poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Łowickie.


ROWER W PASKI, czyli na kole przez łowickie.

Coraz krótsze dni, coraz mniej słońca. Każdego dnia natura zabiera nam kilka minut błękitnego nieba, zamieniając je na kilka dodatkowych minut nocy. Mało kogo to cieszy, bowiem słońce to chyba jeden z najważniejszych elementów wpływających na nasz codzienny nastrój. Nauczeni doświadczeniem szanujemy wolny czas, wykorzystujemy go do granic możliwości, a z w stosunku do aury przestajemy grymasić - to naprawdę nie ma sensu.

Wolny weekend wraz z Zuzą postanawiamy spędzić w okolicach mojego rodzinnego domu. Łowickie okolice znam od podszewki, dla Zuzanny jednak to region jeszcze nie do końca odkryty. Za każdym razem jej wizyty tutaj, poznaje go uczciwie od solidnych podstaw, będąc za każdym razem pod coraz większym jego urokiem. Tym razem postanawiamy wybrać się do dwóch nieopodal położonych pałaców. Obydwa znane są miłośnikom turystyki i historii. Do jednego z nich – w Nieborowie, spora część zamieszkujących Mazowsze czytelników Rowertouru z pewnością już się wybrała, innych natomiast mam nadzieję w odwiedziny zaprosi niniejsza propozycja wycieczki. Drugi – pałac w Walewicach jest zdecydowanie mniej znany. Leży on dalej od Łowicza i trudniej do niego dotrzeć. Jego urok jest jednak nie mniejszy, głównie za sprawą stadniny, która rozciąga się na terenach do niego przynależnych.


DZIEŃ PIERWSZY:
Tym, którzy na rowery przyjadą tutaj pociągiem i zaplanują sobie spędzenie w powiecie łowickim dwóch wolnych dni, polecam zacząć zwiedzanie od samego miasta.
Niepotrzebne rzeczy warto zostawić na stancji. Wybór miejsc noclegowych nie jest duży, ale wachlarz standardów jest znaczny. Od trzygwiazdkowego hotelu, po warty uwagi miejski dom noclegowy. Lżejsi o kilka kilogramów możemy wyruszyć na zwiedzanie. Miejskie ulice pamiętają wiele. Wzmianki o Łowiczu sięgają XII wieku, a prawa miejskie otrzymał on już ok 1298 roku. Niegdyś miasto to słynęło z jarmarków, handlu końmi i zwierzyną hodowlaną, dzisiaj natomiast świat kojarzy go przez pryzmat folkloru, wycinanek i barwnie obchodzonego święta Bożego Ciała. Nikt już wprawdzie nie chodzi na co dzień w pasiakach po ulicach, ale stare stroje, przykłady niebanalnego folkloru oraz wycinek kultury tego ciekawego regionu oglądać można w na nowo oddanym do zwiedzania muzeum. To, mieści się w samym centrum miasta. Na jego terenie znajduje się mały skansen. Druga jego część położona jest w Maurzycach i na turyście zrobi na pewno większe wrażenie. Zajmuje kilka hektarów i zaprojektowano je jako typową łowicką wieś, z zagrodami, szkołą, strażacką remizą, młynem czy kościołem. W tych samych Maurzycach (nie mylić z pobliskimi Małszycami), znajdziemy inne wybitne przykłady architektury użytkowej. Jest nim pierwszy w świecie spawany most, stanowiący zabytek klasy „0”, a także regularnie pojawiający się w kolejnych odsłonach rankingów najbrzydszych budynków w Polsce hotel... Jedno i drugie warto zobaczyć. 


Samo miasto ma do zaoferowania barokową bazylikę, Stary oraz Nowy Rynek a także kilka innych historycznych kościołów, czy placów. Urocze, żydowskie kamieniczki nie wyglądają już jak za czasów swojej świetności, ale miłośnicy miejskiej turystyki na pewno dostrzegą w nich nie mały potencjał. Jako ciekawostkę warto podać, że łowicki Nowy Rynek jest unikatem europejskiej rangi. Rzadki to przykład trójkątnego i jednocześnie równobocznego rynku. Niegdyś stał na nim ratusz, dziś sika w niebo podświetlana nocą fontanna.


