sobota, 17 maja 2014

Polska - Czechy. 0-1.

Knedliki, brambory i pivo.


Szczyt absurdu przypadł na trzeci już tego dnia odcinek trasy, którą od dziewiątej rano pokonywałem koleją do Jeleniej Góry. Podobno jeszcze w latach siedemdziesiątych PKP (nota bene zatrudniające przez szereg lat mojego dziadka), uchodziły za wzór dobrze funkcjonującego, choć państwowego przedsiębiorstwa. Pociągi mknęły przez kraj, przewożąc dziennie miliony pasażerów, a zegarki regulować można było według przejazdów poszczególnych składów. Dziś, wsiadając do pociągu, mam obawy nie tylko o bezpieczeństwo, ale i o to, czy bilet który przed chwilą zakupiłem rzeczywiście jest ważny. Po ośmiu godzinach spędzonych w trasie, kolejny konduktor zakwestionował moje prawo do przejazdu. Dopłata goniła dopłatę, a przecież kasjerka w Łowiczu była taka miła... Miałem dosyć kłótni. Ręce już dawno opadły mi do samych stóp, a leniwe tempo składu ciągniętego ospale przez równie ospałą lokomotywę, samo przez się wołało o pomstę do nieba.

Kiedy po dziesięciu bez mała godzinach (sic!) tej jakże ekscytującej podróży, zapięliśmy z Zuzą sakwy na bagażniki naszych rowerów, z największą ulgą odetchnęliśmy świeższym aniżeli na Mazowszu, bo górskim już powietrzem. Nie straszył nas dworzec, nie szczekały na nas psy. Niebo zamykające się nad nami pomarańczem i różem, wywoływało w nas euforię. Chcieliśmy już kręcić. Chcieliśmy zostawić za sobą tory, zapach przedziałów, brudne toalety, pogryzione przez czas fotele. Jelenia Góra, której ja osobiście nigdy nie miałem okazji poznać, przywitała nas z rozmachem.
Wybranemu przez nas na nocleg schronisku, daleko było do oazy. "Bartek"- choć zorganizowany w pięknym drewniaku, straszył minioną epoką, stanowiąc doskonałą scenografię do filmu grozy. Na kilka godzin nie opłacało nam się jednak szukać lepszych wygód. Zostawiliśmy w pokoju bagaże, a chwilę później spacerowaliśmy już często przerażająco zaniedbanych, choć klimatycznych i nad wyraz pięknych kamienic. Jelenia Góra obronną ręką wyszła z II Wojny Światowej. Miasto uniknęło zniszczeń. Uratowało się w ten sposób mnóstwo doskonałej architektury. Inną sprawą jest, że spora część zabudowy podziwianego przez nas rynku, powstała w latach siedemdziesiątych XX wieku. Było to konsekwencją decyzji o wyburzaniu starych i budowaniu na ich gruzach nowych, choć stylizowanych kamienic. Dziś "plomb" jest chyba więcej, aniżeli oryginałów. Prawdziwych secesyjnych rarytasów, pruskich willi i pałacyków szukać należy więc poza "starówką". Choć pierwszy dzień podróży upłynął nieciekawie, to wieczór należał już do nas. Wino w połączeniu z doskonałym spaghetti serwowanym przez włoską knajpkę, działało na nas niczym wyborny balsam.




Poranek wita nas bezchmurnym niebem, a lodowata woda migiem stawia na nogi. Migiem też opuszczamy schronisko. Miło mieć przed sobą perspektywę kilku wolnych dni, kiedy inni spieszą się do pracy. Nie mając nic lepszego do roboty, udajemy się do Cieplic. W naszych sakwach pachnie już świeżym chlebem, a my szukamy przeprawy przez rozkopane chodniki. Pieniądze z unii gmina zakopuje na ulicach, więc miasteczko przypomina powierzchnię księżyca. Przez podwórka, mostki i lokatorskie komórki trafiamy wreszcie do centrum. Uzdrowiskowy kompleks umiejscowiony tuż za jeleniogórskimi granicami miasta, miał stanowić pierwszą z atrakcji. Zuzę od nauki, a mnie od leżenia od dawna już łamie w krzyżu. 



Cieplice to miasteczko powstałe na przełomie XVIII i XIX wieku. Przyznam się, że wcześniej niewiele o nim słyszałem. Źródła mineralnej wody tam tryskające stawiają na nogi nawet zmęczonych tańcami rencistów. Dziadkowie podrywają babcie, babcie dziadków. W niewielkich Cieplicach trudno się schować, więc prędzej czy później "pani pozna pana". Poza tym sporo tam atrakcji. Odwiedzamy chociażby pocysterski klasztor z bogatym w barokowe rzeźby wnętrzem, czy neoklasycystyczny, a ufundowany przez rodzinę Schaffgotschów Teatr Zdrojowy. Podobnie jak w innych uzdrowiskach jest tu czysto, błogo i sielankowo. Doskonałe powietrze służy także studentom mieszczącego się tam wydziału Politechniki Wrocławskiej. Mimo wczesnej godziny i okresu juwenaliów, studenci nie wyglądali na „wczorajszych”. Nas powiało do Parku Zdrojowego, bowiem ten wydał nam się idealny na pierwsze śniadanie. Wprawdzie często kiedy już zjemy, nie chce nam się jechać dalej, ale obowiązek jest obowiązkiem i dyskusji nie podlega.


