wtorek, 8 maja 2012

LEKTURA OBOWIĄZKOWA

W najnowszym, majowym magazynie

znaleźć można mój tekst o czterodniówce w Bieszczadach. Jeśli ktoś miałby ochotę popedałować przez Połoniny, może sobie zawczasu, jeszcze w ciepłych kapciach i przy szkalnce mleka poczytać o moich tamtejszych trasach. Może komuś wpadnie dzięki temu jakiś nowy pomysł. Bieszczady bowiem, to jakby nie mówić, nadal miejsce magiczne, gdzie nie tylko genialną, nieskażoną przyrodę ale i wyjątkowych ludzi spotkać można dosłownie za zakrętem... Jak dla mnie, jest to wystarczający powód by na południe wracać jeszcze nie jeden raz.
Zapraszam do lektury.

czwartek, 22 marca 2012

KOT - Kolarska Odznaka Turystyczna


Mój pierwszy brązowy KOT zdobyty w 2011roku za 235 punktów (1130km)
KOT w sakwie,

czyli co każdy prawdziwy cyklista
Kolarskiej Odznace Turystycznej 

wiedzieć powinien.


Zastanawialiście się pewnie niejednokrotnie, jak sprawić by odbyte przez was wyjazdy, zarówno te krótkie- po okolicy, jak i te stanowczo dłuższe po nieznanych rejonach kraju, przynosiły wam satysfakcję nie tylko na chwilę po powrocie do domu, ale i dużo później. Mnie od dawna nurtowało pytanie, co jeszcze zrobić, by pamiątki z wyjazdów nie ograniczały się tylko do zgromadzonych w komputerowych katalogach fotografii, do pocztówek wysyłanych do domu z tych bardziej i mniej popularnych miejsc, czy drobnych charakterystycznych dla regionów gadżetów, które bądź to kupiłem, bądź dostałem od licznie napotykanych na swej drodze "miejscowych".

Chodziło mi po głowie, jak sprawić, by znajomi którym po powrocie opowiadam o przygodach i cudownych polskich krajobrazach, nie pytali mnie lakonicznie: co ty z tego w zasadzie masz? Ano mam... Teraz już mam! Kiedy w kwietniu ubiegłego roku pedałując z Przemyśla w Bieszczady odwiedziłem w Ustrzykach Dolnych lokalne biuro PTTK, prócz dwóch uśmiechniętych pań poznałem tam odpowiedź na moje pytanie. KOT. Trzyliterowy skrót, którego rozwinięcie jeszcze 40lat temu wszystkim pasjonującym się turystycznym kolarstwem polskim cyklistom było znane równie dobrze co cena dżinsów w miejscowych Pewexach, stał się dla mnie u bram Bieszczadów symbolem mojej drogi, mojego zmęczenia, wszystkich moich beskidzkich podjazdów i suwalskich zjazdów, wiatru w twarz i słońca na odkrytych plecach. KOT, czyli Kolarska Odznaka Turystyczna znalazła w mojej osobie swojego wielkiego pasjonata i miłośnika.
Gdy owe panie, zaproponowały mi zamianę pięciozłotowej monety na książeczkę formatu przypominającego szkolny dzienniczek, pomyślałem, że to ich kolejny dobry żart, a kiedy dałem się już namówić na transakcję i z drugiej strony owej książeczki odczytałem symboliczny niczym konradowski monolog wstęp (zachęcający wszelkie władze i instytucje publiczne do m.in.: udzielenia pomocy turyście w tym o "ułatwienie mu otrzymania noclegu, zwiedzania zabytków ośrodków rolniczych itp.") wiedziałem już, że mimo zgrywu i wszelkich oznak dobrej komedii, rozpoczynam właśnie świetną i mam nadzieję niekończącą się stemplową przygodę.
Nie da się ukryć, KOT to dziś niemalże relikt. Spośród moich kolegów i koleżanek pamiętających szerokie nogawki, kraciaste koszule i kwiaty we włosach, zaprzyjaźnionych w łowickim klubie kolarskim, zapewne 3/4 książeczkę taką i wiążące się z nią odznaki posiada, ale moim rówieśnikom pedałujących po kraju, KOTowski emblemat niewiele mówi. A szkoda! Bo choć to relikt, to frajdę daje nieziemską.

Czym jest w zasadzie KOT? 
Historia odznaki sięga 1953 roku. Odznaka powstała z myślą o nagradzaniu aktywnych rowerzystów, przemierzających na swoich maszynach na wszelkie możliwe sposoby nadwiślański kraj. Chodziło o to, by uczestniczyć w życiu sportowym i wykazywać się w biciu kolejnych, prywatnych rekordów. Swoje odznaki mieli juz w tym czasie turyści górscy (GOTy przyznaje się od 1935roku), oraz piesi i narciarze (OTP oraz GON od 1951 roku). Komisje PTTK odznaczać miały sportowców amatorów wręczając im kolejno zdobywane odznaczenia i tym samym zachęcać obywateli do zwiedzania ojczyzny. Choć sam pomysł, może nam dziś nienajlepiej kojarzyć się z minioną epoką socjalizmu, to jednak sama
idea nadal wydaje się ciekawa i słuszna. Bywalcom pchlich targów nie raz rzuciły się na pewno w oczy imponujące, obwieszone, wprost ociekające niekiedy odznaczeniami bawarskie kapelusze. Choć ciemnozielony kolor wypłowiał już w słońcu, a rodziny turystów- pasjonatow już dawno zapomniały o pasji nieobecnych, to symboliczne odznaczenia nadal wydają się imponujace.
Sam pamiętam jak duże wrażenie zrobiły na mnie któregoś dnia kolarskie znaczki mojego starszego o epokę kolegi, pieczołowicie zbierane przez lata i eksponowane na pokrytej boazerią ścianie przedpokoju.

Czy taka pasja ma jeszcze sens? Czy KOTy nadal są dostepne? 
Jak najbardziej! Regulamin KOT stanowi, że o odznakę ubiegać sie może każdy, kto ukończył 10lat. Wystarczy umiejętność jazdy rowerem i chęć dokumentowania swoich wycieczek. Za każdy wyjazd liczący więcej niż 15km zdobywa się punkty. Regulamin jest oczywiście rozbudowany i przed rozpoczęciem swojej kolarskiej przygody warto dobrze się z nim zapoznać. Unikniemy w ten sposób rozczarowania, gdy się okaże że np. za trasę identyczną z
przebytą poprzedniego dnia punktów komisja nam nie naliczy. Warto też za wczasu pomyśleć o planowaniu tras. Do otrzymania dużych stopni KOT zobowiązani jesteśmy dołączyć listę zwiedzanych obowiązkowo w Polsce miejsc. Punkty otrzymujemy za wpisy do kolarskiej książeczki. Znajdziemy tam miejsce na informacje o przebytej przez nas dziennej trasie oraz pieczątki, jakie wbrew pozorom zdobyć można jeszcze (czy na szczęście znów) w ciekawych turystycznie miejscach. Gminy, miasteczka, czy nawet lokalni przedsiębiorcy posiadają często ciekawe i oryginalne stemple, które (uwierzcie mi), niejednokrotnie miło was zaskoczą. Pedałując wystarczy zatrzymać się od czasu do czasu i wbić sobie na pamiątkę taką właśnie pieczątkę. Potrzebna jest ona, by móc później udowodnić przebytą trasę. W sytuacji gdy wbicie jest niemożliwe,
można wykonać sobie np. fotografię na tle charakterystycznego miejsca, czy chociażby zachować paragon z lokalnego sklepiku (dadam na margienesie, że pieczątki z wiejskich sklepów też się liczą). Dodatkowe punkty (10 za dzień wędrówki jednodniowej i 15 za każdy dzień dłuższego niż 1,5 dnia wyjazdu) można zdobyć za zwiedzanie zabytków, parków narodowych czy pomników przyrody. Nagrodą za punkty są symboliczne odznaczenia. Wyróżnia się siedem podstawowych. Małe i Duże GOTy (dzieli się jak w sporcie na: brązowe, srebrne i złote) oraz "Za wytrwałość" przyznawaną po przynajmniej siedmiu latach turystycznych wojaży. Ta ostatnia stanowić ma ukoronowanie naszych starań.

