piątek, 27 lutego 2015
czwartek, 29 stycznia 2015
CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE 2015.
Podobnie
jak w życiu, rok płynie za rokiem, miesiąc za miesiącem, tak w
rowerze zasada jest prosta - tylne koło niezmiennie kręci się za
przedni. I nieprędko ktoś to zmieni. Kolejny marzec zbliża się
wielkimi krokami. Jako, że Pan Zubilewicz znaczącym się
przedłużaniem zimy z ekranu nie straszy, to i powoli szykować się
już można do rozpoczęcia rowerowego sezonu. Śniegi ponoć zejdą,
a i lody spłynąć zdążą. A nawet jeśli nie, to co z tego!?!
Wraz z Łowickim Ośrodkiem Kultury znów dorzucimy do pieca.
Temperatura w początkach marca wzrośnie o kilka stopni.
W tym roku już po
raz czwarty, 7 marca w łowickim kinie Fenix odbędzie się Przegląd
Fotografii Podróżników Rowerowych CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE.
Staraniem lat poprzednich impreza nabrała wreszcie charakteru
cyklicznego, nie mówiąc już o tym, że nasze aspiracje rosną jak
drożdżowe ciasto! W tym roku straszyć widzów będzie już nie
trzech, a czterech gości!
Podczas spotkania,
co roku swoimi doświadczeniami dzielą się znani i podziwiani
podróżnicy rowerowi. Przenoszą widzów w najodleglejsze miejsca
ziemskiego globu namawiając do samodzielnych wyjazdów i odkrywania
świata. Nie jest im łatwo, to pewne. W podróży najczęściej śpi
się na glebie, śniadania jada z mapnika, skarpet nie pierze
tygodniami, a w telewizor przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie
ma wygód, nie ma spania do obiadu, bo i czasami nie ma przecież
obiadu!
Wraz z gośćmi w poszukiwaniu szczęścia i
samospełnienia widzowie poprzednich spotkań przemierzyli już
obydwie Ameryki, Afrykę, znaczną część Azji i Europy. W
tym roku jak twierdzą organizatorzy, emocji również nie powinno
zabraknąć. A dlaczego? A dlatego, że zadbają o to:
Kuba
Rybicki
– obieżyświat, gawędziarz, dziennikarz i fotografik w jednej
osobie, wielokrotnie nagradzany na licznych spotkaniach i konkursach
fotografii podróżniczej. Wraz z Kubą przeniesiemy się na głęboką
Syberię, by wspólnie odbyć ekscytującą, zimową podróż po
wodach zamarzniętego Bajkału!
Mateusz
i Agnieszka Waligórowie
-twardo
siedzący na siodełkach rowerzyści, miłośnicy niekończących się
dróg, bezkresnych przestrzeni i wysokich gór. Jeszcze niedawno
wspólnie mierzyli się z drogami Ameryki Łacińskiej zdobywając po
drodze co ciekawsze szczyty, tym razem podzielili się obowiązkami.
Zabiorą nas w wyczerpującą podróż przez Canning Stout Route -
najdziksze i najpiękniejsze zarazem tereny Australii.
Kamila
Kielar
- kobieta demon, miłośniczka survivalu, zimna i wszelkich odmian
„bezludzi”. Podzieli się z widzami doświadczeniem kobiecych
podróży przez najmniej przyjazne człowiekowi tereny. Opowie jak
nie dać się zjeść niedźwiedziom, jak wybudować sobie igloo i
nakarmić całą kanadyjską wioskę. Zabierzemy się z nią w mroźną
podróż przez spowita śniegiem Kanadę.
Piotr
Strzeżysz -
wulkan żywej energii, człowiek wielkiej wiary i „przyjaciel”
łowickiego festiwalu. Piotr dokonując ponadludzkiego wyczynu,
przemierzy w niespełna rok trasę
z Ameryki Północnej do Południowej (póki co przebywa jeszcze w Argentynie), dopinając tym samym realizacji wieloletniego, a usłanego licznymi trudnościami planu.
z Ameryki Północnej do Południowej (póki co przebywa jeszcze w Argentynie), dopinając tym samym realizacji wieloletniego, a usłanego licznymi trudnościami planu.
Prócz
pokazów liczne konkursy. Podobnie jak przed rokiem wygrać będzie
można atrakcyjne nagrody. Wśród nich znów pojawią się doskonałe
sakwy Crosso, gadżety rowerowe ufundowane przez dwa łowickie
sklepy: Rowerowo z ul. Podrzecznej oraz Iwena z ul. 3 maja, 3
półroczne prenumeraty ROWERTOURU, czy pakiety zdjęć z
laboratorium fotograficznego Movie Studio.
Jak
więc widać, marzec w łowickim kinie, po gorącym i pełnym
filmowych emocji lutym, też może wyglądać ciekawie.
niedziela, 25 stycznia 2015
Gran Canaria i Fuerteventura 2014.
Pies z kulawą kozą.
Nie mogę. Zajęcia zaczynają mi się 6 stycznia. 15 dni to dużo.
O tydzień za dużo (Zuza). Dobra, dobra. Wiem o co chodzi, chyba
wiem jak to załatwić (ja). Sam jeszcze niedawno byłem studentem i
wiem doskonale, że w życiu należy kierować się priorytetami.
Priorytetami przyjemności, dodam od razu. Praca nie zając, nie
ucieknie. Jeszcze przyjdzie czas wypełniać obowiązki. Po to ktoś
wymyślił L-4, by z niego korzystać.
Zamiast zastanawiać się, czy nauka nie przerośnie
nas w marcu, trzeba lepiej skupić się na tym co tu i teraz, a tu i
teraz oznacza mniej więcej tyle, że na monitorze komputera
wyświetlają się trzy cyfry, pięknie układające się w niewielką
w sumie liczbę 597. 597 złotówek za bilet do granicy
z wiosną. Dodajmy do tego 280 zł za przewóz roweru w obydwie strony, a wynikła suma oznaczać dla nas będzie podstawowy (choć nie jedyny oczywiście) koszt obcowania z przyjemnością. Przyjemność ma dwuczłonową nazwę: Wyspy Kanaryjskie i znajduje się w odległości nieco ponad 3000 kilometrów od Warszawy.
z wiosną. Dodajmy do tego 280 zł za przewóz roweru w obydwie strony, a wynikła suma oznaczać dla nas będzie podstawowy (choć nie jedyny oczywiście) koszt obcowania z przyjemnością. Przyjemność ma dwuczłonową nazwę: Wyspy Kanaryjskie i znajduje się w odległości nieco ponad 3000 kilometrów od Warszawy.
Pierwszą noc naszej podróży spędzamy na
lotnisku. Samolot wylatuje wprawdzie dopiero po 8, ale zanim nasze
rowery trafią do bagażowego luku, trzeba się nieco z nimi
pogimnastykować. Rozkładanie, pakowanie i oklejanie trwa łącznie
około 4 godzin. Niespiesznie, ale systematycznie. Odkładanie tego
na ostatnią chwilę może się zemścić. Rower powinien ważyć do
30kg, co
w naszym wypadku jest całkowicie do zrealizowania. Sakwy pakujemy osobno okręcając je folią stretch, tworząc z trzech worków jeden duży. Bagaże nie ważą wiele, raptem po 13 kg na głowę.
w naszym wypadku jest całkowicie do zrealizowania. Sakwy pakujemy osobno okręcając je folią stretch, tworząc z trzech worków jeden duży. Bagaże nie ważą wiele, raptem po 13 kg na głowę.
Na wyspach temperatura w ciągu dnia wynosi w
styczniu średnio 23 stopnie Celsjusza. Wiosna jak siemasz. Trzeba
jednak zabrać ze sobą ciepły śpiwór, namiot, karimaty i polar.
Nasza wycieczka to nie polarna ekspedycja, czasami zajrzymy też do
cywilizacji. Nie ma co zabierać całej szafy. Zresztą z szafą
ciężko się jedzie pod górę.