Droga przed nam nie jest krótka. Kierujemy się do naszych południowych sąsiadów. Nie ma co kryć, że to nasi ulubieni sąsiedzi. Ci na „c” i ci na „s”. A za co ich lubimy? No chyba oczywiste!? Za jedzenie! I poczucie humoru. Nigdzie nie zjecie tak jak w czeskich barach, gdzie pucołowate kucharki ogromnymi chochlami nie szczędzą sosu na knedliki. Ach, żeby tak już być za granicą... A tu przecież dopiero początek, tu jeszcze kawał Polski przed nami. Kręcimy więc przez Sobieszów i Piechowice do krajowej trójki. Kiedy pierwsze zauważalne zmarszczki terenu zaczynają mnie cieszyć, to kątem oka widzę już jak Zuza zaczyna puchnąć i dostawać rumieńców. I nie do końca wiem, czy to z radości, czy ze zmęczenia. Parę kilometrów snucia się zakrętami i docieramy do Wodospadu Szklarki. Kupujemy bilety i tarabanimy się na górę. Coś szumi, coś trzaska. To ona - Szklarka. Pan w góralskim kapeluszu z wielkim jak koń bernardynem opala się w słońcu. Pies podobno nie gryzie, więc jest okazja zrobić sobie z nim zdjęcie. Kosztuje to „piątkę” i stanowi pamiątkę na całe życie. Hmm... Pięć złotych, pięć złotych... ile to jest knedlików? Nie, zdjęcia nie będzie. Mamy gdzieś w domowym albumie zdjęcia z przestraszoną małpą i zahipnotyzowanym wężem. Kiedyś obwoźni fotografowie robili takie w przedszkolach. Ciekawe swoją drogą, czy te pytony naprawdę nie zrobiły nigdy, nikomu krzywdy? Wodospad jest atrakcyjny. Sika na wszystkie strony. Aż chciałoby się połazić po jego ogromnych kamieniach. Pachnie też polskim folklorem. Tuż obok jest stragan, gdzie można kupić wypasione ciupagi, łuki czy koszulki Helloł Kitty. No i karabiny rzecz jasna. Karabin w górach to podstawa. Wie to każdy młody terrorysta.

Kilka głębokich oddechów, parę zdjęć i ruszamy dalej. Przed nami Szklarska Poręba. Przed nami też podjazdy. Można je zdobywać na różne sposoby. Zuza na przykład pcha rower. Stwierdza, że jazda po górach jest bezsensowna, bo nie jedzie się wcale szybciej niż idzie. W zasadzie ma w tym trochę racji. Fakt faktem, że i ja trafiałem już w swoim życiu na górki, przed którymi „wymiękałem”. Są miejsca, gdzie trzeba mieć jak mawiają niektórzy „prawdziwe kopyto”. Docieramy jednak do miasta. O jakichś wybitnych atrakcjach w Szklarskiej Porębie trudno mówić. Są sklecone bez ładu i składu domy, mnóstwo tablic reklamowych i barów. Widok nie powala, bo to co jest tam najpiękniejsze, skutecznie udało się miejscowym zasłonić. To jednak karkonoska stolica zimowego szaleństwa. Zima ma obowiązek zaskakiwania tamtejszych drogowców. No ale sezon za nami, śniegi zeszły z gór, narty trafiły do piwnic i co w Szklarskiej Porębie ciekawego można zrobić? Knajpy stoją pozamykane niczym weki w spiżarniach, ludzi na ulicach zdecydowanie mniej. Można tylko iść w góry. Najrozsądniejsze rozwiązanie. Gdzieniegdzie widać sportowców. Ci mają się nieźle, bo tutejsze powietrze ponoć wyjątkowo służy. Nad nami zaczynają się jednak zbierać chmury. A nade mną szczególnie. Tu niby kawka, herbatka, a za zakrętem podjazd. I to nie krótki, bo potrwa w zasadzie do samej Polany Jakuszyckiej. Mi w to graj: jest górka jest zabawa, ale bądź człowieku twardy i powiedz to Zuzce! Ta przecież jest święcie przekonana, że to co najgorsze już dawno za nami. No nic - nie powiem. Nie jestem samobójcą. Będę milczał jak grób, a jak zapyta po prostu udam, że nie wiedziałem…