Warto na koniec przytoczyć regulaminową radę o której wielu z tzw. "prawdziwych cyklistów" nie zawsze pamięta: „Zawsze i w każdym przypadku brać pod uwagę podstawową zasadę turystyki: na pierwszym miejscu należy stawiać cel krajoznawczy, zadowolenie z jazdy, dobre samopoczucie fizyczne i psychiczne”.
Jeśli zdecydujecie się jeźdźić z "dzienniczkiem", pamiętajcie: KOT to nie wyścig. KOT to przyjemność. 200km dziennie robi wrażenie na wszystkich, ale czyż nie będzie wam przyjemniej opowiadać o tym co widzieliście po drodze?

Lektura obowiązkowa. Marcowy ROWERTOUR.

Tych którzy jeszcze nie wiedzą informuję, a Tym którym wyleciało z głowy przypominam, że jeszcze przez parę dni we wszystkich dobrych sieciach prasowych w Polsce możecie zakupić marcowy numer  ogólnopolskiego miesięcznika


Znajdziecie w nim m.in. debiutancki na łamach magazynu, artykuł mojego autorstwa poświęcony "nadbiebrzańskiej czterodniówce".
Jeśli ktoś miałby ochotę wybrać się na tereny Narwiańskiego i Biebrzańskiego Parku Narodowego proponuję lekturę. Ci, którzy nie zdążyli zakupić numeru, albo 8zł wolą przeznaczyć na inne przyjemności polecam materiał "Do środka Europy i dwa kroki dalej" na moim blogu.

CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE



24 marca 2012 roku w kawiarni Powroty, mieszczącej się w Łowiczu przy Starym Rynku, o godz. 17. rozpocznie się:

Przegląd Podróżników Rowerowych 
CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE

W atmosferze podróży, przy dźwiękach muzyki zaprezentują się cykliści, których pasją jest zwiedzanie Polski i świata na dwóch kółkach. Z sakwami przy bagażnikach i aparatem przewieszonym przez szyję kręcą przed siebie w poszukiwaniu prawdziwej przygody. Cykliści opowiadając o swoich dokonaniach zaprezentują zdjęcia i pamiątki z podróży.

Chęć udziału w spotkaniu wykazali dotychczas:

Radosław Tafliński, który opowie jak na prawdę smakuje indyjskie jedzenie, czy da się jeździć na rowerze w długich do kolan, tradycyjnych nepalskich strojach a przede wszystkim jak Europejczykowi podróżuje się samotnie przez azjatyckie kraje. Przybliży nam swoimi opowieściami Indie i Nepal.

Julia Marchlewicz wprowadzi nas w świat Afryki na dwóch kołach. Julia jest uczestniczką XII etapu Sztafety Nowaka przemierzającej Czarny Ląd śladami wielkiego, polskiego podróżnika Kazimierza Nowaka. Julia opowie o Namibii.

Michał Grzejszczak (czyli ja sam) przedstawi zdjęcia z hiszpańskiej Drogi św. Jakuba, która wiodła go mitycznym szlakiem pielgrzymkowym z Logrono do Santiago de Compostela.

Poszukuję również innych podróżników dokumentujących fotograficznie swoje wyprawy, chętnych zaprezentować się podczas spotkania. Przegląd ma charakter otwarty. Cyklistów, którzy chcieliby podzielić się wspomnieniami z trasy serdecznie zapraszam.

Kontakt mailowy: grzejszczak.michal@gmail.com lub telefoniczny: 793 470 234.

Impreza towarzyszy otwarciu sezonu rowerowego, organizowanego przez Klub Turystyki Rowerowej Szprycha z Łowicza.

Zapraszam.

SPONSOR pilnie poszukiwany!


Szanowni Państwo.

Pasja jest czymś, co daje nam siłę i ładuje nasze witalne akumulatory. To ona nadaje kolory naszemu życiu, napędza nas do działania. Niejednokrotnie pozwala nam odkryć swoje prawdziwe możliwości. Z pasji bijemy kolejne rekordy: skaczemy wyżej, biegniemy szybciej, wiemy więcej. My – pasjonaci, to co robimy, robimy z oddaniem.

W październiku 2010 roku po raz pierwszy podróżowałem przez Hiszpanię na rowerze. Przemierzyłem ponad 600 km odcinek „Camino Frances” – jednego z kilku prowadzących przez kraj szlaków św. Jakuba. Droga Francuska okazała się urzekająca. Zakochałem się bezgranicznie w tym niezwykłym kraju. Spotkałem mnóstwo przyjaciół, przeżyłem genialne chwile. Obiecałem sobie, że różnobarwną, nie-turystyczną Hiszpanię poznam z perspektywy rowerowego siodełka właśnie za sprawą „dróg jakubowych”.

Na rok 2012 zaplanowałem kolejny wariant. Jest on trudniejszy, znacznie dłuższy, jeszcze bardziej wymagający. Wraz z końcem marca wylatuję do położonej na południu Półwyspu Iberyjskiego Malagi, skąd przez: Rondę, Sevillę, Meridę, Salamankę, Zamorę, Leon i Oviedo mam zamiar dotrzeć do położonego nad Zatoką Biskajską Gijon.

Odcinek z Sevilli do Gijon przemierzę średniowiecznym szlakiem „Ruta de la Plata” („Srebrną Drogą”). W Gijon obiorę kierunek na zachód, podążając drogą „Camino del Norte” prowadzącą ze stolicy Kraju Basków - San Sebastian, do stolicy Galicji – Santiago de Compostela (uznawanego przez chrześcijan za miejsce spoczynku Św. Jakuba Apostoła - patrona Hiszpanii).
Ostatnim etapem wyprawy „Ruta de la Plata 2012” będzie pokonanie „Camino de Fisterra”. Tak jak miliony pielgrzymów podróżujących przez wieki do grobu jakubowego, tak i ja mam zamiar dotrzeć pod koniec kwietnia na ten legendarny „kres świata” i stanąć nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego. Łącznie planuję pokonać blisko 1500 km.

Podróżuję od lat. Do szczęścia potrzebuję niewiele. Nie szukam wygód, korzystam z najprostszych rozwiązań. W podstawowym zakresie jestem przygotowany na wyjazd. Choć często powtarzam, że „pieniądze szczęścia nie dają”, to zdaję sobie sprawę z ich przydatności w drodze. Abym mógł lepiej poznać miejsca w które docieram potrzebuję pewnego, finansowego zaplecza. Tak jest również w przypadku dosyć drogiej dzisiaj Hiszpanii. Jeśli są Państwo zainteresowani finansowym wsparciem mojej wyprawy, będzie mi
niezmiernie miło. W ramach podziękowania służę pomocą w realizowaniu Państwa firmowych projektów wykorzystujących fotografię. Przy nadarzających się okazjach, nie omieszkam wspomnieć mych darczyńców w publicznych wystąpieniach.