Rowery do Las Palmas dolatują całe. Szybkie
przepakowanie, składanie sprzętu i wychodzimy na zewnątrz. Miło,
że już na lotnisku założyłem krótkie spodnie, bowiem tuż po
wyjściu z terminala okazuje się że trafiliśmy w środek
kanaryjskiej zimy. Zimy moich marzeń dodam. Przez dwa kolejne
tygodnie spadnie mi na głowę ledwie kilka kropel deszczu
(dosłownie), a słońce widzieć będę przez 14 z 15 dni.
Jak zwykle najtrudniej jest się odnaleźć na początku. Lotniska wybudowane poza miastem mają wady. Najczęściej prowadzą do nich autostrady. Poruszanie się po nich rowerem bywa niebezpieczne. Strefa zgniotu w rowerze na autostradzie jest abstrakcją. Szukamy na mapie wariantu B. Pierwsza myśl, to skierować się nad ocean. Niby ok. Ocean zawsze pozytywnie nastraja, ale w okolicach lotniska to trochę słaby pomysł. Kreślimy więc pobieżnie na mapie łamaną kreskę i kierujemy się w przeciwną stronę, do miasta Telde. Plan poniekąd obowiązkowy. Tam w Cabildo de Gran Canaria mamy odebrać pozwolenie na kempingowanie na wyspie. O pozwolenie wnioskować można przez internet, ale odebrać je trzeba osobiście. Na wszystkich wyspach archipelagu, nocowanie pod chmurką jest surowo zakazane (słynne „prohibido”). Król zakazał samowolki, która rzekomo doprowadzać ma środowisko do ponadprzeciętnych strat. Rzekomo podkreślam. Powód jest jak mniemam natury ekonomicznej. Na trudnych do okiełznania, górzystych wyspach, oddalonych znacznie od Półwyspu Iberyjskiego stworzenie jakiegokolwiek większego przemysłu jest nieopłacalne. Najłatwiej tam (i najwygodniej) jest żyć z bogatych, europejskich turystów, którzy nie wiedzą co to targowanie, a którzy są w stanie zapłacić za wszystko tyle, ile się żąda. Dla wyspiarzy to żyła złota, której podcinać nie ma sensu. Pod Cabildo dojeżdżamy o parę minut za późno. Urząd zamknięto, a pozwolenie można odebrać dopiero rano. Telde jednak to nie Wiżajny i rozbić się niezauważonym w centrum miasta raczej jest trudno. Naprędce należy znaleźć miejsce odludne, ciche i spokojne, a takie niestety znajduje się dopiero kawał drogi poza centrum.
Dla nas namiot to religia, a wakacje bez namiotu to
nie wakacje. O ile według prawa, na wyspach nocować można w
poliestrze jedynie w kilku odgórnie wyznaczonych miejscach, w
praktyce już za chwilę okaże się, że świetnie dajemy sobie radę
wszędzie, nawet tam, gdzie szpilki od namiotu
w suche, wulkaniczne podłoże wbić nie można. Nie pochwalam łamania przepisów, ale ten wypadek akurat ubóstwiam. Bez „permiso de acampada” ruszamy więc ku przygodzie, ku wyspom cudownym, kolorowym, słonecznym i pachnącym wiecznym latem.
w suche, wulkaniczne podłoże wbić nie można. Nie pochwalam łamania przepisów, ale ten wypadek akurat ubóstwiam. Bez „permiso de acampada” ruszamy więc ku przygodzie, ku wyspom cudownym, kolorowym, słonecznym i pachnącym wiecznym latem.
Plan na zwiedzanie jest banalny. Kierujemy się w
górę. Dosłownie. Z większości plaż wyspy, dostrzec można
szczyt, a na nim charakterystyczna kulkę. Kilka dni później okaże
się, że ta kulka to ogromny wojskowy radar, a dokręcić do niego
wcale nie jest prosto. Wyjeżdżając z lotniska jedziemy w zasadzie
cały czas pod górę. Czasami delikatnie, czasami z 15% nachyleniem.
I tak trzy dni, na zmianę. Choć na drogach ruch niewielki, a widoki
zapierają dech w piersiach, to jednak suma przewyższeń dla
niezaprawionych w bojach amatorów może być mordercza. Kto jednak
uwielbia odkrywać przed sobą kolejne zakręty, dla tego Gran
Canaria jest wyspą totalnej szczęśliwości. Uśmiech gwarantowany.
Tak samo jak pot ciurkiem płynący po plecach.
Mnie się podoba od początku. Nic nie ładuje moich
akumulatorów tak, jak jazda pod górę. Można przeklinać, można
się nie zgadzać, można narzekać, marudzić, psioczyć, lamentować
i płakać. Można, ale po co? Czyż nie lepiej rozejrzeć się
dookoła i zawyć pełnym gardłem z radości? Uwielbiam śpiewać
jeżdżąc pod górę, choć przyznam się bez bicia, że na Gran
Canarii, zdarzył się moment, kiedy śpiewać mi było wyjątkowo
trudno. Kto odwiedził kiedyś miasteczko Tejeda,
a potem zapragnął udać się podobnie jak my, na Pico de las Nieves, ten wie, że tuż za miasteczkiem, na okrągłym niczym kapsel od schłodzonego Tropicala rondzie, rozpoczyna się kilkukilometrowy, najcięższy chyba na naszej drodze podjazd. Choć znak wskazuje 12 zaledwie stopni nachylenia, a doskonały asfalt nie pozostawia nam nic do życzenia, to jednak tchu może tutaj śpiewakom zabraknąć. Takich miejsc patrząc na mapę jest na wyspie więcej. Niektóre mijaliśmy
w drodze na dół, o innych słyszeliśmy, o wielu być może nigdy się nie dowiemy. Jestem jednak dzisiaj pewny, że wyspa, na której w ciągu tygodnia widziałem więcej zawodowych grup kolarskich niż w ciągu 10 lat pedałowania po Polsce, nie jest łatwa. Można być amatorem i spróbować się z nią mierzyć, czego jesteśmy doskonałym przykładem, ale jednak pojęcie o jeździe po górach, a nade wszystko kondycję, wypadałoby- wybierając się tam z rowerem, mieć.
a potem zapragnął udać się podobnie jak my, na Pico de las Nieves, ten wie, że tuż za miasteczkiem, na okrągłym niczym kapsel od schłodzonego Tropicala rondzie, rozpoczyna się kilkukilometrowy, najcięższy chyba na naszej drodze podjazd. Choć znak wskazuje 12 zaledwie stopni nachylenia, a doskonały asfalt nie pozostawia nam nic do życzenia, to jednak tchu może tutaj śpiewakom zabraknąć. Takich miejsc patrząc na mapę jest na wyspie więcej. Niektóre mijaliśmy
w drodze na dół, o innych słyszeliśmy, o wielu być może nigdy się nie dowiemy. Jestem jednak dzisiaj pewny, że wyspa, na której w ciągu tygodnia widziałem więcej zawodowych grup kolarskich niż w ciągu 10 lat pedałowania po Polsce, nie jest łatwa. Można być amatorem i spróbować się z nią mierzyć, czego jesteśmy doskonałym przykładem, ale jednak pojęcie o jeździe po górach, a nade wszystko kondycję, wypadałoby- wybierając się tam z rowerem, mieć.
