas… 



Nad Kłodzkiem góruje twierdza. Można na niej zwiedzać wystawę szkła, albo wraz z przewodnikiem pomyszkować korytarzami. Stanowi doskonały punkt widokowy, a jej ogrom i układ imponuje. Powierzchnia twierdzy wynosi 32 ha, a wybudowano ją w miejsce średniowiecznego zamku. W linii północ - południe rozciąga się na długości 800 metrów, zaś w linii wschód - zachód na 400 metrach. W ciągu kolejnych wieków przeszło przez nią setki tysięcy żołnierzy. Od drugiej połowy XIX wieku pełniła funkcję więzienia, a przez wzgląd na jego złą sławę, twierdzę Kłodzko nazwano z czasem „kainową”. Poza twierdzą, miasto oferuje inne atrakcje turystyczne, w tym m.in. jeden z najsławniejszych w Polsce mostów – gotycki most na Młynówce (odnoga Nysy Kłodzkiej). Barokowe figury na nim ustawione przypominają te z Mostu Karola w Pradze. Obiekt ten wraz ze wznoszącymi się nad nim wielopiętrowymi kamienicami stanowi niezwykle plastyczne miejsce na mapie kraju. Latem spotkać tam można malujących w plenerze studentów. Widok zachwyca bez względu na porę roku, czy kapryśność pogody. Zabytkową część Kłodzka osobiście uważam za jedną z najpiękniejszych starówek w Polsce. Pomimo meandrów historii oraz nie zawsze przyjaznych działań natury (totalne spustoszenie miasta i regionu w 1997 roku za sprawą powodzi), stanowi dziś przykład dawnej wielkości miast Dolnego Śląska. 




Trzy dni na polsko-czeskim pograniczu uświadomiły nam, że raptem parę godzin dzieli nas od świetnego regionu, który warto odwiedzić. Nie tylko kultura, zabytki, czy ludzie stanowią dla mnie wyznacznik tej wartości. To co nas najbardziej cieszyło w trakcie tej podróży to klimat
i atmosfera. Pośpiech w zwiedzaniu nie jest tam wskazany. Wręcz przeciwnie. Śpiesząc się, popełniamy największy błąd, jaki jesteśmy w stanie popełnić. Aby zakochać się w Czechach trzeba spieszyć się powoli.

Artykuł ten ukazał się w lutowym wydaniu miesięcznika Rowertour (2/2014). 


Piguła:
Dla kogo?
Dla wszystkich którzy lubią dobrze zjeść, dobrze się bawić i przy okazji poznać fajnych ludzi.
Zdarzają się podjazdy. Trzeba liczyć się z tym, że jesteśmy w górach. Łatwość trasy dla amatora: średnia.
Noclegi:
agroturystyka, schroniska, tanie hotele. Max 60zł (w Czechach). Noclegi w Czechach nie są zbyt tanie, a standard nie każdemu może odpowiadać. Pokoje często "trącają myszką".
Mapa:
Atlas Czech, Marco Polo, 1: 200 000. W Czechach istnieją tysiące kilometrów szlaków rowerowych. Warto zaopatrzyć się w mapę szlaków, co pomoże dotrzeć do najciekawszych miejsc regionów.
Rower:
trekingi, 28", opony szosowe.