Numer mojego konta w banku ING: 10 1050 1025 1000 0090 6669 4960

W dopisce proszę zamieścić swoje dane. Po moim powrocie chciałbym osobiście wszystkim
podziękować.

Tych z Państwa, którzy chcieliby mnie poznać, zapraszam 24 marca na Pierwszy Przegląd Podróżników Rowerowych CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE. Rozpocznie się on o godz. 17. w łowickiej kawiarni „Powroty” (Stary Rynek, obok ratusza). W towarzystwie innych cyklistów zaprezentuję zdjęcia z mojej poprzedniej wyprawy do Hiszpanii oraz opowiem o idei pielgrzymowania do Santiago de Compostela.


czwartek, 16 lutego 2012

Pięciodniówka” z Nieznajową w tle


„Odnalazły się marzenia, które włożyłem kiedyś do dziurawej kieszeni” - Stachura.

Dolina Nieznajowej. Mój prywatny raj.

Nie zdążyłem jeszcze zapomnieć o wakacjach, a już zamarzyłem o kolejnym wyjeździe. Zapragnąłem świeżego powietrza i pachnącego lasu. Zabrakło mi znów pagórków w mojej okolicy, na które mógłbym wjechać i zapatrzeć się w horyzont. W połowie września spakowałem więc sakwy
i wsiadłem w pociąg. Tym razem wyjątkowo komfortowo dojechałem aż za Kraków, do Bochni, skąd chwilę później ruszyłem na południe szukać przysłowiowego „wiatru w polu”. Szukałem dosyć długo. Dopiero trzeciego dnia dojechałem prawdopodobnie w najpiękniejsze miejsce w jakim byłem w życiu- do Doliny Nieznajowej. Ale zanim znalazłem się w tym genialnie cichym, spokojnym i wydawałoby się niczym nieskażonym miejscu, musiałem „wykręcić” swoje…

Szlak Architektury Drewnianej.


Dzień pierwszy (74km).


Bochnia - słynąca w Europie z zabytkowej i co najważniejsze udostępnionej do zwiedzania kopalni soli, przywitała mnie niepokojąco pochmurnym niebem. Wielce mnie to nie zmartwiło. Tak jak za każdą większą górką napotkamy przyjemny zjazd, tak i po każdym pochmurnym dniu przyjdzie przecież dzień słoneczny. Pozytywnie myśląc ruszyłem przed siebie, obierając kierunek na dwa największe w tym regionie jeziora: Czchowskie i Rożnowskie. Już od wyjazdu z miasta spostrzegłem, że znów znajduję się na znanym mi z poprzednich wyjazdów Szlaku Architektury Drewnianej. 
Cerkiew greckokatolicka p.w. Św. Panaskewii w Uściu Gorlickim
Można nim w ciekawy sposób przemierzyć prawie całą południową granicę kraju. Zabytki bądź to same rzucają się w oczy, bądź też należy ich poszukać po okolicy wykorzystując do tego licznie ustawione znaki informacyjne. Małopolska słynie również z licznych zamków. Na trzy spośród nich trafiam już niebawem. Jako pierwszy, zwiedzam imponującej wielkości i malowniczo położony barokowy zamek Kmitów w Nowym Wiśniczu (wybudowany w XIV w., regularnie jednak rozbudowywany przez późniejszych gospodarzy: Lubomirskich i Zamoyskich). 

Zamek Kmitów w Nowym Wiśniczu

Największe wrażenie zrobiły na mnie wysokie na kilkanaście metrów, cztery okrągłe baszty. Miłośnicy militariów obejrzeć tam mogą ustawione na podwórzu armaty.  Kilka kilometrów dalej kolejny obowiązkowy postój- w Lipnicy Murowanej. Znana w Polsce z konkursu palem wielkanocnych miejscowość, ma także do zaoferowania wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, XV wieczny, drewniany kościół pw. Św. Leonarda. 
Lipnica Murowana

Pół godziny później mijam Czchów. Warto tam choć na chwilę zajrzeć na malutki rynek. Tuż przy nim zobaczyć można jeszcze gotycki kościółek, a przy wylocie z miasteczka na krajową 75-kę wdrapać się stromym wejściem na ruiny średniowiecznego zamczyska. Wijącą się nad Jeziorem Czchowskim trasą mijam trzeci z kolei zamek. To Tropsztyn. Podróżujący opisywaną trasą mogą go zwiedzić, jednak tylko w okresie letnim. Poza sezonem jest on zamknięty. Szkoda, bo widok z jego wieży na wody Dunajca tworzące tamtejsze jezioro musi robić wrażenie. Tego dnia, kierując się na Rożnów (słynący z tamy i wykorzystywanych przez wspinaczy skałkowych nadbrzeżnych urwisk) oraz Gródek n. Dunajcem, dostrzegam jeszcze dwie imponujące pozostałości po świetności Małopolan. Być może architektonicznych ciekawostek znajdzie się tam więcej. Warto mieć oczy dookoła głowy.

Dunajec
Dzień drugi (94 km).
Noc spędziłem nad Zalewem Rożnowskim. Po sezonie jezioro jakby spało. Obniżony poziom tafli wody odsłonił szerokie, piaszczyste łachy. Bary świeciły pustkami. Jedynie mewy gwarnie gromadzące się na brzegu, głośno donosiły, że w Gródku istnieje jeszcze życie. Jem śniadanie z widokiem na Małpią Wyspę, spędzam kilka chwil w przecierających się przez chmury promieniach słońca i ruszam przed siebie.  Zostawiwszy za sobą niemałe podjazdy i równie szybkie zjazdy, zauroczony sądeckimi pejzażami wjeżdżam do Nowego Sącza. Niegdysiejsza stolica województwa godna jest polecenia turystom. Mnie jednak najbardziej w tym mieście urzekło pewne spotkanie. Przy głównej ulicy miasta, wstąpiłem do niepozornie wyglądającego antykwariatu Galicya. Po przejściu na emeryturę założył go inżynier budownictwa Wojciech Michalcewicz. Niegdyś budował tamy i mosty, dziś buduje największą w Polsce kolekcję huculskiej sztuki. Drzemie w nim duch gawędziarza. Jeśli ktoś zapyta go o jego pasję, na pewno usłyszy masę ciekawostek o liczącym ponad 2000 egzemplarzy zbiorze, a może nawet dostanie zaszczytu i Pan Wojciech zezwoli mu przysiąść choć na chwilę do swojego olśniewającego, bogato zdobionego biurka…

Małpia Wyspa na Jeziorze Rożnowskim
Będąc w Nowym Sączu, wypada odwiedzić też jego „starszego brata”. Odległość niewielka, a urok miasta ogromny. Stary Sącz to jedno z najstarszych, bo XIII wiecznych polskich miast. Rozkwit zawdzięczało prawdopodobnie położeniu na bursztynowym szlaku. Dziś ujmuje czarującym małomiasteczkowym klimatem, lokalną architekturą i fascynującym, znajdującym się na terenie klasztoru sióstr Klarysek gotyckim (choć z barokowym wnętrzem) kościołem pw. Św. Trójcy i Św. Klary. 