Naszej trasy nie ustalaliśmy wcześniej. Mieliśmy
plany i pomysły, ale życie każdego niemalże dnia je sumiennie
weryfikowało. Dla Zuzy, góry tej wysokości były pierwszymi w jej
rowerowym życiu. Nie trafiła biedaczka. Można powiedzieć, że był
to jej chrzest bojowy. Początkowo nastawieni byliśmy na częstsze
odwiedzanie i gór, i plaż. Chciałem połączyć przyjemne z
pożytecznym. Porankami można przecież męczyć się w górach, a
popołudnia spędzać, wygrzewając się na piasku. To jednak nie do
końca było możliwe. Nasza trasa w efekcie prowadziła na wskroś
wyspy. Z Telde, przez urocze, czyste i wyjątkowo sympatyczne
miasteczka jak Ingenio, Aguimes, Santa Lucia czy San Bartolome
dotarliśmy do granicy chmur. Kiedy po trzech dniach dotarliśmy
wreszcie pod najwyższy szczyt wyspy, Zuza składając oficjalne
stanowisko w sprawie, kategorycznie odmówiła dalszego telepania się
po górach, żądając dostępu do oceanu. Zrozumiałem wtedy, że
mój sadystyczny plan nijak się ma do rzeczywistości. Zuza miała
oczywiście trochę racji. Brak wody w wyschniętych korytach rzek
i na większości państwowych kempingów sprawił, że i mnie
zamarzyła się oceaniczna kąpiel. Po okrążeniu Roque Nublo i
zobaczeniu tego, na czym najbardziej mi zależało, zgodziłem się
łaskawie na wycieczkę w dół. Zjazdy z Roque Nublo trwał (bagatela!) o 3 dni
krócej niż podjazd. Drogi kręte niczym serpentyny na wiejskich
weselach wymagają niesamowitej koncentracji. O wypadek tam nie
trudno, bowiem wśród zabezpieczeń najczęściej dominują te
naturalne: skały i zdrowa wyobraźnia. Oczywiście zdarzają się
momenty kiedy nie chce się hamować. To nie kwestia samobójczych
myśli, ale naturalnej potrzeby adrenaliny. Efektem wariactwa jest
najszybsza prędkość jaką kiedykolwiek osiągnąłem jadąc
rowerem. Licznika wprawdzie nie zamknąłem, ale 119km/h jest jak dla
mnie całkiem niezłym wynikiem. Kiedy po 4 godzinach hamowania
dojeżdżamy wreszcie na oznaczony na mapie brzeg, Zuza ze złości
niemalże krzyżuje mnie do przydrożnego znaku. Ocean rzeczywiście
widać. Widać, słychać go, a nawet czuć. Jest tylko jeden
problem. By do niego dotrzeć i zamoczyć w nim spaloną słońcem
skórę, trzeba zjechać na plażę zjazdem o długości ok 10 km.
Zjechać, by następnie nim wjechać. Nie ma ścieżek dla
rowerzystów wzdłuż brzegów wyspy. Nikt na szczęście o tym nie
pomyślał. Zuza, która nie kąpała się już czwarty dzień
zaczyna pachnieć lasem. Ja pachnę prawdziwym dzikiem, więc
wieczorami w naszym namiocie śmiało moglibyśmy urządzać
spotkania dla leśnych zwierząt. Kiedy wreszcie znów po pięciu
dniach od kontaktu ze słoną wodą, drogą pnącą się niczym
winogrono na domku starej babci dotrzemy do Los Caserones, trudno nas
będzie przegonić z kamienistej plaży. I nie ważne, że tylko my
będziemy się na niej kąpać. Kiedy inni cywilizowani ludzie siedzą
w czasie sjesty w knajpkach, zajadając świeżo złowione dorady i
tuńczyki, my zalegamy na drewnianych pomostkach niczym francuskie
naleśniki. To dzień nagrody, po którym uśmiech z twarzy nie
schodzić miał Zuzannie do samego Las Palmas. Miał nie schodzić.
Delikatną, romantyczną bryzę znad oceanu zastąpił chwilę
później wiaterek, który przy wyjeździe z miasteczka dmuchnął
nam w twarze tak, że mało nie pospadaliśmy z siodełek. Ku mojemu,
dobrze zresztą zagranemu zaskoczeniu, rozpoczął się kolejny,
piękny rzecz jasna, podjazd, który wprowadzić miał nas na jedną
z najpiękniejszych widokowych dróg Gran Canarii – GC 200. Wiatr
był nieprzypadkowy. Znaleźliśmy się przecież od strony otwartego
Atlantyku. O ile po wschodniej stronie wyspy, woda jest spokojna i
potulna, pieniąc jedynie o czarne wybrzeże, o tyle po przeciwnej
już nie. Fale trzaskają o klif z niewyobrażalną wprost siłą. Na
tydzień przed naszym wylotem na wyspy, oglądałem w internecie
lokalne wiadomości. Lało jak z cebra, woda zrywała asfalty,
drogami płynęły rzeki kamieni, a wiatr porywał i rozrzucał po
okolicach całe elementy konstrukcyjne lokalnych plantacji. Silne
wiatry wprawdzie ustały, ale podróżowanie po zachodniej stronie
wysp, przez podmuchy właśnie i tak pozostaje trudniejsze. Może
dlatego właśnie sakwiarzy na wyspach jest jak na lekarstwo. Druga
rzecz jest taka, że Kanary najczęściej kojarzymy ze sporą kasą,
jaką trzeba wyłożyć na wojaże. Błąd. Dziwiło nas, iż
„rowerzystów z garbem” spotkaliśmy na wyspach łącznie sztuk 6
(w tym trójkę wariatów z Urzędowa poznanych w samolocie do
Warszawy - czytaj też www.michalbarabasz.pl). Trzeba wprawdzie lubić góry, by zwiedzać archipelag,
ale pieniędzy w portfelu wcale nie trzeba mieć wiele. Nasz
codzienny budżet wynosił po 5 euro na głowę i wcale nie oznaczało
to, że jeździliśmy głodni.
Po blisko tygodniu naprzemiennych zjazdów i
podjazdów, nogi mimo że zaprawiły się w boju, potrzebowały
relaksu. O ile ja marzyłem o podwojeniu stawki na Teneryfie, to Zuza
za płaskie tereny oddałaby swoje czerwone lakierki z podstawówki.
Ciężko się ze mną współpracuje. Zawsze wychodzę z założenia,
że tu i teraz jestem po raz ostatni. Gdybym miał tu już nie
wrócić, nie chcę niczego żałować. Tym razem dałem za wygraną.
Kiedy kolejny prom z Agaete odchodził w kierunku rysującego się
na horyzoncie wulkanu Teide, my północnym wybrzeżem zbliżaliśmy
się do Las Palmas. To zdecydowanie najmniej atrakcyjny moment naszej
podróży. Zmęczenie materiału wymusiło na nas jazdę ciągnącą
się przez blisko 30 kilometrów trasą szybkiego ruchu. Szum fal
mieszał się z szumem pędzących aut, lecz dla nas najważniejsze
było wtedy szybkie przetransportowanie się do stolicy wyspy. Jazda
dwupasmówką nie jest przyjemna, ale nie jest też „prohibido”.
Po niecałych dwóch godzinach, o piątej po południu wjeżdżamy
wreszcie do Las Palmas i od razu kierujemy się na Isletę –
miejską plażę z długim na parę kilometrów deptakiem. Do miasta
trafiamy w gorącym dniu. Hiszpanie uwielbiają świętować. Fiesta
jest nieodłącznym elementem życia południowców. 6 stycznia
przypada Święto Trzech Króli. Ulicami miasta, w wieczornych
godzinach ciągną się barwne i głośne korowody. Wśród nich, na
wielbłądach ulice przemierzają trzej brodaci, dobrze bawiący się
kolesie z koronami na głowach. Gromadzą tysiące widzów, którzy
wyciągają ręce ku ciągniętym przez tiry roztańczonym
platformom. Z tych sypią się bowiem garściami cukierki. Fiesta
trwa do północy, a może i dłużej. Życie kwitnie wtedy w barach,
restauracjach i piwiarniach. Żal nie wyjść na ulicę. Takiej
Hiszpanii brakowało mi od dawna.