Spacer po mieście warto zrobić wieczorem. Aby nie tracić dnia wskakujemy na rowery przed południem. Wzdłuż miejskiego wału kierujemy się do obwodnicy i ruin prymasowskiego zamku. Następnie wybieramy drogę na Łęczycę i nią wyjeżdżamy z miasta. W Pilaszkowie skręcamy w lewo i od tego momentu cieszyć się już możemy spokojnym krajobrazem i równie spokojnymi lokalnymi asfaltami. Pilaszków choć niewielki, zapisał się na kartach historii. To tutaj na zjeździe nauczycieli w grudniu 1905 r zainicjowano walkę z caratem wprowadzeniem nielegalnego nauczania języka polskiego w szkołach. W Pilaszkowie powstał wtedy Związek Nauczycieli Ludowych będący pierwowzorem Związku Nauczycielstwa Polskiego. Można powiedzieć, że walka o język polski pod zaborami, zaczęła się właśnie tutaj. Minąwszy wieś, już na wysokości Dąbkowic Górnych dojeżdżamy w piękne, gęste lasy. Na rozjeździe dróg trzymamy się prawej strony. Asfalt doprowadzi nas do wojennego cmentarza. Jego okolice to idealne miejsce na pauzę. Na tyłach cmentarza znajduje się duży, sztuczny akwen wodny. W okresie wakacji stanowi bazę kąpielową dla lokalnych mieszkańców. Naprzeciw cmentarza natomiast, polna droga doprowadza nas do dwóch niewielkich jezior: Okrętu i Rydwanu. To okręg hodowlany, mimo to, można zrelaksować się przy nim wsłuchując się w szumiące drzewa i obserwując licznie zamieszkujące ten teren wędrowne ptactwo. Dalej podążamy przez Lisiewice, aby po kilkunastu minutach dotrzeć do Chruślina. Tam warto zajrzeć do XVI wiecznego kościoła pw. św. Michała, będącego jednym z przykładów ostałych tutaj budowli gotycko-renesansowych. Kto postanowi przyjechać tutaj we wrześniu lub na wiosnę, na pobliskich łąkach będzie miał okazję obserwować licznie gromadzące się tam bocianie pary. Obraduje tutaj bowiem jeden z kilku w regionie tzw. sejmik bociani. Wojewódzką 703-ką dojeżdżamy do Piotrowic. Słabym i dość dziurawym asfaltem kierujemy się wzdłuż hodowlanych stawów by wreszcie oczom naszym ukazał się zarys walewickiego pałacu. Koński zapach to tamtejszy standard. Niegdyś bogata państwowa stadnina do dziś robi wrażenie. Licznie hodowane tam konie korzystają z wybiegów, ścigając się nierzadko z rowerzystami. Podobnie jak o innych pałacach, tak i o tym krążą legendy. Przyczyną tego nie jest już biała dama, lecz Pani Walewska. To ta mieszkanka pałacu uwieść miała Napoleona w czasie jego przemarszu w 1812 roku. Czy to prawda, czy jedynie ludzkie gadanie trudno oszacować. Kto chciałby poszukać odpowiedzi i nadstawić ucha, zatrzymać się może w stadninie na noc. Być może coś usłyszy...


Z Walewic kierujemy się do Soboty. We wsi dziś niewiele się dzieje. Mniej, aniżeli w XVII wieku, kiedy Szwedzi nad Bzurą urządzili swój szaniec. Straszy na rynku przystanek PKS, zastanawia późnogotycki kościółek. Aby jednak nie wyjeżdżać stamtąd bez emocji podpytajcie miejscowych o dworek. Ukryty w gęstym, starym i zaniedbanym dzisiaj parku rodzinny dom Zawiszów stanowi romantyczny punkt na mapie naszego przejazdu. Pałac jest zamknięty, budynek stoi od lat opuszczony. My na jego podwórzu postanawiamy urządzić sobie piknik. Przepiękne ptasie śpiewy oraz szum płynącej przez park rzeki umilały nam posiłek. Dla mnie dworek ten zawsze stanowił miejsce magiczne, lubię do niego wracać.