Pół godziny później wiosenny deszczyk ustał. Ruszyliśmy w drogę. Podobnie czułem się na egzaminie magisterskim. Trudne pytania i trudne sprawy. Siedem kilometrów niby nie dużo, ale wystarczająco, by Zuza kategorycznie znienawidziła kilkuprocentowe podjazdy. To w polarze, to bez polara, to w rękawiczkach, to znów bez. Kiedy wreszcie udało jej się dojechać na przełęcz, róż jej policzków przypominał ten z gumy Turbo. Na szczęście byliśmy już jedną nogą w Czechach. Zapięliśmy ciaśniej kaski i zjechaliśmy długim zjazdem do Harrachova. Po tej stronie granicy miasto też spało. Dzieciaki wracały ze szkoły kopiąc worki z butami, a psy zdziwione naszym widokiem nawet nie próbowały za nami ganiać. Fajnie. Lubię taki klimat. Nic się nie dzieje. Pusto, cicho i śmiesznie. Pokrążyliśmy po miasteczku szukając atrakcji. Największą z nich (dosłownie) są skocznie. Skoczni jest siedem, a najwyższa- mamucia, punkt konstrukcyjny ma aż na 185 metrze. 185 metrów lotu, piękna sprawa. Wylatujemy z Harrachova. Kierujemy się do skrzyżowania dróg na południu od miasta, gdzie wskoczymy na krajową 14-tkę. Chcemy okrążyć Krkonošský národní park od strony południowej, a więc kierujemy się automatycznie na Vrchlabí i Trutnov, tak by następnego dnia wjechać do Polski w okolicy Kudowy- Zdroju. 


Pogoda robi się smutna. Z ciemnych chmur zaczyna kropić. Zatrzymujemy się pod przydrożną wiatą. I całe szczęście, bo za chwilę z nieba sypie już gęsty grad. Kawałki lodu pokrywają łąkę zmieniając jej kolor na srebrzysty. Ha! Kto by się tego spodziewał! Przystanek w podróży trwa blisko godzinę, a gdy wreszcie decydujemy się jechać dalej znów zaczyna padać. Dwie godziny i niecałe dwa kilometry. Szybka weryfikacja planów. Zmieniamy taktykę. Stara zasada mówi: jeśli pogoda nie sprzyja, zawsze możesz skręcić do baru. 


Zatrzymujemy się więc w „motoreście”. To taka czeska klasyka. W powietrzu można zawiesić siekierę, tak nakopcone, ale zupa czosnkowa i dwa drugie dania zawsze są świeże. Zamawiamy obiad ćwicząc nasz doskonały czeski, wywołując tym samym uśmiech na ustach wytatuowanej barmanki. Miejscowi patrzą na nas dziwnie, kiedy z upodobaniem komentujemy każde z dań, kopiąc w nich łyżkami, ale po kilku kolejnych piwach przestają zwracać na nas uwagę. Jest bosko. Na to czekaliśmy kilka miesięcy. Nie spieszy nam się. Jeszcze góra dwie godziny na siodełku i powoli zaczniemy się rozglądać za noclegiem. Tych w okolicy nie brakuje. Pogórze słynie z doskonałych warunków narciarskich. Pełno tu wyciągów, tras biegowych. Do Spindlerowego Młynu rok rocznie wraca mnóstwo Czechów. Do innych miejscowości podobnie. Największy ruch rzecz jasna panuje tu zimą, ale i teraz gdzieniegdzie widać jeszcze podobnych nam turystów. Pod wiatr i z deszczem w twarz, trafiamy wreszcie do pięknego Vrchlabi. Zuza żąda końca dnia i ogłasza definitywny strajk. Nie ma zamiaru jechać dalej. Dostaję rozkaz znalezienia jakiegokolwiek suchego pomieszczenia do spania. Nie stawiam się. Szkoda życia. Długo też na szczęście nie szukam. 


Drewniany, blisko dwustuletni dom, pomalowany na delikatny brąz wydaje mi się mieć wymagane pięć gwiazdek. Pogodni gospodarze na początku wzbraniają się twierdząc, że jest poza sezonem, ale wreszcie ulegają naszym czarom. Kiedy wchodzimy na salony, robi nam się słabo. Takiego królestwa nasze oczy dawno nie widziały. Chatę wypełniają meble i sprzęty z lat siedemdziesiątych, a my przenosimy się dzięki nim do Czechosłowacji!!! Ze współczesności w naszym ogromnym apartamencie jest jedynie telewizor i mikrofalówka. No takie wakacje, to ja lubię! Kiedy ja aparatem dokumentuję cały dom, Zuzę przygniata już gruba jak czapa śniegu pierzyna. Gospodyni wiedziała, czego najbardziej potrzebują goście… 

Vrchlabi zasypia wcześnie. Doszukać się w miasteczku otwartego po godzinie 19 sklepu graniczy z niemożliwym. Nawet chińscy sklepikarze z „mydłem i powidłem” zamykają wcześnie. Gdyby nie kupione na ostatnią chwilę piwo i makaron, musielibyśmy chyba z Zuzą gryźć się z głodu do rana. Zdążamy jednak przed wieczorem zwiedzić miasto. Zabudowa trójkątnego rynku jest zadziwiająca i przypomina nam trochę miasteczka z westernów. Dookoła drewniane domki i liczne podcienia. 