Następnego dnia łapiemy prom. Zajmujemy leżaki, wyjmujemy soczyste pomarańcze, sery i chorizo. Takich jak my jest blisko 200 osób. Cztery godziny delikatnego bujania i lądujemy na innej planecie. Raptem 120 km oceanem na wschód, a statek dobija do Morro Jable. Inna wyspa, inny wymiar czasoprzestrzeni. O ile z perspektywy pokładu nic nie wydaje się niezwykłego, to pierwsze kilometry kamienistą i pustą jak nasze kieszenie wyspą zaczynają nas dziwić. Gran Canaria w porównaniu do Fuerteventury to oaza. Drzewa tam są wszędzie, kolor zielony uspokaja bardziej niż nasenne proszki, a krajobraz motywuje do spontanicznego działania. Tym razem trafiamy na wyspę suchą jak wiór, gdzie wulkaniczne podłoże nie przyjmuje żadnych korzeni. Fuerteventura słynąca z tysięcy wolno wypasających się kóz (do dziś zastanawiam się, co one tam jedzą), tysięcy emerytowanych Niemców, setek x-gwiazdkowych hoteli, braku cienia i suchego powietrza, przyjmuje nas pełnym, różowawym i malowniczym zachodem słońca. Plan biwakowania początkowo stojący pod znakiem zapytania udaje się jednak i tam zrealizować. Po kilkukilometrowym rajdzie wzdłuż obleganych hotelowych plaż, trafiamy wreszcie w centrum ciszy. Nagle robi się głucho, błogo i spokojnie. Rozstawiamy namiot na tarasie opuszczonej, choć cudownie położonej willi, witając wieczór widokiem gasnącego w świetle spokojnego oblicza oceanu.
Rano budzi nas słońce. Jak co dzień zresztą. Temperatura powoli wzrasta. Choć wieczory i noce niekiedy bywają chłodne, to jednak poranki szybko naprawiają tę przypadłość. Poranne ciepło jest nam potrzebne, bowiem za każdym razem nocując nad brzegiem oceanu, musimy suszyć namiot. Krople pary wodnej osadzają się na sprzęcie niczym polska rosa. Fuerteventura miała być nagrodą. O poranku trafiamy więc na rajskie plaże. Wyspa słynie z kilku rezerwatów. Jednym z nich jest Sotavento. Plaże szerokie na trzysta metrów i doskonałe warunki windsurfingowe ściągają w to miejsce miłośników deski z całego świata. Odbywają się tu m.in. coroczne zawody windsurfingu zaliczane do pucharu świata. I w zimie zapaleńców nie brakuje. Mieszkają w oldschoolowych camperach, przesiadując w klimatycznych barach i oczekując doskonałego wiatru. Ten wieje nieustająco. Nazwę wyspie nadał prawdopodobnie Jean de Béthancourt określając ją jako „wielką przygodę” (z francuskiego „forte aventure”). Być może nazwa ta jednak pochodzi od hiszpańskiej gry słów łączącej „fuerte” i „viento”, oznaczającej silny wiatr. Wiatr poczuliśmy bowiem tego samego dnia. Na szczęście wiał nam w plecy, a jego siła była zdumiewająca. Kierując się na zachodnie wybrzeże w stronę La Pared i słynnej „Plaży starego króla” doświadczyliśmy jego siły. Pchał nas z prędkością o której na Gran Canarii mogliśmy tylko pomarzyć. Jak przy podobnym południowym wietrze wrócić z powrotem do Morro Jable, wolałem się jeszcze nie zastanawiać.
La
Pared słynie z nadzwyczaj fotogenicznego przylądka. Klif wychodzący
w ocean stanowi zderzak dla oceanicznych fal. Te rozbryzgują się o
niego tryskając w niebo na wysokość kilkunastu nieraz metrów. Tu
dopiero widać siłę oceanu. Miejsce to ściąga licznych turystów,
fotografów czy malarzy. Widowiskowość tego specyficznego teatru
jest niesamowita i tak wciągająca, że po blisko dwóch godzinach
podziwiania krajobrazu wcale nie chce nam się jechać dalej.
Zakładamy jednak dotrzeć do regionu Betancurii. Nie musimy się
spieszyć. Wyspa nie jest ogromna i na upartego możemy ją dosyć
dokładnie objechać w cztery dni. My jednak wybieramy opcję light.
Często się zatrzymujemy, fotografujemy krajobrazy, podziwiamy i
dokumentujemy wszystko dookoła. Mimo, iż pejzaże są surowe niczym
syberyjska zima, to jednak jest w nich coś pociągającego.
Bezkresne, choć niewysokie górki, brunatno-brązowe skały, łagodne
łuki przełęczy i delikatnie rysujące się szczyty sprawiają, że
czujemy się trochę jak na księżycu. Nie ograniczamy się niczym.
Kiedy zbliża się wieczór dobijamy jedynie do ulubionego marketu
serwującego najtańsze na wyspach pomarańcze i tuńczyki,
rozglądamy się za ciekawym miejscem do spania, i wyciągamy
zmęczone nogi. Z namiotem bywa różnie. Generalnie miejsc do spania
jest mnóstwo. Drobnym problemem mogą być tylko skały. Podłoże
na wyspach jest nadzwyczaj kamieniste. Czasami bywa też stromo. O
ile namiot mocować można za pomocą kamieni, to lubiący komfort
miękkiego podłoża mogą na wyspach narzekać. Przez kilka
kolejnych dni przemierzamy wyspę od miasteczka do miasteczka,
rozglądając się po podwórkach, placach, kościołach i barach.
Ruch w wioskach jest niemalże niedostrzegalny i gdyby nie licznie
mijające nas wypełnione turystami autokary, mielibyśmy problem z
dostrzeżeniem ludzi. Wyspa sprawia wrażenie wymarłej, a może
zawieszonej w czasie. Choć w styczniu daleko jeszcze do prawdziwych
upałów, miejscowi chętniej chowają się w zaciszach własnych
podwórek i gospodarstw. Jedynie w kilku nadzwyczaj turystycznych
miejscowościach, ot chociażby w urokliwej Betancurii, życie
pulsuje od rana do zmierzchu. Maleńkie choć z daleka pachnące
restauracyjki, muzeum sztuki sakralnej czy konwent Świętego
Buenaventury oblegają przybysze z innych krajów. Życie tętni w
sklepikach z pamiątkami, czy cieniach parkowych drzew. Słychać
włoski, niemiecki, polski, a tysiące stóp dziennie, ubijają
położony przed wiekami bruk wymalowanego na biało miasteczka.
Kierujemy
się w stronę Puerto del Rosario, by stamtąd ruszyć z powrotem na
południe. Miano stolicy wyspy miasto otrzymało w 1835 roku. Dziś
tętni życiem, skupiając lokalny biznes, będąc jednocześnie
pępkiem komunikacyjnym. Choć o wybitnych urokach tego miejsca
trudno mówić, to jednak zaskakuje nas tamtejszy ruch powietrzny.
Spędzając czas na plaży podziwialiśmy przelatujące niemalże nad
naszymi głowami lądujące samoloty, wyobrażając sobie setki
turystów jakie w tym miejscu trafiają na wyspę i ją opuszczają.
Tych widać na plażach o każdej porze roku. Szkoły kitesurfingu
przeżywają oblężenie. Uczą się latać głównie Amerykanie,
Holendrzy i Niemcy. Co chwilę podjeżdżają też auta szkół
surfowania i pływania z żaglem. Płaskie, dostępne plaże są
względnie bezpieczne. Kiedy adepci poczują już wiatr, często
przenoszą się po prawdziwe szlify do mekki surferów, na przylądek
Punto Jandía. Tam, w miejscu do którego prowadzi jedyna szutrowa
droga spotyka się młoda wiara i stara gwardia. Obserwując z brzegu
pieniące się bałwany widać w turkusowej wodzie dziesiątki ledwo
dostrzegalnych zadowolonych główek, które co jakiś czas w
pozbawionym logiki szyku wynurzają się z wody odsłaniając w
całości ubrane w piankę korpusy, by na swych kolorowych deskach
śmigać pod załamującymi się nad nimi falami. Spektakl ten
kojarzy się od razu z amerykańskimi reklamówkami sportowych kamer,
choć widziany na żywo, jest dla nas jeszcze bardziej niesamowity.
Kiedy po jednej stronie przylądka wiara ćwiczy swoje umiejętności
balansu, po drugiej stoi grzecznie w rzędzie kilkunastu wędkarzy. I
jednym i drugim ocean sprawia ogromną radość. Dla wielu idealne
łowisko, dla innych wietrzny raj.