Przez Sobocką Wieś i Urzecze docieramy do Strugienic. Można tam wybrać i albo skierować się do wspomnianego skansenu w Małrzycach, albo obrać kierunek południowy. Z Małrzyc wrócimy do miasta „starą dwójką”. Dziś ruch na niej jest niewielki, także podróż powinna upłynąć nam bezpiecznie. Kto wybierze drogę przez Bocheń, ten rozglądać się będzie po najbogatszych łowickich wsiach. To tam na wizytację w latach siedemdziesiątych udał się sam Gierek. Wieś szykowano do wizyty nad wyraz starannie. Do odwiedzin wytypowano jednego z gospodarzy. Posprzątano obejście, wymalowano stajnie, dostarczono zdrowo wyglądające bydło. Gierek kilka minut miał spacerować podwórzem, pochwalić zmiany i pochlebnie wyrazić się o pracy lokalnych rolników.
Kiedy wizyta się skończyła, niespodziewanie pojawił się problem. Chłop nie zamierzał oddać krów. Skoro kronika nagrała, w świat poszło, to czemu krowy miały wracać do innej obory? Wynikła ponoć z tego niezła awantura...

My wybieramy opcję trzecią. Przez Zduny kierujemy się na Złaków Kościelny. To niewielka wieś z centralnie położonym, widocznym z daleka kościołem. Podobnie jak Sobociej niewiele się tutaj dzieje, choć wiosną i jesienią pobliskie pola dzięki przepływającej nieopodal Słudwi, staja się oazą dla wędrownego ptactwa. Setki tysiące ptaków upodobało sobie ten teren, jako miejsce postoju i lęgu. Rozlewiska sięgające po horyzont i prawo obszaru Natura 2000 chroniące dolinę, kuszą ptasich wędrowców ciszą i spokojem.
Wstępujemy jeszcze na chwilę do miejscowego kościoła, by podziwiać tamtejsze nietypowe i zadziwiająco kontrastowe polichromie, po czym niespiesznie kierujemy się do domu.
Zachodnią pętlę wokół miasta kończymy w zasadzie w miejscu w którym ją rozpoczynaliśmy. Dzień pierwszy dobiega końca. Następnego dnia ruszymy na południowy-wschód.


DZIEŃ DRUGI:
Najczęściej wybieraną do Nieborowa drogą jest łącząca Łowicz i Skierniewice krajowa 70-tka. Tej jednak do podróżowania nie polecam. Od kiedy otwarto część autostrady A2 łączącą Łódź ze stolicą, ruch na trasie jest znaczny. Nie mało na niej tirów, auta osobowe pędzą szybko. Dzięki mapom regionu wybrać możemy boczne drogi. Wprawdzie dalej nimi do celu, za to spokój i urok okolicy pozornie skraca dystans a nadłożona odległość przestaje mieć znaczenie. Kierujemy się przez słynące z sadów Zabostowy do Kompiny. Neogotyckie wieże ceglanego kościoła widać już z daleka. W jego okolicach trafiamy na kolejny wojenny cmentarz. Jest on pozostałością wrześniowej kampanii. Nad Bzurą właśnie, w pasie pomiędzy Łowiczem, Sochaczewem a Skierniewicami, w 1939 roku przechodził wojenny front. Nurt przekraczanej w Kompinie Bzury kryje tu zapewne niejedną mroczną tajemnicę. Kto wybierze się w podróż tą drogą wiosną, będzie mógł podziwiać liczne rozlewiska a na nich stada białych łabędzi. Meandry dzikiej i krętej w tej okolicy rzeki stanowią bowiem doskonałe miejsce siedliskowe ptactwa. Najlepiej widać to wprawdzie z kajaka, ale uważny obserwator dostrzeże to choćby i z rowerowego siodełka.


Prosta droga przez Bednary i Julianów doprowadzić nas może szybko do interesującego nas Nieborowa. My jednak wybieramy dłuższy wariant. Gładkimi asfaltami docieramy przez Sypień i Łasieczniki pod Bolimów. Spora wieś, będąca jeszcze stosunkowo niedawno gminą miejską, nie jest może wybitnie interesująca, ale za to wśród jej mieszkańców znajdziemy ciekawe postacie. Zamieszkuje w niej m.in. artystycznie uzdolniona rodzina Konopczyńskich. Znana jest za sprawą sztuki garncarskiej, którą opanowała do perfekcji. Do zakładu trafić nie trudno, prowadzą doń drogowskazy.
W warsztacie na zorganizowane grupy czekają zajęcia lepienia w glinie na najprawdziwszym garncarskim kole. Niektóre z naczyń są doprawdy imponujące i nie powstydziłyby się ich najlepsze restauracje. Komu mało pedałowania, może z Bolimowa wyskoczyć jeszcze w Bolimowską Puszczę do Joachimowa – Mogił, w kierunku rezerwatu rzeki Rawki. Tam z kolei znajduje się inny, tym razem poniemiecki cmentarz.