Następny dzień zaczynamy wizytą w lokalnej informacji. Szukamy czeskich gadżetów. Zuza dalej zbiera pieczątki do rowerowej książeczki, a ja znaczki do kapelusza (który kiedyś sobie sprawię). Strasznie podoba mi się tamtejszy, różnorodny wybór pamiątek. W przeciwieństwie do polskich sklepów inwestuje się tam w dizajn i pomysły. Przyklejamy nalepki na sakwy, zaznaczając niczym Tony Halik swoją tam obecność i ruszamy w kraj. A krajowa 14-tka prowadzi nas na Trutnov. Pedałuje się wygodnie, bowiem pogoda staje się dzisiaj naszym sprzymierzeńcem. 


Do miasta wjeżdżamy koło południa, czyli w idealnej porze na obiad. Pierwsze co robimy, to namierzamy najbardziej oblegany bar mleczny. Powinno być gwarno, tłoczno i pachnąco. Wybór w bemarach jest ogromny. Kluski, knedliki, sosy, kiszone ogórki. Panie bufetowe tłumaczą nam łamaną polszczyzną kartę dnia, starając się urozmaicić naszą rowerową dietę. Efekt? Zuza nie może się podnieść, a ja wytaczam się zza stołu niczym beczka. Chyba znów przesadziliśmy. Z pedałowania nici. Pchamy więc rowery na tonący w słońcu Plac Karkonosza, by spod pięknej fontanny obserwować zmagania Czechów z codziennością. Wystarczy dosłownie chwila, by stwierdzić, że Czechy to inny świat. Czechom jakoś mniej się spieszy, więcej u nich uśmiechu, zabawy, zadowolenia. Ktoś podejdzie, zagada, spyta skąd i dokąd zmierzamy. Tak na rowerach? A samochodu nie macie? Autobusem szybciej, wygodniej, drogo nie jest. A, lubicie. No to dobrze… 




Trutnov nie jest mały. Zatrzymać się tam warto. Jest bardzo fotogeniczny, a to za sprawą ukształtowania terenu. Miasto leży na Wyżynie Trutnovskiej, na średniej wysokości 414 m n.p.m. Przypływa przez nie rzeka Úpa. Miasto oferuje wiele zabytków. Centrum jest niezwykle zadbane i czyste. Gdyby nie ograniczony czas, zapewne spędzilibyśmy tam więcej godzin, a może i zostali na noc, bo wieczorem musi być tam naprawdę przyjemnie. Kolejny przystanek robimy dopiero 14 km dalej, w miejscowości Úpice. Docieramy tam przez okoliczne wsie. Wyjazd z Trutnova wiąże się wprawdzie z pokonaniem niemałego przewyższenia, ale droga jaką przychodzi nam pedałować jest tego warta. Otaczają nas kwitnące drzewa i gąszcz zieleni na łąkach. Na rynku brygada zapaleńców szykuje zbliżające się zawody biegackie seniorów. Przekraczamy metę, przecinamy szarfy i pukamy do... cukierni. Tym razem na zmarzlinki. Zarzlinka to chyba jedno z najśmieszniejszych słów jakie wymyślili Czesi. Oznacza lody. A gdy doda się do tego tłumaczenie słowa truskawkowe – po czesku „jahodove”, w ogóle idzie zwariować ze śmiechu. Nikt nam nie powie, że Czechom brakuje poczucia humoru... W miasteczku wieje nudą, a największą atrakcją okazuje się dla nas maleńka Chinka przyglądająca się nam z wózka swoimi uśmiechniętymi oczyma. Wymieniamy z nią serię głupich min i obchodzimy rynek dookoła. Poza kościołem i równie małym co Chinka muzeum, niewiele się tu zwiedzi. 


Krajowa 14-tka jest głośna i tłoczna. Nie ma się co dziwić, bo prowadzi ku Polsce. W najbliższej miejscowości, której nazwy żadne z nas nie jest w stanie poprawnie wymówić, skręcamy ochoczo w cichutką niczym domek babci, drogę 567. Jest nieco pod górkę, ale to mało istotne. Nawet gdyby trzeba jechać w dół i tak by nam się nie chciało. Łapiemy ogromnego lenia, więc przy wiejskiej kapliczce ucinamy sobie godzinną drzemkę. Dopiero łyk boskiego nektaru w postaci fenomenalnego wymysłu czeskich chemików – Kofoli, stawia nas na nogi. 


W mgnieniu oka docieramy do sennego Hronova. Z początku dziwi nas brak przechodniów na ulicach. Dopiero za chwilę okazuje się, że większość miasta stłoczyła się w budynku lokalnego Divadlo (teatru). Na scenie skakały dzieci poprzebierane za muchy i biedronki, a widownię oblegali ubawieni tym słodkim widokiem rodzice. No fakt, wyglądało to niecodziennie. Zuza momentalnie odnalazła się w „Locie trzmiela” kręcąc nóżką, ale packa na muchy w postaci zbliżającego się nieubłaganie wieczoru wisiała nad nami w niebezpiecznej odległości. Zaglądamy jedynie na chwilę pod dom Aloisa Jiráska – urodzonego tam czeskiego dramaturga i autora historycznych powieści (taki czeski Sienkiewicz), do baru na czosnkową zupę (tak pięknie pachniało z okna) i droga 303 opuszczamy miasteczko. 