Na wspomniane Punto Jandía docieramy ostatniego dnia naszej wędrówki. To miejsce to trochę jak symbol. Najpierw długa, spokojna, blisko dwudziestokilometrowa droga przez kapitalny, bezkresny park narodowy Jandía, potem spotkanie z wolnością w postaci wioski surferów, a na końcu latarnia wyznaczająca nasz cel. Nie trzeba być poetą by doszukać się w tym mezaliansie czegoś głębszego. Nam zabrakło czasu na odwiedzenie północnego wybrzeża wspomnianego parku. Choć noc spędzona na jego terenie, spotkanie z kozami i niezapomniany widok rozgwieżdżonego nieboskłonu nad naszym namiotem w jakiś sposób wynagrodził nam ten brak, to jednak chciałoby się do tego miejsca jeszcze powrócić. Może to i dobrze, bowiem Fuerteventura choć dziwi, to i jednocześnie zachwyca. Dobrze pozostawić sobie jakiś jej fragment na stare lata.
Na wspomniane Punto Jandía docieramy ostatniego dnia naszej wędrówki. To miejsce to trochę jak symbol. Najpierw długa, spokojna, blisko dwudziestokilometrowa droga przez kapitalny, bezkresny park narodowy Jandía, potem spotkanie z wolnością w postaci wioski surferów, a na końcu latarnia wyznaczająca nasz cel. Nie trzeba być poetą by doszukać się w tym mezaliansie czegoś głębszego. Nam zabrakło czasu na odwiedzenie północnego wybrzeża wspomnianego parku. Choć noc spędzona na jego terenie, spotkanie z kozami i niezapomniany widok rozgwieżdżonego nieboskłonu nad naszym namiotem w jakiś sposób wynagrodził nam ten brak, to jednak chciałoby się do tego miejsca jeszcze powrócić. Może to i dobrze, bowiem Fuerteventura choć dziwi, to i jednocześnie zachwyca. Dobrze pozostawić sobie jakiś jej fragment na stare lata.
Dwa
tygodnie all inclusive. Tak mógłbym podsumować nasze zimowe
wakacje na wyspach. Wyspach na które na pozór nas nie było stać,
na które na pozór jeżdżą tylko „dziani” turyści, na które
na pozór leci się samolotem, lokuje w pokoju, a czas spędza leżąc
z drinkiem na hotelowych plażach. Nasz „resort” nie miał pięciu
gwiazdek, miał ich tysiące każdej nocy. W barze podawali tylko
czerwone wino, niekoniecznie schłodzone Tropicala, pomarańcze z
super promocji i sery semicurado z nie najwyższej półki. Nie
mieliśmy łazienki, nie było bieżącej wody. Ba! Momentami nawet
nie było nawet gdzie opłukać twarzy! Nie mieliśmy własnego
stolika, nie mieliśmy plażowych ręczników, boy hotelowy nie nosił
nam bagaży, bo targaliśmy je sami przez prawie 700 km... Rower,
najlżejsze przełożenia, śpiwór, karimata i kilkanaście
kapitalnych miejscówek na spanie za friko. Do tego pejzaże
zapierające dech i codzienne wschody słońca budzące nas przez
uchyloną moskitierę. Wakacje marzeń i zima jakiej długo nie
zapomnimy. Ot cała prawda
o Kanaryjskich Wyspach... Czy warto tam jechać zimą? Nie. Zdecydowanie nie warto. Zbyt trudno się później otrząsnąć wracając do szarej, ciemnej i smutnej polskiej rzeczywistości.
o Kanaryjskich Wyspach... Czy warto tam jechać zimą? Nie. Zdecydowanie nie warto. Zbyt trudno się później otrząsnąć wracając do szarej, ciemnej i smutnej polskiej rzeczywistości.
Piguła:
Kiedy?
Cały rok, choć najlepiej wczesną wiosną, późną jesienią, albo
właśnie zimą. Zimą temperatury sięgają 16-30 stopni Celsjusza.
Czasami potrafi konkretnie padać, ale nam to się nie przydarzyło.
Jak?
Samolotem. Czartery latają z wielu polskich miast. Lata się na
tydzień, dwa, trzy... Można wykupić bilet u przewoźnika, ale to
wiąże się z dosyć wysoką opłatą.
Koszty:
nieporównywalnie mniejsze niż wakacje na polskich plażach w letnim
sezonie. Ceny
w marketach podobne jak w Polsce, smaki zupełnie inne. Najdroższe w podróży były połączenia lotnicze i promowe.
w marketach podobne jak w Polsce, smaki zupełnie inne. Najdroższe w podróży były połączenia lotnicze i promowe.
Noclegi:
namiot (na korzystanie z bezpłatnych kempingów trzeba mieć
urzędowe pozwolenie- możliwe do uzyskania drogą internetową Cabildo de Gran Canaria).
Poza tym liczne hotele i apartamenty do wynajęcia.
Rower:
dowolność. My podróżowaliśmy trekingami, spotkana reprezentacja
z Urzędowa na góralach. Obydwie ekipy były zadowolone, choć trasy
nasze były zupełnie różne.
Mapy:
Comfort! Map Wyspy Kanaryjskie 1:150 000.
Poziom
trudności: level five. Wypada jechać na wyspy zajebiście przygotowanym.
Więcej zdjęć z wyjazdu w zakładce: luty, 2015.
Więcej zdjęć z wyjazdu w zakładce: luty, 2015.
Materiał ukazał się w magazynie Rowertour 9/2014.
Roztocze na rowerze.
„Cuda niewidy”
Mandat w wysokości
50 zł lepiej działa na człowieka niż poranna kawa. Tej zresztą
zacząłem ostatnio unikać. I nie dlatego, że mi nie smakuje, ale
dlatego, że zdecydowanie za bardzo brudzi zęby. Uśmiech w podróży
ciągle się przydaje, a używanie beżu, słabiej działa niż
klasycznej bieli. Lublin przywitał mnie chmurami i Służbą Ochrony
Kolei. Moja radość od rozpoczęcia „marcówki” trwała nie
dłużej niż trzy minuty. Za przejście z wielkogabarytowym
bagażem w niedozwolonym miejscu poczęstowano mnie kwitem i
siedmioma dniami na dokonanie przelewu. Nie pomogły tłumaczenia,
białe zęby i nawoływania do narodowej jedności. Budżet mojej
czterodniówki obcięty został o 1/3, zmuszając mnie do
chłodniejszej oceny sytuacji.
Lublin jest mi znany,
odwiedzałem to miasto niejednokrotnie. Wiedząc, że do niego
powrócę od razu obrałem południowy kierunek. Bez dalszych
kłopotów (choć w złości i nerwach) opuściłem miasto wybierając
najprostszy sposób by dostać się na Roztocze. Wojewódzka 835-ka
kierowała mnie na Wysokie, by po niespełna 50 km uciec z niej na
Turobin i dalej na Radecznicę. Dzień był nudny jak
przysłowiowe flaki z olejem. Po drodze wiało nudą do tego stopnia,
że zatrzymywałem się jedynie na rozprostowanie kości. Drogi tej
nie polecam. Choć wyjazd z Lublina jest do zniesienia, ruch choć
istnieje, nie jest dotkliwy, to jednak same zmieniające się
krajobrazy to stanowczo za mało. Wolę urozmaicenia, jakieś
ciekawostki, zagwozdki, spotkania. Tu było ich jak na lekarstwo.
![]() |
| Radecznica. Częstochowa wschodu. |
Dopiero kiedy dotarłem
do Radecznicy coś pękło. Z wielkim hukiem i w niezłym stylu.