W bolimowskich lasach niemiecki najeźdźca w styczniu 1915 roku po raz pierwszy w historii konfliktów wojennych użył broni chemicznej. Atak przez wzgląd na niską temperaturę okazał się nieskuteczny. Kilka miesięcy później Niemcy ponowili atak chlorem. Zginęło wtedy kilka tysięcy żołnierzy po obydwu stronach frontu. Podczas jednego z ataków przypadek sprawił, że z minuty na minutę wiatr mający ułatwić Niemcom zwycięstwo i zakończyć bitwę, zmienił swój kierunek. Setki niemieckich żołnierzy zupełnie nieprzygotowanych padło ofiarą własnego dowództwa. Dziś na licznych w tych okolicach zbiorowych mogiłach, kwiaty ofiarom tego bezsensownego konfliktu składają wszyscy, bez względu na narodowość.
Z Bolimowa docieramy pod sam nieborowski pałac. Dobra znajoma oprowadza nas po terenie francuskiego parku, wnętrza zwiedzamy już sami. Na co dzień mieszka w nich jedynie... Biała Dama. To piękna Helena Radziwiłłówna, której piękno znane było powszechnie w całej XVIII wiecznej Polsce. Ze względu na padający deszcz, podróż najchętniej zakończylibyśmy już tutaj. Czerwona, skórzana sofa podobnie jak drewniany, gigantyczny XV wieczny globus ustawione w nieborowskiej bibliotece rozbudzają naszą czytelniczą wyobraźnię. Skoro jednak nie jest możliwym studiowanie muzealnych woluminów, przenosimy się niecały kilometr dalej pod strzechę znanej w okolicy karczmy. Przy takiej pogodzie można tam do woli oddać się łakomstwu. Karkówki, solianki, pierogi. Żal byłoby nie spróbować chociażby kilku rzeczy. Kiedy wreszcie zaspokajamy nasze apetyty ponownie wsiadamy na rowery. Nie jest lekko, wręcz przeciwnie. Kalorie będziemy spalać sumiennie przez kilkanaście kolejnych kilometrów. Specjalnie nadkładając dystans, gminnymi drogami przez Bełchów, Dzierzgówek, Parmę i Placencję docieramy z powrotem na przedmieścia miasta. Spokojna, bardziej relaksacyjna niż wyczynowa jazda cieszy nas obydwoje. Zuzanna poznała kilka ciekawych zakamarków regionu, ja na powrót zajrzałem do „starej piaskownicy”.


Gdy ograniczony czas nie pozwala nam odkrywać nieodkrytego, warto skupić się na tym co widzieliśmy już nie raz. Cudze chwalimy, swego nie znamy. Choć wiele z zakrętów wydaje nam się znajomych, to to, co dostrzec możemy tuż za nimi, może być niekiedy i dla nas samych totalnym zaskoczeniem.


Piguła:
Trasa:
1. dzień: Łowicz > Pilaszków > Guźnia > Chruślin > Walewice > Sobota > Maurzyce > Łowicz (ok 50 km).
2. dzień: Łowicz > Kompina > Bolimów > Joachimów – Mogiły > Nieborów > Łowicz (ok 40 km)
Dla kogo?
Dla wszystkich bez względu na wiek. Dla zorganizowanych i samotników. Okolice Łowicza poznawać można na własną rękę lub w grupie (co niedzielę, z tamtejszą grupą rowerową Szprycha. Informacji o wyjazdach szukać należy telefonicznie w lokalnym oddziale PTTK).

Atrakcje:
Łowicz ma ich sporo, to stare miasto. Poza nimi w okolicy trafimy na pałace, stadniny, zabytki architektury użytkowej.

Mapy:
Wystarczająca jest skala 1: 250 000. Pomoże nam także lokalna mapa regionu z zaznaczonymi na niej trzema innymi szlakami rowerowymi (od 10 do 124 km). Można ją nabyć w punkcie informacji miejskiej.