Stary Sącz
Warto wiedzieć, że to jeden z najstarszych polskich klasztorów. Założyła go i część życia spędziła w nim księżna Kinga, a po niej także Królowa Jadwiga. Wyjeżdżając z miasteczka, wjeżdżam na krajową drogą 87 i kieruję się nią na Krynicę-Zdrój. Już niebawem napotykam na swej drodze kolejne uzdrowiskowe miejscowości. Łatwo tam o nocleg. Mijane po drodze, a znane nie tylko rencistom: „mineralna” Piwniczna-Zdrój, ulokowany nad Popradem Żegiestów (robiący spore wrażenie zruinowaną, międzywojenną kurortową architekturą), czy Muszyna stanowić mogą doskonałą bazę dla cyklistów lubiących zatrzymać się czasami na dłużej. 

Droga na Wierchomlę
Liczne piesze szlaki kuszą tam miłośników górskich wędrówek. Tego dnia docieram jednak dalej. Noc spędzam w wyśmienitym miejscu. Grubo po zmroku, z czołówką na głowie i zmęczony jak diabli docieram do Bacówki Nad Wierchomlą. Psy pilnujące porządku w jadalni poszczekują w totalnej niemal ciemności. Bacówka bowiem do jesieni nie miała jeszcze prądu. Agregat odpalano tylko na dwie godziny dziennie, co absolutnie, ani mnie, ani innym gościom nie przeszkadzało. Dzięki tej ciemności, gwieździstego nieba nad Wierchomlą po prostu się nie zapomina. Trudno też zapomnieć tamtejszy żurek, widok śpiącej w kołysce maleńkiej Leny i wspaniałych gospodarzy Gosi i Marcina. Schronisko od wiosny ma być wyposażone w rowerowy serwis, co oznacza, iż będzie to najwyżej (bo na 895m n.p.m.) położony tego typu punkt w Polsce.

Bacówka nad Wierchomlą
Dzień trzeci (70km). 
Zjazd z Wierchomli jest rewelacyjny. Można pędzić na złamanie karku, albo rozglądać się po lesie. Tak czy inaczej należy wrócić do Muszyny. Droga do Krynicy-Zdroju mija szybko. Wachlarz atrakcji tego uzdrowiska jest spory. Muzeum Nikifora, pełne wdzięku drewniane, piętrowe budynki, deptak i liczne kawiarnie. Do tego niezapomniany klimat. Gdybym Krynicę odwiedził przed wieczorem, na pewno wolny czas spędziłbym na dancingu… 
Romanówka. Muzeum Nikifora Krynickiego.

Jednak dzień dopiero się zaczyna. Jem drugie śniadanie i ruszam na Tylicz, Izby, Banicę w stronę dzikiego serca Beskidu Sądeckiego. Szutrowe, czy wykładane płytami drogi powinny satysfakcjonować nawet cyklistów jeżdżących na trekkingowych oponach. Mijam stadniny koni, wijące się strumyki i niewysokie szczyty. Tutaj dopiero odnajduję to co kocham... Nie ma już ludzi, nie ma hałasu, rzadkością są mijające mnie auta. Szlak budownictwa drewnianego na który cyklicznie wjeżdżam, w tych okolicach staje się niezwykle bogaty. Prawosławne i greckokatolickie cerkwie wraz katolickimi kościołami stanowią bogatą mozaikę z której możemy być dumni. Choć w niektórych miejscowościach utrzymanie budynków graniczy z cudem, to jednak te napotykane zazwyczaj wyglądają należycie. Zagadnięty ksiądz wspominał z żalem, że wielu parafii nie stać na przedsięwzięcia ratowania zabytków. Niekiedy w kilkusetosobowych wsiach, są i po dwie XVII czy XVIII wieczne cerkwie. Koszt renowacji każdej z nich przekracza często milion złotych, co jest nie do udźwignięcia dla mieszkańców okolicy. 
Ludowy rzeźbiarz z Beskidów


Wymienić tu trzeba przy okazji dwie najbardziej okazałe budowle. Greckokatolickie cerkwie p.w. Św. Paraskewii w Uściu Gorlickim i Kwiatoniu stanowią przykład zachodniołemkowskiej architektury drewnianej. Uście Gorlickie zwane niegdyś Ruskim czy Wołoskim zamieszkiwali w większości Łemkowie. Akcja „Wisła” spowodowała przesiedlenie tej ciekawej mniejszości etnicznej na tzw. Ziemie Odzyskane. Było to początkiem zaniku kulturowego Łemków. Dziś szacuje się, że mieszka ich w Polsce od 6 do 60tyś.

Cerkiew greckokatolicka w Kwiatoniu

Dzień czwarty (66 km). 
Magura Małostowska pozostająca w zasięgu wzroku kusi ostrym podjazdem. Tym razem jednak kieruję się dalej na wschód, w kierunku Magurskiego Parku Narodowego. Leśnymi drogami przez maleńkie wioski i osady, wśród zielonych pagórków na tle intensywnie niebieskiego nieba zmierzam do Wołowca, będącego nieoficjalną „mekką” miłośników podróżniczego reportażu. Mieszkańcem maleńkiej, blisko trzydziestoosobowej wsi jest Andrzej Stasiuk, znany podróżnik i wydawca literacki. Pielgrzymki miłośników jego talentu, ciągną do urzekającej wsi. 
Dolina Wołowca
Położony w dolinie, otoczony lasem i wzgórzami Wołowiec stanowi oazę spokoju. Ludzie tam mieszkający też są przemili. Napotkana Magda zaprasza mnie na obiad, częstuje mapą i tłumaczy drogę przez leśne dukty. Gdyby nie ona, być może nigdy nie trafiłbym do wymarłej już Nieznajowej. Przez politykę przesiedleńczą, blisko dwustupięćdziesięcioosobowa niegdyś wieś, to dziś tylko kamienne krzyże, stary łemkowski cmentarz i prowadząca przez środek doliny szutrowa droga. Warto zatrzymać się tam pod namiotem, albo w studenckiej chatce. Daleko stamtąd do sklepów, wodę czerpie się z rzeki a nadstawiając ucha w stronę porośniętych wzgórz, usłyszeć można w okresie godowym niesamowite odgłosy jeleni. Dolina Nieznajowej to idylliczne miejsce na mapie polskiej przyrody. Myśląc dziś o Beskidach, mam ją w głowie nieustannie…

Rozmarzony wyruszam jednak dalej. Kilkanaście kilometrów dzieli mnie bowiem od siedziby parku narodowego w Krempnej. Trafiając tam w godzinach urzędowania, koniecznie trzeba obejrzeć przyrodnicze wystawy. To już nie łopatologia rodem z PRLu. Galerie są na prawdę interesujące. O zmianach w myśleniu o turyście, świadczy też sam budynek dyrekcji. Nowoczesny, przeszklony, z elementami drewna. Słońce powoli się obniża. Czas pędzi nieubłaganie. Za dwa dni powinienem być już w stolicy. Nie jestem w stanie wydostać się z Beskidów inaczej niż z Tarnowa. Z serca Parku to jednak grubo ponad 80km. Jadę więc do zmroku, a nocleg znajduję dopiero w agroturystyce w Skalniku.
Jelenie na rykowisku