Robi się późno, a zależy nam na odwiedzeniu jeszcze Náchodu. To taka perełka w czeskiej koronie, położona nieopodal polskiej granicy. Większość ciekawostek (szczególnie tych architektonicznych) znajduje się w rynku im. Masaryka. Tutaj dzielimy się na grupy. Kiedy ja pocę się przy wjeździe na zamkowe wzgórze, Zuza zapoznaje na ławce czeskiego cyklistę. Łamiący konwenanse romans polsko-czeski należy jednak szybko zakończyć. Planujemy bowiem nocować już w Polsce. Dobrze śpi się w Czechach, ale budżetowo Polska bywa jednak bardziej przystępna. Zaczyna zmierzchać, gdy lądujemy w Kudowie. Schronisko dawno zamknięto, więc Ci którzy wybierają tę formę noclegu powinni uważać. Na szczęście poza centrum zatrzymać się można w tanim, ale czystym i zadbanym hotelu OSiR. Podróżujący z namiotem, a wybierający zamiast krzaków pola namiotowe, mogą tam znaleźć dla siebie miejsce. Trzeci dzień zaczynamy od Kaplicy Czaszek w Czermnej. Nie dostajemy się do środka. Odstrasza nas kolejka pielgrzymujących tam akurat wszystkich dzieci świata. Cóż - maj rządzi się swoimi prawami. Niech zwiedzają! Znając życie, później im się nie będzie chciało. Resztę naszej podróży przypadnie nam na eksplorowaniu uzdrowisk. Każde z nich oglądamy z siodełka, czasami tylko spacerując po parkach, skwerach czy deptakach. Emerytów jakby mniej. Czas widocznie spędzają na przedpołudniowych zabiegach w sanatoriach. Cukiernie i kawiarnie świecą więc pustkami. W każdej z napotkanych miejscowości zwiedzamy w zasadzie to samo. Wszystkie mają podobny styl. 




Za każdym razem objeżdżamy park zdrojowy, podziwiamy ogrody, drzewa i rabatki, po czym przybijamy pieczątkę w którymś z sanatoriów. Każde z uzdrowisk ma jednak także coś niepowtarzalnego. Prawdziwe atrakcje z łatwością można wyłowić. To Muzeum Papiernictwa, to słynna pijalnia wody, to znów niebanalny układ parku. Wielokrotnie natrafiamy na tablice i punkty informacyjne. Trudno się tu zgubić. Podążamy wzdłuż krajowej 8-ki. Trasy nie polecam. Fajny asfalt, ale ruch tirów nieziemski. Alternatywą dla braku pobocza i chodnika jest zwykle nadrobienie drogi. Wiąże się to jednak najczęściej z ostrymi podjazdami. Zuza takowych zdecydowanie odmawia, więc męczymy się aż do Szczytnej. Kto zdecyduje się mimo wszystko wybrać tę trasę, powinien naprawdę uważać. Droga jest kręta, pnie się pod górę, a auta ciężarowe zmuszone są jechać blisko prawej krawędzi. Docieramy w międzyczasie do Lewina Kłodzkiego. 



Wieś gminna licząca około 1000 mieszkańców stanowi przykład upadku tutejszych miast. Lewin słynął jeszcze w XIX wieku z targów lnem. Produkowano tu nawet czekoladę, Dziś w bramach „zapyziałych” kamienic atrakcji szukają smutni panowie ze zmęczonymi oczyma, a wszystkiemu przygląda się bezradnie ze swojej kolumny św. Nepomucen. Największymi atrakcjami dla turystów jest tu bez wątpienia widowiskowy, bo wysoki na 27, a długi na 102 metry wiadukt kolejowy, a także parafialny, XVI wieczny kościół pw. Św. Michała Archanioła. Podobnych wsi jest tu w okolicy sporo. Historia międzywojnia oraz roszady "wielkich przyjaciół" w 1945 r., na wszelkie możliwe sposoby pogmatwały plany tutejszych społeczności. Ostatnim etapem naszej trzydniówki jest dotarcie do Kłodzka. Tym razem z Polanicy-Zdroju poruszamy się już opłotkami, w tym m.in. przez Stary Wielisław. Tam rzucają się w oczy ogromne, zruinowane gospodarstwa rolne. Przy jednym z nich zagaduję pachnącego jeszcze poprzednim wieczorem pana. Jak się okazuje, mój rozmówca stanowi chodzące kompendium wiedzy o lokalnych PGR-ach. Smutna historia znana większości z nas… 