Rower: wystarczający jest treking lub zwykły mieszczuch.

Noclegi: Miejski dom turysty (ok 40 zł za noc), nieliczna agroturystyka w regionie (od 30 zł), pałace i 3* hotel (od 100zł za noc).

Jak się dostać?
Autostradą A2 z Warszawy i z Łodzi (40 min), pociągiem podmiejskim KM ze stolicy (1,5 godz). Od września rower w KM można przewozić bezpłatnie przez cały rok.

Artykuł ten ukazał się w styczniowym magazynie ROWERTOUR (1/2014).

piątek, 21 marca 2014

ŁYYC 2014 (ŁOWICZ YO-YO CONTEST)



























CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE 2014. PODSUMOWANIE.


Wirtualne burze mózgów, telefony o szóstej nad ranem, dziesiątki maili i 5 godzin udanej zabawy. W sumie niewiele trzeba, by cały świat upchnąć w jedną sakwę. W tym roku po raz kolejny udało się nam udowodnić, że podróżowanie i dzielenie się swoimi doświadczeniami z innymi, jest naprawdę dobrą zabawą.

 
15 marca po raz trzeci, przybyli do Łowicza „naznaczeni” rowerowym losem globtroterzy. Ryzykanci? Szaleńcy? Miłośnicy życiowego survivalu? A może po prostu szukający swego miejsca w świecie pasjonaci dwóch kółek. „Podróżnicy” to w zasadzie określenie funkcji, jaką piastują w społeczeństwie. Do każdego z nich, pasuje bowiem zdecydowanie lepiej termin „wariat”.
Można więc rzec, nie obrażając nikogo, że do łowickiego kina Fenix, przybyło w tym roku trzech wariatów. Trzech wariatów i jedna wariatka. Prelekcji zapowiedzieliśmy trzy. I słowa dotrzymaliśmy.


Na pierwszy ogień Gruzja i tysiąc kilometrów krętym jak ogon węża szlakiem. Wypić za przodków trzeba, a że w Gruzji podobnie jak w Polsce za kołnierz się nie wylewa, to i podróż rowerowa po pierwszym tygodniu stanąć może pod znakiem zapytania. Ba! Czy tak trudno było to przewidzieć? Czy czwarty pancerny nie nosił przypadkiem imienia Grigorij? Czy przyjaźń polsko- gruzińska to jedynie pusty slogan? Czy czacza to tylko taniec? No raczej nie. Udowodnili to Ala Leszyńska i Piotr Strzeżysz porywając publiczność swoim nieprzewidywalnym, mocno specyficznym humorem. A że asów w rękawie mieli sporo, to i nikomu nudzić się podczas pokazu nie mogło.





A pokaz nie był typowy. Przegląd wprawdzie fotografii, ale z klasyką w tym wypadku mocno był na bakier. Udział twórczości Alicji był ponadprzeciętny. O ile Piotr fotografował Gruzję podczas wyjazdu, o tyle Alicja po powrocie skupiła się na narysowaniu widzianego tam świata.
I mix powstał z tej komitywy nieziemski. Kolorowe rysunki zastanych w tym mocno egzotycznym kraju sytuacji, na łopatki rozłożyła publikę, która po pokazie nie kryła autorami żywego zainteresowania. Autografy, wspólne zdjęcia, propozycje małżeńskie... Standard!


Na drugie danie podano Michała Sałabana. W zasadzie ugotował się sam. Dziwnie byłoby się nie ugotować przemierzając w upale tysiące kilometrów Czarnego Lądu. Michał przykuł uwagę widzów wysmakowaną fotografią krajobrazów i napotkanych po drodze ludzi. Piachu w sandałach już wprawdzie się wyzbył, ale miłość do Afryki potrafił nadal doskonale przelewać na blisko dwustuosobową publiczność. Jak to się możliwe? Po prostu. Godzinny pokaz urozmaicony był opowieściami o cudownych smakach, zapachach, widokach. O ile Europa, przemierzana przez niego na południe z norweskiego przylądka Knivskjellodden, dla widzów była całkowicie zrozumiała, to już okolice równika, nijak się miały do wyobrażeń. Obraz przedstawiony przez Michała zdecydowanie mógł się różnić od powszechnie panującej tendencji uznawania tego kontynentu za mocno zacofany. Doskonale rozwinięte sieci komórkowe, wspaniałe asfalty, mili i uśmiechnięci mieszkańcy, z nadzwyczaj białymi zębami... Mam wrażenie, że na łowicką publiczność opowieści Michała zadziałały odkrywczo.