Dzień piąty (100km). 
Wczesna pobudka, szybkie śniadanie. Pociąg nie będzie czekał. Ruszam drogą na Jasło. Dopiero tam spotykam pierwszego rowerowego turystę.  Wyjechał z Tarnowa z zamiarem dotarcia w Bieszczady. Dla niego to pierwszy spośród kilku dni samotnej wędrówki. Miło jest spotkać kogoś w trasie. Sam będąc przyzwyczajony do samotnych wyjazdów, nauczyłem się doceniać przypadkowe, choć krótkotrwałe znajomości.
Polska-Słowacja. 1-0.
W Jaśle warto zatrzymać się w cukierni. Przy rynku jest ich kilka. Przy dobrej pogodnie można miło spędzić tam czas, smakując leniwie wyśmienitego porannego espresso. Ponieważ mój zegarek nie chce się jednak zatrzymać, już za chwilę mocniej naciskam na pedały. Zjeżdżam z  krajówki wybierając wiejskie drogi. Choć brakuje mi solidnych podjazdów, to widoki dalej pozostają niezmiennie urokliwe. Mieszkańcy Pogórza Środkowobeskidzkiego są szczęściarzami mogąc wyskakiwać na przejażdżki w tak sprzyjających warunkach. W pełnym słońcu górskie pasmo prezentuje się niezwykle okazale. Z Jasła skracam drogę przez Dębową i Jodłową. 
Dziewczyny zawsze można zabrać na ramę...
W Ryglicach trafiam na lokalny festyn. Mam okazję spróbować regionalnych potraw oraz przyjrzeć się strojom ludowym. W Tuchowie natomiast mile zaskoczył mnie widok oznakowanego szlaku jakubowego. Ci, którym było dane podróżować do Santiago de Compostela,  z pewnością zawsze ciepło zareagują na podobne oznakowanie. Miłośników sanktuariów zainteresuje natomiast fakt, że w niewielkim mieście oprócz kościóła pw. Św. Jakuba znajduje się także często odwiedzany przez pielgrzymki klasztor redemptorystów. Zwiedzając zakon nie mogłem odmówić sobie przyjemności  przyjrzenia się zbiorom muzeum misyjnego. Nie mamy ich w Polsce zbyt wielu, a tamtejsze eksponaty są całkiem atrakcyjne.
Tarnów
Niedaleko stąd już do Tarnowa. Droga może nienajlepsza, ale za to krótka. Na szczęście dworzec kolejowy w Tarnowie leży blisko Starego Miasta. Ukoronowaniem mojej pięciodniowej wycieczki czynię spacer po centrum. Przyjemne, popołudniowe słońce muskające renesansowe kamienice swoimi promieniami i przechadzające się po budynkach długie cienie, zachęcają do fotografowania. Grupy znajomych, zakochanych, emerytów i rodzin spędzają czas w piwnych ogródkach. Choć jest już za późno na dokładne zwiedzanie miasta, to wiem że którąś z kolejnych wypraw na południe kraju z pewnością rozpocznę w tym punkcie. Historyczne centrum z kapitalnymi czynszówkami, podcieniami, ratuszem i zielonymi parkami na pewno warto dokładnie obejrzeć.
Tarnowska starówka
Beskid Sądecki jest świetnym regionem na podróżowanie rowerem. Spokój na drogach, niezłe asfalty, przyjemne szutrówki. To też idealne miejsce na krótkie, rodzinne wypady. Różnorodność krajobrazów, w miarę łatwe do pokonywania wzniesienia oraz bogata baza noclegowa zadowolić powinny najbardziej nawet wymagających turystów.


W pigułce:
Dzien 1. Bochnia > Nowy Wiśnicz (zamek) > Lipnica Murowana (kościół UNESCO) > Czchów (ruiny zamku) > Rożnów (tama) > Gródek n. Dunajcem (zalew). Ok. 74km.
Dzień 2. Gródek n. Dunajcem > Nowy Sącz > Stary Sącz (historyczna miejska zabudowa) > Piwniczna-Zdrój > Żegiestów > Muszyna > Bacówka Nad Wierchomlą (schronisko na 985m n.p.m.) Ok. 94km.
Dzień 3. Bacówka… > Muszyna> Krynica-Zdrój (muzeum Nikifora) > Tylicz > Uście Gorlickie/ Kwiatoń (cerkwie greckokatolickie) Ok. 70km.
Dzień 4. Uście Gorlickie > Gładyszów > Banica > Wołowiec >Nieznajowa > Rozstajne > Krempna > Skalnik. Ok. 66km.
Dzień 5. Skalnik > Jasło > Dębowa > Jodłowa  > Ryglice > Tuchów > Tarnów. Ok. 100km

Dystanse w rzeczywistości mogą być mniejsze. Wynika to z mojego sposobu podróżowania.
Dystans: ok. 400km
Dla kogo: dla lubiących podjazdy, miłośników budownictwa drewnianego i polskiej przyrody.
Noclegi: agroturystyka/ schroniska. 20-30zł/noc.
Porady: warto zabrać ze sobą kamizelkę odblaskową i kask. Miejscami konieczna jest jazda krajowymi drogami o większym ruchu. Latem należy pamiętać o… stroju kąpielowym. Pokonywanie wzniesień bez wcześniejszej zaprawy może dać się we znaki.
Warto zobaczyć: kopalnię soli w Bochni, zamek w Nowym Wiśniczu, kościół w Lipnicy Murowanej (UNESCO), Żegiestów, Bacówka Nad Wierchomlą, Krynica-Zdrój, cerkwie w Uściu Gorlickim
i Kwiatoniu, Wołowiec, Dolina Nieznajowej, Magurski PN, tarnowska starówka.




sobota, 9 kwietnia 2011

Do środka Europy i dwa kroki dalej.


Biebrzy bez dźwięku, opisać się nie da. Dźwięk nad Biebrzą jest wszechogarniający.  Wiosna nad Biebrzą to niezliczone tysiące ptaków powracających z zimowisk, to wiatr buszujący po polach, to plusk rzeki meandrującej niczym wijąca się wstęga w rękach genialnej gimnastyczki. Biebrza wiosną, to sięgające horyzontu rozlewiska, to zalane drogi, to setki siwych czapli przelatujących nad naszymi głowami w cudownych, budzących uznanie kluczach. Biebrza wiosną to dzikość, to wolność, to natura w najczystrzej i najdoskonalszej postaci. Biebrza to cud.
Kilka lat temu trafiłem w magazynie National Geographicf na artykuł poświęcony tej rzece.
Tekst Adama Bogoryji - Zakrzewskiego opatrzony był znamiennym tytułem "Biebrznięci i miejscowi". Kiedy go czytałem, wiele rzeczy jeszcze nie rozumiałem, o wielu nie miałem pojęcia. Sprawił jednak, że stałem się fascynatem Biebrzy.
Czym tak na prawdę jest ta rzeka, gdzie tkwi jej piękno i skąd bierze się jej magia nie sposób dowiedzieć się na odległość. Tego trzeba doświadczyć. Ale aby to zrozumieć, należy choć raz stanąć nad jej brzegiem i wsłuchać się w nią. Należy wsłuchać się bezgranicznie.