Godzinę później miało już zmierzchać, mój nocleg stał pod
znakiem zapytania a mnie spod bogato zdobionej i mocno
zastanawiającej bramy dzieliło do klasztoru wytarte, wydeptane
przez setki tysięcy, o ile nie miliony pielgrzymich stóp 137
schodów. Schodów, które od XVII wieku pokonują wierni udający
się do sanktuarium słynącego z cudów i wizerunku św. Antoniego. Roweru na górę na
szczęście nie trzeba dźwigać. Można wjechać brukowaną drogą
wzdłuż klasztornego muru podziwiając przy okazji z ciekawej
perspektywy wielkość i grację dwóch górujących nad okolicą
wież. Wież widocznych z daleka, wież stanowiących przez trzy
stulecia punkt charakterystyczny dla okolicy, a dający podróżnym
wskazówkę kierunku, niczym latarnia na wychodzącym w morze
skalistym przylądku. Nie miałem pomysłu na wieczór. Myślałem o
dotarciu do Szczebrzeszyna, brałem pod uwagę nocleg w przygodnie
spotkanej agroturystyce, albo rozbicie namiotu w jakimś ustronnym
lasku na górce. Kiedy jednak przez okna zakrystii ujrzałem pogodne
twarze zakonników szykujących się do wieczornego nabożeństwa, w
mojej głowie momentalnie narodził się sprytny plan spędzenia tego
wieczora w dobrym i ciekawym towarzystwie.
Lody przełamaliśmy
szybko wbijając pieczęć klasztoru w moją kolarską książeczkę,
a wikary bez problemu zgodził się mnie przyjąć w gościnę. Gdyby
nie ta możliwość, nie poznałbym ani Radecznicy, ani ludzi, a już
na pewno niezwykłej historii tej „Częstochowy wschodu” jak o
wiosce mawia się nie bez przyczyny. Rzut oka na wzgórze, otoczenie
czy klasztorne mury nie daje pełnego obrazu miejsca w którym się
znalazłem. Dopiero gdy wieczorem, dzięki uprzejmości ojca
Zbigniewa, krok po kroku przemierzając Łysą Górę poznawałem
zawiłe dzieje tego niezwykłego miejsca zrozumiałem, że los jednak
odwrócić się potrafi momentalnie.
![]() |
| Boska szama. |
Historia objawień w
Radecznicy sięga roku 1664. Gdyby nie one, Radecznica byłaby pewnie
do dzisiaj zwykłą, szarą i niewiele oferującą wioską. W tym też
roku na Łysej Górze szewcowi imieniem Szymon, który podobno nie
klął wcale aż tak dużo, objawił się św. Antonii. Szymon opowiedział
wszystkim co widział, Antonii odwiedził wieś jeszcze kilka razy,
aż wreszcie po paru latach kościół oficjalnie uznał objawienia i
wiążące się z nim cuda za fakt. Postawiono kaplicę, by później
na Łysą Górę sprowadzić bernardynów. Ich działalność dla
regionu pozostaje nieoceniona. Sumiennie i przez długie lata
pracowali nad budową sanktuarium ściągając rokrocznie do
Radecznicy setki tysięcy pielgrzymów. Zmiany polityczne często
jednak psuły ten dorobek. Tak na przykład w 1869 roku, po raz
pierwszy przeprowadzono kasatę zakonu. Władze carskie zajęły
klasztor, w miejsce bernardynów wprowadzono prawosławnych
duchownych, a dachy wież zmieniły wygląd otrzymując
charakterystyczne bizantyjskie kopuły. W 1915 roku bernardyni
powrócili, choć nie na długo. Kocioł XX wieku i powojenny „ład”
sprawił, że zakon przeżył drugą kasatę. 20 czerwca 1950 roku na
klasztorne podwórze podjechały ciężarówki. UB pod bronią
załadował na nie zakonników, zamknięto klasztor na cztery spusty
i pozbawiono Radecznicę chwały sanktuarium. Aresztowań jednak się
w klasztorze spodziewano. Okoliczna ludność pomagała ratować
obrazy i kościelne skarby zakopując je w ogrodach i wynosząc
najsprytniejszymi sposobami. Udało się dzięki temu uratować nie
tylko kosztowności, ale także... cały przykościelny park. Jeden z
mieszkańców ukradkiem i pod osłoną nocy skakał po drzewach i
przybijał do starodrzewia tabliczki pomników przyrody. Sprawa drzew
wyszła na jaw późno, bo dopiero przed paroma laty, kiedy
bernardyni próbowali uporządkować park. Źródeł
administracyjnych decyzji nigdzie nie można było znaleźć i
dopiero kiedy z ambony ogłoszono problem, zgłosił się do
zakonników „leśny skrzat”.
![]() |
| Ojciec Zbigniew i podziemia Radecznicy. |
Niemałą ciekawostką
jest też ponowne odzyskanie klasztoru. Akcję zorganizowało trzech
ochotników. Każdy z nich doskonale znał układ pomieszczeń i
przejść pomiędzy budynkami, bo albo w klasztorze mieszkał, albo
się w nim wychował. Tajnym wejściem dostano się za mury,
zabarykadowano na wieży i w kościele. O 6 rano nad okolicą, po 6
latach milczenia zabiły dzwony. Zszokowani chłopi z wszystkich
okolicznych wsi pobiegli pod klasztor, a kiedy tłum pod bramą
zgęstniał już maksymalnie, mały posterunek Milicji nie był w
stanie już nic z tym zrobić. Wyzwoliciele odryglowali bramy i
kościelne wrota. Ludzie weszli do środka i nigdy więcej klasztoru
już nie oddali. Brat Anioł dowodzący akcją przez lata mieszkał
jeszcze w zdewastowanych budynkach na snopku słomy wierząc, że uda
się przywrócić dawną świetność świątyni.
W latach 60-tych
stanowczą część dóbr klasztornych, w tym słynnego prowadzonego
przez ojców gimnazjum zamieniono na szpital psychiatryczny. Ten
mieści się na wzgórzu do dzisiaj. Oprócz kilku zruinowanych
budynków, obecność szpitala ciągle przypominając trudne lata
socjalizmu.
![]() |
| Padać nie przestaje. |
Radecznicę opuszczam po
śniadaniu. Na głowę kapie mi z nieba deszcz. Kapie i kapać będzie
przez resztę dnia. Na szczęście jego wiosenny zapach dodaje mu
uroku. W otoczenie parku coraz bliżej. Zdecydowanie zmienia się już
krajobraz. Zaczynają dominować delikatne wzniesienia, zaorane pola
rysują się nieostro po obydwu stronach drogi, a gęste lasy
uderzają świeżością. Kieruję się na Tereszpol w którym od
poprzedniego wieczora jestem już umówiony na kolejny nocleg. Dzięki
serwisowi „warmshowers.com” poznałem przez internet Andrzeja.
Dzięki jego uprzejmości i gościnności zostawiam w jego domu
bagaże, częstuję się genialną, ugotowaną przez jego mamę na
prawdziwym kaflowym palenisku pomidorówką i w delikatnym kapuśniaku
ruszam dalej. Bliskość Roztoczańskiego Parku Narodowego i
kapitalne warunki do jazdy sprawiają, że lepszej miejscówki nie
mogłem sobie wymarzyć. Z Tereszpola blisko jest wszędzie. Andrzej
nakreślił mi propozycje odwiedzenia kilku ciekawych miejsc.
„Lokalsi” wiedzą dokładnie gdzie warto zajrzeć, którą
ścieżkę w lesie wybrać, oraz gdzie się zgubić aby było fajnie.
Tereszpol ciągnie się kilometrami niczym makaron w ustach
„Zakochanego kundla”. Przez wioski kieruję się na Górecko
Stare. Tam na skrzyżowaniu dróg uciekam w prawo, by za chwilę
dotrzeć nad położony w lesie akwen, będący rezerwatem
przepływającej przez niego rzeki Szum.
![]() |
| Szum |
![]() |
| Imponujące. |
![]() |
| Jeśli nie objawić się w takim miejscu, to w jakim innym? |
Nad sztucznie utworzonym
zalewem powstała tama pełniąca także funkcję małej elektrowni.
Rezerwat Szum można objechać i dotrzeć do jego serca. Rozjeżdżone
ścieżki sprawiają, że nie korzystam jednak ze sposobności.
Stanowczo bardziej kusi mnie położona nieopodal wieś, w której
centrum stoi drewniany XVIII wieczny kościół p.w. Św. Stanisława.