Studenci mawiają: połówka pękła. Trzeba było więc zaproponować coś na drugą nóżkę. Albo na deser, jak kto woli. Tym deserem był Mietek Bieniek, nie od wczoraj zwany „Hajerem”. Człowiek kruszący skały... i zdobywca damskich serc. W zasadzie taki Casanova, który chcąc nie chcąc, rozkochuje w sobie odwiedzane wsie i miasteczka. Choć w opowieści Hajera, trudno niekiedy uwierzyć, to jednak nikt kłamstwa zarzucić mu nie mógł. 116 odwiedzonych krajów, oblatane cztery kontynenty i tysiące przyjaciół na całym świecie. Mietek to człowiek nie do zajechania, wielka orkiestra razy dziesięć. W tym roku Hajer przybliżył nam obraz Rosji. Mateczki Rosji, stanu umysłu, innego wymiaru czasoprzestrzeni- jak się o niej mawia. Odkrył przed publiką kraj barwny, szalony, dla wielu niezrozumiały, przybliżając w dwie godziny widzów do wschodu skuteczniej, niż Kwaśniewski do Unii przez parę lat. Mietek rozkochał nas w Rosji i w Śląsku przy okazji. Idę o zakład, że dziś co drugi łowicki gimnazjalista godał już w szkole od rana po ślunsku…


Były obowiązki, były też przyjemności. Jedno od drugiego w zasadzie się nie różniło. Przyjemności wiązały się z fascynującymi rajdami w kinowych fotelach, na odległość przekraczającą długość ziemskiego równika, a obowiązki z odbieraniem nagród ufundowanych przez leśne skrzaty. Dodam, że urodzaj sponsorów w tym roku był znaczny, a gdyby nie Wasza, drodzy Państwo pomoc, nie byłoby emocjonującej końcówki tego właśnie spotkania. Gadżetów ufundowanych przez Was w tym roku dla zgromadzonych na pokazach widzów było naprawdę sporo. Prenumeraty Rowertouru, plecaki od łowickiego dystrybutora marki 4F, gadżety rowerowe od sklepu Rowerowo, przeglądy mechaniczne wraz z kaskiem od serwisu Iwena, a wreszcie piękne, wodoodporne sakwy i worki otrzymane od firmy Crosso.


Po pięciu godzinach naszpikowanych informacjami pokazów myślenie niedobitkom przychodziło z trudem, to fakt. Nikt jednak nie powiedział, że będzie łatwo. Kto chciał zgarnąć nagrodę musiał wykazać się nie tylko refleksem, ale także doskonałą pamięcią. Padały pytania łatwiejsze, ale i naprawdę trudne. Szansę mieli wszyscy, bez wyjątku (no w zasadzie poza dwoma drobnymi- mną, który zamieszanie to spowodował i moją dziewczyną, która choć strasznie jeden worek chciała podkraść, musiała zadowolić się książką z autografem Piotrka:) Parafrazując wujka Churchilla rzec by można, iż „demokracja jest wprawdzie najgorszym ze sposobów rządzenia, ale do tej pory nie wymyślono przecież nic lepszego”.

A pytania? Ot chociażby pierwsze z brzegu... Jak nazywa się wulkan na granicy kenijsko- ugandyjskiej? Ba! No każdy go przecież zna już od podstawówki. A najnowsze fińsko-rosyjskie przejście graniczne w okolicach Morza Barentsa? Śmiech na sali! A może imię tamady, który na cześć Ali i Piotra zorganizował największą we wsi imprezę? O to już zupełna błahostka... Rok przyjęcia przez Gruzinów chrześcijaństwa, nazwiska polskich panczenistów zdobywających brąz, albo miasto w którym produkuje się najlepsze polskie sakwy? Pytań siać można było co najmniej tyle, ile ziaren pada na świeżo zaorane pole. Nie pozostało nic, jak tylko umysłowo się pogimnastykować. Choć prawdopodobnie dla większości widzów największą atrakcją były spotkania z naszymi bohaterami, to kilkanaście osób za sprawą naszych sponsorów wyszło z sali z uśmiechem na ustach większym, niż banany w Tesco. Cała reszta musiała zadowolić się wspomnieniami i gadżetami odblaskowymi ufundowanymi przez PZU.