Dzień 1 (Łapy - Goniądz, 108 km)
Pociąg z Dworca Centralnego odjeżdża punktualnie, czyli nie jak zawsze. Po kilkunastu minutach podróży, krajobraz zmienia się nie do poznania. Wyjeżdżając z industrialnej prawobrzeżnej części stolicy wtaczamy się na zgoła inne tereny. Giną gdzieś ogromne skrzyżowania, ginie gwar, ginie zgiełk, giną sznury aut i tysiące przypadkowych ludzi na ulicach.
Pociąg wczesnym, czwartkowym przedpołudniem mknie na północny-wschód, a wraz z nim mknę i ja, i mój rower i sympatyczny Aleksander- student nawigacji w Szkole Morskiej w Szczecinie. Aleksander wracający właśnie do rodzinnego Grodna okazał się wspaniałym rozmówcą, a jak wiadomo spotkać na początku swej drogi świetnego rozmówcę, to tak, jakby zacząć dzień od szklanki soku ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. Opowieści o morskich i rowerowych przygodach, statkach, a także białoruskich realiach umilają nam czas. W przyjemnej atmosferze, dojeżdżam więc do Łap, by tu właśnie rozpocząć swoją wędrówkę.
                  Nie mając ścisłego planu swojej podróży, z mało zachęcającej do wysiadania stacji, ruszam na północ, w poszukiwaniu wiosny, spokoju i cudownej podlaskiej przyrody.
Niewiele potrzeba, by marzenia się spełniły. Niewiele też potrzeba by czar miejsca prysł. Zaledwie po kilkunastu kilometrach dojeżdżam do serca pierwszego z dwóch parków narodowych, jakie podczas czterech dni wędrówki odwiedzę. Jest to Narwiański Park Narodowy, znany jako "polska Amazonia". Wspomniane serce parku bije w Kurowie. W tej niewielkiej osadzie umiejscowiono siedzibę zarządu. Dyrekcja zajmuje folwark i XIX wieczny pałacyk. Biały, historyczny dworek doskonale komponuje się wśród bujnych drzew i rozlewisk rzeki Narwi. Obserwacja przyrody, możliwa jest tam dzięki ponad 500 metrowej kładce, zbudowanej cieżką pracą na palach, nad rozlewiskiem. Kurowo to raj dla amatorów ptactwa, dla miłośników kajakarstwa rzecznego i wszystkich innych spragnionych natury turystów. Osada zdaje się przy okazji oazą spokoju. Dopiero tutaj odczuć i zobaczyć można, co oznacza prawdziwa cisza. Pole biwakowe umożliwia wypoczynek na łonie natury. To idealne miejsce do spędzenia kilku wolnych dni.
Tuż przy bramie decyduję się poruszać wyznaczonym szlakiem. Ruszam i już po kilku kilometrach... ręce opadają. Śmieci. Wszędzie śmieci. W rowach ogromne wysypiska plastikowych butelek, reklamówek, lodówek, pralek, błotników, opon, silników. To co zaczęło się tak na prawdę już w Łapach, przerasta najśmielsze oczekiwania. Po drodze byłbym w stanie zmontować połowę auta i wyposażyć mieszkanie. Śmieci są tony. Dopiero kilkanaście kilometrów dalej dowiedziałem o co tutaj chodzi.
Podlaski Szlak Bociani prowadzi mnie wygodnymi drogami do Tykocina, uroczego, średniowiecznego miasteczka, znanego z bogatej, przedwojennej kultury żydowskiej. Wspaniała wielka synagoga, z kapitalnym wnętrzem i ciekawymi zbiorami, otwarta jest dla zwiedzających. Można w niej podziwiać nie tylko spuściznę tykocińskich Żydów, ale i rewelacyjną wystawę starej fotografii, ukazującej życie w dawnym mieście. Na zdjęciach widać, jak wielkie znaczenie miała tutaj Narew, jak kwitło życie lokalnej społeczności, a wreszcie, jak niewiele dzisiejsze miasteczko różni się od tego sprzed ponad półwiecza. Tykocin zachwyca układem ulic, prostokątnym, ogromnym rynkiem, czy ulicznym brukiem zamiast wszechobecnego dzisiaj asfaltu. Okazuje się, że miejscowych nie wzrusza już jednak, tak jak mnie, piękno tego miejsca. Pani w cukierni przy Starym Rynku, uświadamia mnie, że dzisiaj każdy potrzebuje wygód. Również Tykocin, gdzie czas mam wrażenie zatrzymał się na chwilę i zapomniał ruszyć dalej... 



W mieście tym lokowanym już w 1425 roku mieście, obejrzeć możemy także inne historyczne ciekawostki. Znajdziemy pieczołowicie odbudowywany zamek (powstały w latach 1550-1583 z inicjatywy króla Zygmunta Augusta- oddanie przypaść ma na czerwiec tego roku), alumnat, czyli dom dla wojennych weteranów z pierwszej połowy XVII wieku, kościół św. Trójcy oraz dwa pomniki: Stefana Czarneckiego (który Tykocin otrzymał za wojenne zasługi), oraz Orła Białego, na pamiątkę ustanowienia w tym mieście przez Augusta II, orderu o tym właśnie tytule. Będąc w Tykocinie, koniecznie należy odwiedzić także Pentowo. Znany nie tylko w Polsce dworek , słynie z bocianiego osiedla. Bociany upodobały sobie to miejsce szczególnie. Dzisiaj, na niewielkiej przestrzeni żyje ponad 30 ptasich par. Jako, że bociany są wierne nie tylko sobie, ale i miejscom w jakich zakładają swoje gniazda, rokrocznie wiosną, w Pentowie oglądać można niezwykły spektakl powrotów, godów i polowań tych przepięknych, charakterystycznych dla Podlasia ptaków. Dworek Henryki i Bogdana Toczyłowskich prowadzących "Fundację Bocian" stoi gościną dla wszystkich chętnych, pragnących posłuchać niezwykłych ptasich opowieści. Pentowo to miejsce magiczne. Wciąga niczym chodzenie po bagnach. Pani Henryka, kiedy przyjechała tu po raz pierwszy zachwyciła się nim dogłębnie. To, czy została tu dla swego męża, czy może rzeki, pozostanie jej słodką tajemnicą... 