Nad Kłodzkiem góruje twierdza. Można na niej zwiedzać wystawę szkła, albo wraz z przewodnikiem pomyszkować korytarzami. Stanowi doskonały punkt widokowy, a jej ogrom i układ imponuje. Powierzchnia twierdzy wynosi 32 ha, a wybudowano ją w miejsce średniowiecznego zamku. W linii północ - południe rozciąga się na długości 800 metrów, zaś w linii wschód - zachód na 400 metrach. W ciągu kolejnych wieków przeszło przez nią setki tysięcy żołnierzy. Od drugiej połowy XIX wieku pełniła funkcję więzienia, a przez wzgląd na jego złą sławę, twierdzę Kłodzko nazwano z czasem „kainową”. Poza twierdzą, miasto oferuje inne atrakcje turystyczne, w tym m.in. jeden z najsławniejszych w Polsce mostów – gotycki most na Młynówce (odnoga Nysy Kłodzkiej). Barokowe figury na nim ustawione przypominają te z Mostu Karola w Pradze. Obiekt ten wraz ze wznoszącymi się nad nim wielopiętrowymi kamienicami stanowi niezwykle plastyczne miejsce na mapie kraju. Latem spotkać tam można malujących w plenerze studentów. Widok zachwyca bez względu na porę roku, czy kapryśność pogody. Zabytkową część Kłodzka osobiście uważam za jedną z najpiękniejszych starówek w Polsce. Pomimo meandrów historii oraz nie zawsze przyjaznych działań natury (totalne spustoszenie miasta i regionu w 1997 roku za sprawą powodzi), stanowi dziś przykład dawnej wielkości miast Dolnego Śląska. 




Trzy dni na polsko-czeskim pograniczu uświadomiły nam, że raptem parę godzin dzieli nas od świetnego regionu, który warto odwiedzić. Nie tylko kultura, zabytki, czy ludzie stanowią dla mnie wyznacznik tej wartości. To co nas najbardziej cieszyło w trakcie tej podróży to klimat
i atmosfera. Pośpiech w zwiedzaniu nie jest tam wskazany. Wręcz przeciwnie. Śpiesząc się, popełniamy największy błąd, jaki jesteśmy w stanie popełnić. Aby zakochać się w Czechach trzeba spieszyć się powoli.

Artykuł ten ukazał się w lutowym wydaniu miesięcznika Rowertour (2/2014). 


Piguła:
Dla kogo?
Dla wszystkich którzy lubią dobrze zjeść, dobrze się bawić i przy okazji poznać fajnych ludzi.
Zdarzają się podjazdy. Trzeba liczyć się z tym, że jesteśmy w górach. Łatwość trasy dla amatora: średnia.
Noclegi:
agroturystyka, schroniska, tanie hotele. Max 60zł (w Czechach). Noclegi w Czechach nie są zbyt tanie, a standard nie każdemu może odpowiadać. Pokoje często "trącają myszką".
Mapa:
Atlas Czech, Marco Polo, 1: 200 000. W Czechach istnieją tysiące kilometrów szlaków rowerowych. Warto zaopatrzyć się w mapę szlaków, co pomoże dotrzeć do najciekawszych miejsc regionów.
Rower:
trekingi, 28", opony szosowe.



poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Łowickie.


ROWER W PASKI, czyli na kole przez łowickie.

Coraz krótsze dni, coraz mniej słońca. Każdego dnia natura zabiera nam kilka minut błękitnego nieba, zamieniając je na kilka dodatkowych minut nocy. Mało kogo to cieszy, bowiem słońce to chyba jeden z najważniejszych elementów wpływających na nasz codzienny nastrój. Nauczeni doświadczeniem szanujemy wolny czas, wykorzystujemy go do granic możliwości, a z w stosunku do aury przestajemy grymasić - to naprawdę nie ma sensu.

Wolny weekend wraz z Zuzą postanawiamy spędzić w okolicach mojego rodzinnego domu. Łowickie okolice znam od podszewki, dla Zuzanny jednak to region jeszcze nie do końca odkryty. Za każdym razem jej wizyty tutaj, poznaje go uczciwie od solidnych podstaw, będąc za każdym razem pod coraz większym jego urokiem. Tym razem postanawiamy wybrać się do dwóch nieopodal położonych pałaców. Obydwa znane są miłośnikom turystyki i historii. Do jednego z nich – w Nieborowie, spora część zamieszkujących Mazowsze czytelników Rowertouru z pewnością już się wybrała, innych natomiast mam nadzieję w odwiedziny zaprosi niniejsza propozycja wycieczki. Drugi – pałac w Walewicach jest zdecydowanie mniej znany. Leży on dalej od Łowicza i trudniej do niego dotrzeć. Jego urok jest jednak nie mniejszy, głównie za sprawą stadniny, która rozciąga się na terenach do niego przynależnych.