To kolejne roztoczańskie miejsce objawień. Chyba domyślam się
czemu święci wybrali sobie Roztocze. Najwidoczniej spędzali tu
niebiańskie wakacje. Warto tutaj wpaść choć na chwilę. We wsi
prócz kościoła obowiązkowo trzeba udać się nad rzekę
majestatycznie przepływającą w okolicach zabudowań. Przed
wiekami, po kilku wizytach świętego mieszkańcy postawili tam trzy
kapliczki. Jedną zabudowano modrzewiowym kościołem, dwie pozostałe
kapitalnie komponują się z półdzikim krajobrazem. Największe
wrażenie zrobiła na mnie z pewnością ta otoczona sześcioma
dębami szypułkowymi. Wysokie na kilkanaście metrów pomniki
przyrody, ogołocone jeszcze z liści, w mrocznej atmosferze
padającego po cichu delikatnego deszczu sprawiały wrażenie
tajemniczości rodem z powieści Tolkiena. Druga z kaplic umieszczona
jest na palisadzie, tuż nad lustrem przepływającego Szumu. We wsi
panuje teraz błogi spokój, ale po kramach, reklamach i całej
infrastrukturze stwierdzam, że latem gotuje się tam od turystów.
![]() |
| Zwierzyniec i bajer nie z tej ziemi. |
![]() |
| Jest browar, jest impreza. |
Następnym punktem w
podróży jest Józefów. Wjeżdżam do niego wojewódzką 853-ką,
tuż przy miejskim kąpielisku. Plażowiczów brak, wędkarze chowają
się pod parasolami. Udaję się do centrum, gdzie mam nadzieję
zwiedzić lokalną synagogę. Miasto przed wojną tętniło życiem.
Kupcy z pejsami przepływali regularnie przez miasto zostawiając tam
pieniądze i metalowe patelnie. Pozostałości żydowskiej
architektury widać zresztą od samego wjazdu. Dziś w synagodze
mieści się biblioteka, a z dawnej jej świetności pozostały
jedynie mury. Udaję się więc na rynek, gdzie w punkcie informacji
UM poznaję samego szefa Józefowskiej Kawalerii Rowerowej. Oprócz
pieczątki do książeczki dostaję od niego kupę map i praktycznych
informatorów. Stowarzyszenie działa od 2003 roku i corocznie
organizuje dla mieszkańców regionu kilka roztoczańskich rajdów.
Cięższy o prasę i bogatszy o nabytą wiedzę obieram kierunek na
Zwierzyniec. Droga prowadzi przez gęsty sosnowy las będący już
administracyjnie w obszarze RPN . Asfalt ze wstydu zapada się tam
pod ziemię. Krater goni krater nie ułatwiając podróżowania, choć
dzięki dziurawej nawierzchni ruch na trasie jest zdecydowanie
mniejszy. Stylem węża docieram po niecałej godzinie do
miejscowości znanej doskonale miłośnikom festiwali filmowych. Tam
właśnie od lat i latem właśnie, na ścianie zwierzynieckiego
browaru w ramach Letniej Akademii Filmowej wyświetlane są obrazy
polskiego i światowego kina. Z browarem w dłoni oglądać można
ruchome obrazki nasłuchując ptaków i roju komarów.
Zwierzyniec to serce
parku narodowego. Tutaj znajduje się siedziba dyrekcji, nieopodal
usytuowano centrum edukacji leśnej i wejścia na szlaki. Rozkwit
miasto zawdzięcza Zamoyskim. Przeniesienie tutaj w 1812 roku
siedziby ordynacji (niepodzielnego, dziedzicznego majątku) sprawiło,
że miasto stało się istotnym punktem na XIX wiecznych mapach. Prócz siedziby
największe wrażenie robi chyba bajkowy obraz położonego na
wyspie, a bielejącego w słońcu kościoła pw. Św. Jana
Napomucena. To jedna z doskonale zachowanych i nad wyraz
fotogenicznych wizytówek tego nieco ponad trzytysięcznego
miasteczka.
![]() |
| Robert... |
![]() |
| I kopulacja. |
Zbliżający się wieczór
powoli motywuje mnie do powrotu. Krętym asfaltem zmierzam w kierunku
Stawów Echo. Utworzone w latach trzydziestych XX wieku akweny
niegdyś jeszcze regularnie zarybiane, dziś stanowią dzięki wieży
widokowej nad nimi postawionej, doskonałe miejsce obserwacyjne dla
amatorów ornitologii, ale nie tylko... Tam właśnie spotykam
kolejną ciekawą postać na mej drodze.
Robert, którego poznaję
przy płocie choć na co dzień zajmuje się ptakami właśnie, na
Roztoczu liczy przejeżdżające auta i pomaga wędrującym wiosną
żabom przechodzić przez jezdnię. Zabawne? Na pozór. Tysiące żab
rocznie kończy tu swą wędrówkę pod kołami aut. Ich przyjemność
ze spółkowanie w stawach nie trwa więc zbyt długo i kończy się
zanim się rozpocznie.
Ochrona płazów dla
parku narodowego jest bardzo ważna. Spośród 18 gatunków
zamieszkujących Polskę regularnie obserwować tu można 12. W
tutejszych ekosystemach herpetolodzy odnotowują zmniejszające się
ciągle, przez co objęte krajową i międzynarodową ochroną
populacje ropuchy zielonej, rzekotki drzewnej czy uśmiechniętej „od
ucha do ucha” żaby śmieszki.
Mimo, że wyrywkowa, to garść
informacji uzyskanych od Roberta jest powalająca. Szkoda, że temat
płazów prócz tych łowionych w dzieciństwie traszek i
rechoczących nad moim stawem żab, nie jest mi bliżej znany. Warto
chyba nadrobić zaległości. Do Tereszpola docieram
już po zmroku. Mama Andrzeja serwuje kapitalne racuchy, które w
połączeniu z gorącym kakao smakują niczym przegrzebki w
najdroższej restauracji.
![]() |
| Słit focia z Andrzejem. |
![]() |
| Najpopularniejszy znak na drogach Roztocza. |
Rankiem pogoda olśniewa.
Słońce wschodzi przed szóstą i zdecydowanie szkoda tracić czas
na leżenie w śpiworze. Wraz z Andrzejem wsiadamy na rowery i
ponownie, choć zmodyfikowaną droga ruszamy wspólnie do Zwierzyńca.
Mijając wspomniane stawy znów spotykamy Roberta. Żaby nie śpią,
więc i on nie może pozwolić sobie na lenistwo.
W Zwierzyńcu nasze drogi
się rozchodzą. Wybieram się do Krasnobrodu. Docieram tam
doskonałym asfaltem przez urocze wioski w tym znany miłośnikom
Roztocza Guciów. W małej wsi znajduje się prywatny mini-skansen, a
w nim klimatyczna Karczma. Choć w kuchni przydałaby się kudłata
rewolucja, to jednak nie można odmówić mu atmosfery. Właściciele
na ścianach zgromadzili powiększenia wyjątkowej urody starych
fotografii, znalezionych i pieczołowicie odtworzonych przez Adama
Gąsianowskiego. Pan Adam jest właścicielem zakładu
fotograficznego i jednocześnie założycielem Galerii Starej
Fotografii działającej w Zamościu. Ta mieści się pod arkadami
Starego Miasta. Blisko tysiąc szklanych negatywów zostało
znalezionych podczas remontu pod podłogą drewnianego domu. Ich
autorem jest Teofil Jaśkiewicz: wyborny fotografik, miłośnik
folkloru, rzec by można reporter Roztocza. Z pasją i ogromnym
kunsztem fotografował region i zamieszkujących go mieszkańców,
czego wynikiem jest wiele doskonałych technicznie zdjęć
obrazujących dzieje regionu przed blisko stoma laty. Stare
fotografie mają swój czar, ale te wywołane i obrobione przez Adama
Gąsianowskiego wprost przemawiają do nas ludzkim głosem. Ich
bohaterowie wyglądają jak żywi, a jakość powiększeń sprawia,
że trudno uwierzyć nam w ich wiek. Choć Pana Adama poznam dopiero
telefonicznie, to fragment jego galerii umieszczony w bramie zakładu
podziwiam jeszcze tego samego dnia. Z Guciowa bowiem jak do Rzymu,
wszystkie drogi prowadzą mnie do Zamościa.