Dla szukających prawdziwej gościny i ciepła drewnianego domu, domownicy przygotowali gościnne pokoje. Nie praktykowałem (jeszcze), ale ponoć poranka w Pentowie, nie da się porównać z niczym innym. Państwo Toczyłowscy własnymi nakładami pragną szerzyć informacje o gatunku bociana białego i w tym właśnie celu, na terenie ich posiadłości powstaje bociania galeria. Pani Henryka, w przemiłej rozmowie obiecała, że jeszcze w tym roku wnętrza wspaniałego, białego jak bocianie pióra budynku, gościć będą turystów i zielone szkoły.
W Pentowie dowiedziałem się też skąd wziął się śmierdzący problem. Gmina zamknęła wysypisko, zmuszając tym samym mieszkańców do opłacania bajońskich sum za wywóz śmieci
na białostockie wysypiska. Ludzie, nieudolność władz województwa i swój problem rozwiązują sami, w sposób jeszcze bardziej nieudolny. Pani Henryka swój przydrożny odcinek lasu osobiście sprząta kilka razy w miesiącu, gromadząc każdorazowo dziesiątki kilogramów odpadów. Szkoda, że ludzka głupota wymusza konsekwencje na przyrodzie. Coś co dzisiaj jest dla Podlasia skarbem, może zostać bezpowrotnie zatracone.
                  Szlak bociani prowadzi dalej na zachód, w stronę Kiermus. Trzeba jednak uważać. Narew wiosną jest szeroka. Poziom wody powoduje, iż szlak już w Niecięcach okazać się może nieprzejezdny. Bezpiecznie jest dopytać się o to miejscowych już w Tykocinie. Po dojechaniu do Laskowca, kierujemy się na północ, starym, zniszczonym i dziurawym jak szwajcarski ser asfaltem, położonym na brukowanym niegdyś Carskim Trakcie. Jakość drogi można wybaczyć oglądając się to na lewo, to znowu na prawo. Wjeżdżamy bowiem, na teren Biebrzańskiego Parku Narodowego, a tam widowisko ciekawsze jest aniżeli w niejednym cyrku. Jak okiem sięgnąć rozlewiska. Rozlewiska, bagna, lasy. Droga ta prowadzi nas do Goniądza przez blisko 30 km. Dla tych którzy nie są pewni, czy odcinek ten pokonają przed wieczorem, polecam znaleźć nocleg przed wjazdem do parku. Po drodze bowiem, mijamy zaledwie kilka malutkich osad.
Do Goniądza docieram tuż przed wieczorem. Schronisko "Nad Biebrzą" działa okresowo, tylko w sezonie letnim. Goniądz jest jednak na tyle duży, że ze znalezieniem noclegu nie mam problemu. Tej nocy, ugościli mnie Państwo Wróblewscy prowadzący w rynku małą agroturystykę. Przypadek sprawił, że znów trafiłem na marynarza. Pan Franciszek 30 lat spędził na morzu. Opłynął kawał świata, po czym z żoną powrócił do swojej rodzinnej miejscowości. Sam Goniądz jest niewielki. Niezwykłości miasteczku brakuje, ma jednak coś, dlaczego warto tu zajechać. Po pierwsze ogromna twierdza Osowiec (to coś dla miłośników militarnej historii), po drugie kapitalny widok z rynku na rozlewiska Biebrzy. Plaża miejska funkcjonująca w ciepłe dni, musi sprawiać frajdę nie tylko najmłodszym. Wiosną natomiast, staje się wyśmienitym miejscem obserwacji ptaków za pomocą lornetki.

Dzień 2 (Goniądz- Dąbrowa Białostocka; 70 km).
Dzień drugi podróży rozpoczynam spacerkiem nad rzekę. Poranek nie był tego dnia wybitnie atrakcyjny. O świcie padało, wiał dość silny wiatr, a przed dziewiątą utrzymywało się jeszcze całkowite zachmurzenie. Wyjeżdżając na trasę do Suchowoli, miałem małe obawy. Po drodze zaczęło się jednak przecierać, a wiatr dostałem w prosto w plecy. Jazda w takich warunkach to czysta przyjemność. Wyznaczona przeze mnie wieczorem trasa, prowadziła przez Nowe i Stare Dolistowo, dolinę Biebrzy do Dębowa i dalej na Sztabin. Natura jednak, po raz wtóry zweryfikowała mój plan. Utknąłem w zasadzie na samym początku. Droga przez dolinę kończyła się na moście w Dolistowie. Od marca, aż do początków czerwca, piaszczysty trakt może się okazać niemożliwy do przebycia sucha nogą. Fenomenalna jest moc przyrody. Fenomenalna jest też cierpliwość mieszkańców okolicznych wsi... 


Nie ma jednak tego złego... Dojeżdżam do Suchowoli, geometrycznego środka Europy wyznaczonego już w 1775 roku. Mija się z prawdą ten, kto twierdzi, że Polska leży we wschodniej Europie.  Spod suchowolskiego kościoła, po krótkim odpoczynku ruszam dalej. Nie długo jednak pedałuję. Co kilka minut z gęstych znowu chmur, pada drobny, lecz intensywny, wiosenny deszcz. Odpuszczam. Łatwo niepotrzebnie się przemoczyć. Decydując się na przekąskę wybieram klasyczny, znakomity lokal - przystanek PKS w środku pola. Droga prowadzi mnie przez Grodzisk i Zwierzyniec do Starej Kamiennej. Kilka przymusowych przystanków i znów czuję "za rogiem" obecność rzeki. Nade mną przelatuje ogromny klucz czapli siwych. Układ klucza jest niezwykły, więc nie tylko mój wzrok wędruje ku niebu.
W Starej Kamiennej trafiam na XVII wieczny, drewniany kościółek pod wezwaniem św. Anny. Jest to ponoć jedna z najstarszych drewnianych, rzymskokatolickich świątyń we wschodniej Polsce. Kościół swój patronat zawdzięcza miejscowej legendzie. Na przełomie XVI i XVII wieku istniał we wsi dwór rodziny Wiesiołowskich. Pani domu przyjaźniła się wielce z córką pewnego chłopa - Anną. Dziewczyna była jej oczkiem w głowie. Pewnego dnia, wydarzyła się jednak tragedia. Rozwścieczone psy zagryzły dziewczę. Smutek i żal zapanował we wsi, a pani Wiesiołowska obiecała postawić mieszkańcom kościół pod wezwaniem św. Anny i tym samym upamiętnić swoją ulubienicę.
Ludność Kamiennej dumna jest ze swego kościółka. Pierwszopiątkowa msza ściągnęła do otoczonej dębami świątyni, masę okolicznych mieszkańców. Starą Kamienną warto odwiedzić 26 lipca. Tego dnia przypada święto patronki, a odpusty z tej okazji, znane są ponoć w całej okolicy. Po 70 kilometrach docieram do Dąbrowy Białostockiej. Przez przypadek trafiam do Jasionówki, gdzie w gospodarstwie Państwa Jedlińskich znajduję wyborny nocleg. Do dyspozycji mam drewnianą chatę z ogromnym, rozgrzanym, kaflowym piecem po środku izby, oraz błogą ciszę za ścianą. Miodowe piwo przed snem i muzyka Caetana Veloso wybornie regenerują organizm.