DZIEŃ PIERWSZY:
Tym, którzy na rowery przyjadą tutaj pociągiem i zaplanują sobie spędzenie w powiecie łowickim dwóch wolnych dni, polecam zacząć zwiedzanie od samego miasta.
Niepotrzebne rzeczy warto zostawić na stancji. Wybór miejsc noclegowych nie jest duży, ale wachlarz standardów jest znaczny. Od trzygwiazdkowego hotelu, po warty uwagi miejski dom noclegowy. Lżejsi o kilka kilogramów możemy wyruszyć na zwiedzanie. Miejskie ulice pamiętają wiele. Wzmianki o Łowiczu sięgają XII wieku, a prawa miejskie otrzymał on już ok 1298 roku. Niegdyś miasto to słynęło z jarmarków, handlu końmi i zwierzyną hodowlaną, dzisiaj natomiast świat kojarzy go przez pryzmat folkloru, wycinanek i barwnie obchodzonego święta Bożego Ciała. Nikt już wprawdzie nie chodzi na co dzień w pasiakach po ulicach, ale stare stroje, przykłady niebanalnego folkloru oraz wycinek kultury tego ciekawego regionu oglądać można w na nowo oddanym do zwiedzania muzeum. To, mieści się w samym centrum miasta. Na jego terenie znajduje się mały skansen. Druga jego część położona jest w Maurzycach i na turyście zrobi na pewno większe wrażenie. Zajmuje kilka hektarów i zaprojektowano je jako typową łowicką wieś, z zagrodami, szkołą, strażacką remizą, młynem czy kościołem. W tych samych Maurzycach (nie mylić z pobliskimi Małszycami), znajdziemy inne wybitne przykłady architektury użytkowej. Jest nim pierwszy w świecie spawany most, stanowiący zabytek klasy „0”, a także regularnie pojawiający się w kolejnych odsłonach rankingów najbrzydszych budynków w Polsce hotel... Jedno i drugie warto zobaczyć. 


Samo miasto ma do zaoferowania barokową bazylikę, Stary oraz Nowy Rynek a także kilka innych historycznych kościołów, czy placów. Urocze, żydowskie kamieniczki nie wyglądają już jak za czasów swojej świetności, ale miłośnicy miejskiej turystyki na pewno dostrzegą w nich nie mały potencjał. Jako ciekawostkę warto podać, że łowicki Nowy Rynek jest unikatem europejskiej rangi. Rzadki to przykład trójkątnego i jednocześnie równobocznego rynku. Niegdyś stał na nim ratusz, dziś sika w niebo podświetlana nocą fontanna.


Spacer po mieście warto zrobić wieczorem. Aby nie tracić dnia wskakujemy na rowery przed południem. Wzdłuż miejskiego wału kierujemy się do obwodnicy i ruin prymasowskiego zamku. Następnie wybieramy drogę na Łęczycę i nią wyjeżdżamy z miasta. W Pilaszkowie skręcamy w lewo i od tego momentu cieszyć się już możemy spokojnym krajobrazem i równie spokojnymi lokalnymi asfaltami. Pilaszków choć niewielki, zapisał się na kartach historii. To tutaj na zjeździe nauczycieli w grudniu 1905 r zainicjowano walkę z caratem wprowadzeniem nielegalnego nauczania języka polskiego w szkołach. W Pilaszkowie powstał wtedy Związek Nauczycieli Ludowych będący pierwowzorem Związku Nauczycielstwa Polskiego. Można powiedzieć, że walka o język polski pod zaborami, zaczęła się właśnie tutaj. Minąwszy wieś, już na wysokości Dąbkowic Górnych dojeżdżamy w piękne, gęste lasy. Na rozjeździe dróg trzymamy się prawej strony. Asfalt doprowadzi nas do wojennego cmentarza. Jego okolice to idealne miejsce na pauzę. Na tyłach cmentarza znajduje się duży, sztuczny akwen wodny. W okresie wakacji stanowi bazę kąpielową dla lokalnych mieszkańców. Naprzeciw cmentarza natomiast, polna droga doprowadza nas do dwóch niewielkich jezior: Okrętu i Rydwanu. To okręg hodowlany, mimo to, można zrelaksować się przy nim wsłuchując się w szumiące drzewa i obserwując licznie zamieszkujące ten teren wędrowne ptactwo. Dalej podążamy przez Lisiewice, aby po kilkunastu minutach dotrzeć do Chruślina. Tam warto zajrzeć do XVI wiecznego kościoła pw. św. Michała, będącego jednym z przykładów ostałych tutaj budowli gotycko-renesansowych. Kto postanowi przyjechać tutaj we wrześniu lub na wiosnę, na pobliskich łąkach będzie miał okazję obserwować licznie gromadzące się tam bocianie pary. Obraduje tutaj bowiem jeden z kilku w regionie tzw. sejmik bociani. Wojewódzką 703-ką dojeżdżamy do Piotrowic. Słabym i dość dziurawym asfaltem kierujemy się wzdłuż hodowlanych stawów by wreszcie oczom naszym ukazał się zarys walewickiego pałacu. Koński zapach to tamtejszy standard. Niegdyś bogata państwowa stadnina do dziś robi wrażenie. Licznie hodowane tam konie korzystają z wybiegów, ścigając się nierzadko z rowerzystami. Podobnie jak o innych pałacach, tak i o tym krążą legendy. Przyczyną tego nie jest już biała dama, lecz Pani Walewska. To ta mieszkanka pałacu uwieść miała Napoleona w czasie jego przemarszu w 1812 roku. Czy to prawda, czy jedynie ludzkie gadanie trudno oszacować. Kto chciałby poszukać odpowiedzi i nadstawić ucha, zatrzymać się może w stadninie na noc. Być może coś usłyszy...