Trzeci rok i trzecia impreza za nami. Może i Łowicz to małe miasto, może i stajemy się powoli miasteczkiem, ale braku ducha podróży, pasji do ludzi i szalonej przygody nikt nam chyba nie zarzuci. Łódź, Skierniewice, Kutno, Warszawa. Coraz więcej ludzi zaczyna kojarzyć nas nie tylko przez dżemy i mleko, ale i dobrą zabawę w marcowe popołudnie.

Kolejne spotkania z cyklistami- obieżyświatami przechodzą do historii. I choć wiatr w Łowiczu wieje od rana niczym duet Katriny i Ksawerego, to za oknem widziałem już od siódmej paru rowerzystów. Z sakwami, czy bez, z plecakami czy siatkami z Biedronki jadą nie zważając na nic. Teraz już wiedzą, że w deszczu, mrozie i jednym bucie, też da się przemierzać świat.


Zapytacie mnie, czy warto organizować podobne imprezy? Powiem z przekorą. Nie. Nie warto. Bieganina, dostawianie dziesiątek krzeseł, stres że coś pójdzie nie tak... Przychodzisz pierwszy, wychodzisz ostatni, a takie fajne gadżety i tak ktoś zgarnia Ci sprzed nosa…

Dziękuję wszystkim, którzy dali się porwać.


PS Zdjęcia podczas imprezy wykonał Piotr Żywicki (Zywiccy.pl).

poniedziałek, 24 lutego 2014

CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE 2014



CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE
TRZECI PRZEGLĄD FOTOGRAFII PODRÓŻNIKÓW ROWEROWYCH ŁOWICZ, 15 MARCA 2014 r.

Czołem!

Mam przyjemność poinformować, że znani są już goście tegorocznego mini-festiwalu rowerowego. Rok temu impreza po raz pierwszy odbyła się już nie w kawiarni, ale w łowickim kinie Fenix, co pozwoliło łowiczanom i nie tylko, w wygodny sposób skupić się na prezentacjach zaproszonych gości.
Podczas trwających blisko cztery godziny pokazów, odwiedziło nas zaskakująco dużo miłośników podróży na dwóch kołkach. Niektórzy z nich przyjechali do Łowicza rowerami, nawet z samej Łodzi. Liczba zainteresowanych jak i ich zaangażowanie, umocniło mnie w przekonaniu, że podobną imprezę warto zorganizować po raz kolejny.

W 2012 roku, dzięki Tomkowi Grzywaczewskiemu przebyliśmy kawał Azji. Tomek - zainspirowany książką „Długi marsz” i historią Witolda Glińskiego, zorganizował w 2010 roku Long Walk PLUS Expedition – wyprawę śladami grupy więźniów, którzy w 1941 r. uciekli
z sowieckiego łagru i pieszo dotarli z Syberii do Kalkuty w Indiach. Trzej podróżnicy powtórzyli ich przejście, podróżując przez Azję pieszo, rowerem i konno z sowieckiego łagru i pieszo dotarli z Syberii do Kalkuty w Indiach. Trzej podróżnicy powtórzyli ich przejście, podróżując przez Azję pieszo, rowerem i konno z sowieckiego łagru i pieszo dotarli z Syberii do Kalkuty w Indiach. Trzej podróżnicy powtórzyli ich przejście, podróżując przez Azję pieszo, rowerem i konno. Marcin Korzonek natomiast, w prelekcji „KumKum” opowiedział o swoich wyprawach przez rzadko odwiedzane kraje Azji Środkowej. Za jego sprawą przenieśliśmy się do Turkmenistanu i Uzbekistanu. Dowiedzieliśmy się, jak podróżuje się przez pustynie, niekiedy w skrajnie trudnych warunkach. Ostatnim gościem ubiegłorocznych pokazów był gorąco oklaskiwany Piotr Strzeżysz. Piotrek prezentując swoje zdjęcia i filmy, opowiedział o podróżach przez Andy i Kordyliery. Swoimi barwnymi opowieściami udowodnił, że rowerem podróżować można nie tylko latem, ale także mroźną zimą, czym bez wątpienia zdobył serce łowickiej publiczności.