Dzień 3. (Dąbrowa Białostocka - Supraśl; 92 km).
Sobota zaczyna się leniwie. Za oknem mży. Wstawanie wychodzi nieporadnie. Śniadanie, gorąca herbata i rozciąganie budzą mnie ostatecznie. W telewizji, prócz nie najlepszej prognozy pogody, zauważam znajome twarze. To pańswo Toczyłowscy z Pentowa opowiadają o swoich boćkach. Cóż za niespodzianka! Mimo drobnych opadów żegnam się z domownikami i ruszam do Różanegostoku. Sanktuarium maryjne i barokowy klasztor jezuitów robią wrażenie.
Tuż po godz. 11. na dworcu kolejowym w Dąbrowie Białostockiej, odbieram z pociągu Sylwię. Od tego momentu pedałujemy wspólnie. Przez wzgląd na deszcz i niesprzyjający kierunek wiatru zmieniamy zakładaną trasę. Planowany powrót nad Biebrzę - do Goniądza, przekładamy na inny, lepszy czas. W zamian za to, kierujemy się pagórkowatą drogą 673 prosto na Sokółkę. Ja uwielbiam podjazdy, a Sylwia zjazdy. Wspaniale się więc rozumiemy. Po dwóch godzinach drogi docieramy do Sokółki. Przy wjeździe do miasta wita nas cmentarz radzieckich żołnierzy. Niewiele już osób dziś o nim pamięta, a pomnik socjalistycznej architektury jest dla nas przykładem niebanalnej sztuki minionych lat. W mieście, postanawiamy wzmocnić się obiadem w przydrożnym barze. Nie wyszedł nam on wprawdzie na zdrowie, ale dzięki niemu mieliśmy choć trochę więcej energii do pedałowania.
A drogi przed nami jeszcze kawałek. Rezygnujemy z wizyty w meczetach w Bohonikach i Kruszynianach, kierując się krajową trasą numer 19 w stronę Czarnej Białostockiej. Powzięty 40 km wcześniej pomysł dotarcia do Białegostoku, znów ulega weryfikacji. Sylwia przestaje już zauważać przyjemność płynącą ze zjazdów i zaczyna dostrzegać trudność podjazdów.
Te, choć krótkie, to pokonywane w sąsiedztwie tirów nie należą do przyjemnych. Nie ma sensu taka podróż. Zwiedzanie Białegostoku przekładamy na bliżej nieokreślony czas i dajemy ostro w lewo. Asfalt gładki jak stół, wije się pagórkowato pomiędzy wysokimi, pachnącymi i intensywnie zielonymi świerkami Puszczy Knyszyńskiej, aż do Lipiny. Typowa, podlaska zabudowa w środku lasu, świeże powietrze i błoga cisza sprawiają, że nasze witalne akumulatory znów są pełne energii. Leśnym duktem przedzieramy się przez jedną z najpiękniejszych spośród polskich puszcz, by wyjechać w Kopnej Górze. Szczęściarze i pasjonaci mają tam możliwość zwiedzenia Arboretum, czyli ogród dendrologiczny. Jest to także miejsce, w którym zbiegają się szlaki piesze i rowerowe prowadzące przez knyszyńskie knieje. Z pewnością warto zejść leśne ścieżki. Podobnych atrakcji przyrodniczych co tych na wschodzie Polski, w centrum kraju jest niewiele. Ponieważ czas nas goni, a wieczór zbliża się siedmiomilowymi krokami, kierujemy się jednak prosto do Supraśla.


 Dzień 4. (Supraśl - Białystok; 36 km)
Supraśl - serce Puszczy Knyszyńskiej, to miasto słynące z prawosławnego monastyru, zbudowanego na bazie zespołu klasztornego ojców bazylianów (zapoczątkowanego budową w latach 1503- 1511). Na terenie monastyru, oglądać można odbudowywaną od lat powojennych, niemalże doszczętnie przez wojnę zniszczoną cerkiew obronną pod wezwaniem Zwiastowania NMP. Jej niepowtarzalny bizantyjsko-gotycki styl i strzeliste wieże, już z daleka  przykuwają wzrok turystów .
Ogromny obszar, monumentalna architektura i położenie klasztoru nad rzeką Supraśl poruszają wyobraźnię. Ciekawostką i niezbędnym punktem wycieczki do Supraśla, jest wizyta w rewelacyjnym muzeum ikon, położonym na terenie monastyru. Zbiór muzeum liczy ponad tysiąc ikon pisanych w najróżniejszych stylach, sygnowanych na przestrzeni wielu wieków. Tradycja i sposób ich tworzenia, nie zmieniły się od setek lat. Sztukę, jakość i walory artystyczne zebranych dzieł podkreśla niebanalny sposob ich ukazania. Muzeum to, niczym nie przypomina już tradycyjnych, polskich placówek muzealnych. Multimedialne prezentacje, nastrojowa muzyka i światło zaprojektowano specjalnie, dla podkreślenia rangi ikony w kulturze i religii prawosławnej. Supraskie muzeum ikon ma poziom światowy i powinno być brane za przykład.
Miasto, które w 1847 roku otrzymało prawa miejskie bogate jest w zabytki. Do wyżej wspomnianych dochodzą pałac Buchholzów z 1903 r., zrekonstruowany dworek Zachertów, kościół poewangelicki z 1870 r., cerkiew św. Jana Teologa z 1888 r., czy kościół p.w. Św. Trójcy.
Warto zajrzeć też na lokalne cmentarze, gdzie znajdziemy kapitalne kaplice cmentarne Buchholzów i Zachertów. Dla żądnych kultury na światowym poziomie warto wspomnieć, iż w Supraślu działa "Wierszalin"- jeden z najciekawszych polskich offowych teatrów.
Miasto tętni życiem turystycznym przez cały rok, jednak by poznać jego magię warto odwiedzić je w czerwcu, podczas Spotkań z Naturą i Sztuką. To ponoć idealny czas, by połączyć zwiedzanie z przyjemnością obcowania ze sztuką.
Po kilku porannych godzinach, zmuszeni jesteśmy do opuszczenia miasta. Zbliża się poniedziałek, praca i obowiązki. W drodze do Białegostoku podjeżdżamy jeszcze do Wasilkowa. Po drodze, ku naszej uciesze obserwać możemy zakończenie sezonu kąpielowego morsów. Wasilkowo skusiło nas Górą Krzyży i tamtejszym sanktuarium. Nie jestem wielkim miłośnikiem podobnych miejsc. O ile prawosławna Grabarka robi na mnie wrażenie swą prawdziwością i nienazwaną, lecz ewidentnie tam odczuwalną energią, to nieudana wasilkowska kopia drażni swą tandetną otoczką.
Z Wasilkowa kierujemy się prosto na Białystok. Choć tym razem nie zwiedzimy miasta, to na pewno tej przyjemności w przyszłości sobie nie odmówimy. Stąd też przecież wyprowadzają promieniście arcyciekawe szlaki rowerowe, idealne do zwiedzenia cudownego, pachnącego i zielonego Podlasia.
Biebrzański wyjazd, choć okazał się biebrzański tylko w połowie, uważam za bardzo udany. Czas na Podlasiu płynie inaczej, czyli tak jak płynąć powinien. Urokliwe miejsca, wspaniali ludzie i sobie przyrzeczona obietnica powrotu, na pewno ściągną nas tam jeszcze nie jeden raz.


W pigułce:
Trasa:
1. dzień: Łapy > Kurowo > Tykocin > Laskowiec > Goniądz.
2. dzień: Goniądz > Suchowola > Stara Kamienna >Dąbrowa Białostocka.
3. dzień: Dąbrowa Białostocka > Sokółka > Supraśl.
4. dzień: Supraśl > Wasilków > Białystok.

Długość trasy: ok. 280-300km.
Noclegi: agroturystyka (30zł/noc)
Dla kogo: dla miłośników ptaków, rzek i lasów.

Porady: warto przed planowaniem trasy ustalić, czy drogi będą przejezdne. Drogi położone niżej, są rok w rok zalewane przez rzekę. Warto zaplanować inne warianty. W okolicach Biebrzy zdarzają się kocie łby, szutry i kiepskie asfalty (ok.10%), co utrudnia, ale i uatrakcyjnia podróż trekingiem, generalnie jednak asfalt w wystarczającym wydaniu.

Warto zobaczyć: Narwiański Park Narodowy z siedzibą w Kurowie, Biebrzański Park Narodowy, twierdzę Osowiec, meczety w Bohonikach i Kruszynianach, lasy Puszczy Knyszyńskiej, monastyr i rewelacyjne muzeum ikon w Supraślu.