![]() |
| Zamojska synagoga... |
Zamość to perła w
koronie, której przedstawiać w zasadzie nie trzeba. Lubię
odwiedzać to miasto, myszkować po bramach, klatkach kamienic,
skwerach. Tym razem skusiłem się na wejście do zamojskiej
synagogi. Choć informacji uzyskanych w ramach biletu jest tyle co
nic, warto tam jednak wejść. Gruntownie odrestaurowana pachnie
historią zamojskiej gminy żydowskiej do dzisiaj. Największe
wrażenie robią bogate zdobienia sufitu i marmurowe posadzki. Jakież
cuda można by tu oglądać gdyby nie smutne meandry historii XX
wieku... Świątynia jest przykładem najlepiej ponoć zachowanej
późnorenesansowej synagogi w Polsce. Budowano ją przez dziesięć
lat poczynając od 1610 roku, a że środowisko nie było biedne,
piękno budynku było i jest ogromne. Szkoda, że druga jego część
pozostająca do dzisiaj w prywatnych rękach popada z dnia na dzień
w coraz większą ruinę.
Spod synagogi udaję się
oczywiście na rynek. Nie mam w planach zwiedzania. Podziwiam jednak
bajecznie kolorowe kamienice podkreślane intensywnie późno
popołudniowym słońcem i ruszam dalej w kierunku Szczebrzeszyna.
Docieram tam już po zachodzie słońca.
![]() |
| I synagoga szczebrzeszyńska. |
![]() |
| Macewy szczebrzeszyńskie. |
![]() |
| I szczebrzeszyńskie chrząszcze... |
Szczebrzeszyn kojarzy
się wszystkim już od przedszkola z rymowanką. Czy rzeczywiście
chrząszcze brzmią tam w trzcinach? Być może. Nad przepływającym
przez miasteczko Wieprzem trzcin akurat nie brakuje. Na noc
zatrzymuję się w szkolnym schronisku, a stąd jednak owadów nie
słychać. Szczebrzeszyn jest niewielki, ale hojnie oferujący
atrakcje. Po raz kolejny natrafiam tam na synagogę i stary żydowski
cmentarz. Obrośnięte wysokimi trawami i przykryte bluszczem pomniki
kryją w sobie tajemnice setek lat historii miasta. Zupełnie
niedaleko, rzec by można po sąsiedzku docieram pod zamkniętą
niestety tego dnia Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny.
Szkoda, bo obok XVII wiecznej synagogi, to najważniejszy tutejszy
zabytek. Choć spory nie pozwalają dokładnie datować świątyni,
to obecny jej kształt zawdzięcza się inżynierom XVI wieku,
czyniąc tutejszą cerkiew najstarszą prawosławną, czynną bożnicą
w Polsce. Wystrój i wyposażenie świątyni nie zachowało się w
oryginale. Podczas remontów odsłonięto jedynie datowane na XVII
wiek freski. Nic dziwnego. Świątynie kilkukrotnie zmieniała
„właścicieli”, co doprowadziło ją w kompletnej degradacji.
Efektem było powojenne uczynienie z niej magazynów, a wreszcie
opuszczenie i pozostawienie samej sobie. Zastanawiające, że piękno
architektury mogło być władzy tak bardzo obojętne.
Szczebrzeszyn opuszczam
o poranku. Pora kończyć przygodę z Roztoczem i wracać do pracy.
Aby jednak ostatni dzień podróży nie przypominał tego pierwszego
lepiej analizuję mapę. Choć atrakcji historycznych nie doświadczam
wiele, to jednak trasa niemalże do samego Lublina jest piękna. Do
samego Krzczonowa co rusz wspinam się i zjeżdżam z lokalnych
wzniesień. Mijam Nielisz i Zółkiewkę – Osadę. Nad zalewem
Nielisz pełno już wędkarzy. Cisza i spora ryba przyciąga ich z
okolic. Z mostu nad Wieprzem widać w sieciach szczupaki i leszcze.
Kto podróżuje z wędką i sypia pod namiotem, nad Wieprzem i jego
dopływami nudzić się nie powinien.
Rzeka, która towarzysz
mi w podróży ma długość ponad 300 km, a obszar jej dopływów
przerasta 10 tyś km kwadratowych.
Do Lublina docieram „na
czuja” i z pomocą miejscowych. Fragment mapy zostawiłem u
Andrzeja. Idzie mi jednak na tyle sprawnie, że przed odjazdem zdążam
jeszcze raz przejść się Krakowskim Przedmieściem i odwiedzić
moją ulubioną polską starówkę. Wiosnę w Lublinie uwielbiam
chyba najbardziej za sprawą tamtejszych studentek. Podobno
najpiękniejsze dziewczyny studiują właśnie w Lublinie. I choć
coraz częściej podróżuję już z Zuzą, to na Rynku Starego
Miasta szybko przypominam sobie czemu tak bardzo lubiłem jednak
jeździć sam…
Moja przygoda z kolejnym
parkiem narodowym dobiega końca. Czy warto go odwiedzić? To chyba
oczywiste. Nad wyraz mili ludzie, kapitalna przyroda, dziurawe jak
szwajcarski ser drogi i tony świeżego powietrza. Superlatyw
zachęcających region nie brakuje. Roztoczański Park - choć nie
największy, bo liczący jedynie niespełna 8,5 tyś ha oferuje
wiele. Kto będzie miał szczęście dojrzy w gęstwinie lasu
polskiego konika, czy dzięcioła białogrzbietego. Kto woli snuć
się bez celu na pewno znajdzie dziesiątki kilometrów ścieżek.
Tak czy inaczej, aby tego doświadczyć trzeba na Roztocze dotrzeć.
Trzeba dotrzeć i uważać, by się zanadto nie zakochać. Trudno nam
będzie potem zmusić się do powrotu.
Piguła:
Trasa:
- dzień: Lublin – Radecznica: 64 km
- dzień: Radecznia – Zwierzyniec – Tereszpol: 87 km
- dzień: Tereszpol – Zwierzyniec – Guciów – Zamość – Szczebrzeszyn: 84 km
- dzień: Szczebrzeszyn – Lublin: 84 km
Dla kogo?
Miłośnicy sielanki i
dziurawych dróg, ptactwa, ryb i cudów. Odnajdą się tam rodziny z
dziećmi, pod warunkiem że rozpoczną podróż w Zamościu.
Rower:
trekingowy, z wygodnym
siodełkiem. Czasami dobrze byłoby mieć „górala” z przednią
amortyzacją i szerszymi oponami.
Noclegi:
spontanicznie. Dzięki
gościnności miejscowych. Schronisko z własnym śpiworem to koszt
20 zł.
Agroturystyka w okolicach
parku jest standardem. Gorzej na trasie Lublin – Radecznica,
Szczebrzeszyn – Lublin. Pod namiot full opcja.
Jak dotrzeć?
Pociągiem do Lublina,
albo kolejką elektryczną do Zamościa. Lokalny PKS raczej nie
zabierze rowerów.
Atrakcje: Radecznia z
Łysą Górą i tamtejszą gościnnością, układ urbanistyczny i
zabytki Zwierzyńca, Roztoczański Park Narodowy z jego ścieżkami,
Zamość, Szczebrzeszyn.
Materiał ukazał się w magazynie Rowertour 11/2014.
sobota, 24 stycznia 2015
ROWERTOUR 1/2015. Czytaj!!!
Rowertour. Numer styczniowy 1/2015.
Przez Teneryfę wypadło mi z bańki. Kto nie zdążył jeszcze nabyć, niech się śpieszy i gna do Empiku. Powinno jeszcze coś być.
"Bałkański alfabet", czyli moja relacja i spojrzenie na kilka bałkańskich krajów. Podsumowanie wycieczki z Grecji do Łowicza. A na zdjęciu... Zuzanna "Kopytko" Fletta!
A! I uwaga. Tekst "Alfabetu…" jest zupełnie inny niż zamieszczonego na blogu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