W tym roku emocji również nie zabraknie. A stanie się tak za sprawą czterech niezwykłych gości. Do udziału w przeglądzie udało się namówić "nazwiska", których osiągnięcia rokują naprawdę niezwykle interesujące spotkanie. Jedno z nich łowiczanom jest już dobrze znane. Pozostałe na pewno obiły się o uszy niejednokrotnie. Przed publicznością zaprezentują się bowiem:

Michał Sałaban w prelekcji "Z północy na południe". Michał to wrocławski informatyk, któremu w pewnym momencie znudziło się już siedzenie przed komputerem. W maju 2011 roku, wyruszył z Przylądka Knivsjelodden w Norwegii, w niekrótką podróż na południe. Pokonawszy blisko 31 000 km, po 581 dniach podróży, zakończył swą przygodę na Przylądku Igielnym w RPA. Za podróż tę, Michał nagrodzony został w 2013 roku nagrodą na prestiżowych spotkaniach podróżniczych KOLOSY w Gdyni.



Mietek "Hajer" Bieniek w opowieści "List do Putina". Mietek to "człowiek renesansu". Jemu nic co ludzkie, nie jest obce. Mietek zabierze nas w podróż w okolice olimpijskiego Soczi, do którego dotarł niekoniecznie najprostszą drogą, bo przez... Nordkapp i wybrzeże Morza Barentsa! Spotkania z Mietkiem, to niekończący się festiwal przyjemności. Śląski dowcip i niesamowity dar opowiadania sprawiają, że pokazy "Hajera" bardziej przypominają kabaret, aniżeli naukowe prezentacje. Aura Mietka, udziela się każdemu, kto chociaż raz spotkał go na swej drodze.


W tym roku zaproszenie do Łowicza ponownie przyjął Piotr Strzeżysz. Tym razem jednak w duecie, bo z Alicją Leszyńską. Piotrek jeździ rowerem, przy okazji robiąc zdjęcia, a Ala tworzy obrazki, przy okazji jeżdżąc rowerem. Jak mawiają, nie podróżują, aby zwiedzać, tylko żeby się powłóczyć. Jedyny ich cel, to pobyć trochę razem. W 2012 roku wybrali się wspólnie do Gruzji i z tego właśnie kraju, wznosząc "Toast za przodków", zaprezentują zdjęcia i film. Mogę zapewnić, że ich tegoroczna prezentacja będzie bardzo nietypowa. Pozwólcie jednak Państwo, że szczegółów nie zdradzę do samego końca…

W związku z tegorocznymi pokazami, Galeria EV34 mieszcząca się przy ul. Zduńskiej, zaprezentuje już w lutym wystawę prac jednego z tegorocznych gości. Będą to bajeczne rysunki Alicji Leszyńskiej, nawiązujące do podróży rowerowych jej partnera - Piotra Strzeżysza. Kiedy on wyrusza w samotne wyprawy za ocean, ona z tęsknoty przelewa swoje myśli na papier. Zaprezentowane prace pokazują drugą stronę dalekich wypraw. Ala w niezwykle trafny sposób potrafi opowiedzieć rysunkiem o swoich emocjach. Jej niepozbawione doskonałego humoru malunki, są często bardziej wymowne aniżeli telefoniczne rozmowy…


Podobnie jak rok temu, podczas trwania imprezy, widzowie pokazów będą mogli nie tylko zakupić książki naszych gości, czy wymienić spostrzeżeniami, ale także wygrać atrakcyjne nagrody. Wśród nich znalazły się chociażby sakwy i worki transportowe ufundowane przez producenta sakw rowerowych CROSSO, prenumeraty Magazynu Podróżników Rowerowych Rowertour, oraz gadżety (rowerowe i turystyczne) ufundowane przez łowickie sklepy: Rowerowo - mieszczącego się przy ul. Podrzecznej, oraz 4F - mającego siedzibę przy Nowym Rynku.

Przegląd Fotografii Podróżników Rowerowych jest projektem realizowanym w ramach tegorocznych Małych Grantów. Organizatorem konkursu jest Łowicki Ośrodek Kultury.