Z Walewic kierujemy się do Soboty. We wsi dziś niewiele się dzieje. Mniej, aniżeli w XVII wieku, kiedy Szwedzi nad Bzurą urządzili swój szaniec. Straszy na rynku przystanek PKS, zastanawia późnogotycki kościółek. Aby jednak nie wyjeżdżać stamtąd bez emocji podpytajcie miejscowych o dworek. Ukryty w gęstym, starym i zaniedbanym dzisiaj parku rodzinny dom Zawiszów stanowi romantyczny punkt na mapie naszego przejazdu. Pałac jest zamknięty, budynek stoi od lat opuszczony. My na jego podwórzu postanawiamy urządzić sobie piknik. Przepiękne ptasie śpiewy oraz szum płynącej przez park rzeki umilały nam posiłek. Dla mnie dworek ten zawsze stanowił miejsce magiczne, lubię do niego wracać.

Przez Sobocką Wieś i Urzecze docieramy do Strugienic. Można tam wybrać i albo skierować się do wspomnianego skansenu w Małrzycach, albo obrać kierunek południowy. Z Małrzyc wrócimy do miasta „starą dwójką”. Dziś ruch na niej jest niewielki, także podróż powinna upłynąć nam bezpiecznie. Kto wybierze drogę przez Bocheń, ten rozglądać się będzie po najbogatszych łowickich wsiach. To tam na wizytację w latach siedemdziesiątych udał się sam Gierek. Wieś szykowano do wizyty nad wyraz starannie. Do odwiedzin wytypowano jednego z gospodarzy. Posprzątano obejście, wymalowano stajnie, dostarczono zdrowo wyglądające bydło. Gierek kilka minut miał spacerować podwórzem, pochwalić zmiany i pochlebnie wyrazić się o pracy lokalnych rolników.
Kiedy wizyta się skończyła, niespodziewanie pojawił się problem. Chłop nie zamierzał oddać krów. Skoro kronika nagrała, w świat poszło, to czemu krowy miały wracać do innej obory? Wynikła ponoć z tego niezła awantura...

My wybieramy opcję trzecią. Przez Zduny kierujemy się na Złaków Kościelny. To niewielka wieś z centralnie położonym, widocznym z daleka kościołem. Podobnie jak Sobociej niewiele się tutaj dzieje, choć wiosną i jesienią pobliskie pola dzięki przepływającej nieopodal Słudwi, staja się oazą dla wędrownego ptactwa. Setki tysiące ptaków upodobało sobie ten teren, jako miejsce postoju i lęgu. Rozlewiska sięgające po horyzont i prawo obszaru Natura 2000 chroniące dolinę, kuszą ptasich wędrowców ciszą i spokojem.
Wstępujemy jeszcze na chwilę do miejscowego kościoła, by podziwiać tamtejsze nietypowe i zadziwiająco kontrastowe polichromie, po czym niespiesznie kierujemy się do domu.
Zachodnią pętlę wokół miasta kończymy w zasadzie w miejscu w którym ją rozpoczynaliśmy. Dzień pierwszy dobiega końca. Następnego dnia ruszymy na południowy-wschód.


DZIEŃ DRUGI:
Najczęściej wybieraną do Nieborowa drogą jest łącząca Łowicz i Skierniewice krajowa 70-tka. Tej jednak do podróżowania nie polecam. Od kiedy otwarto część autostrady A2 łączącą Łódź ze stolicą, ruch na trasie jest znaczny. Nie mało na niej tirów, auta osobowe pędzą szybko. Dzięki mapom regionu wybrać możemy boczne drogi. Wprawdzie dalej nimi do celu, za to spokój i urok okolicy pozornie skraca dystans a nadłożona odległość przestaje mieć znaczenie. Kierujemy się przez słynące z sadów Zabostowy do Kompiny. Neogotyckie wieże ceglanego kościoła widać już z daleka. W jego okolicach trafiamy na kolejny wojenny cmentarz. Jest on pozostałością wrześniowej kampanii. Nad Bzurą właśnie, w pasie pomiędzy Łowiczem, Sochaczewem a Skierniewicami, w 1939 roku przechodził wojenny front. Nurt przekraczanej w Kompinie Bzury kryje tu zapewne niejedną mroczną tajemnicę. Kto wybierze się w podróż tą drogą wiosną, będzie mógł podziwiać liczne rozlewiska a na nich stada białych łabędzi. Meandry dzikiej i krętej w tej okolicy rzeki stanowią bowiem doskonałe miejsce siedliskowe ptactwa. Najlepiej widać to wprawdzie z kajaka, ale uważny obserwator dostrzeże to choćby i z rowerowego siodełka.


Prosta droga przez Bednary i Julianów doprowadzić nas może szybko do interesującego nas Nieborowa. My jednak wybieramy dłuższy wariant. Gładkimi asfaltami docieramy przez Sypień i Łasieczniki pod Bolimów. Spora wieś, będąca jeszcze stosunkowo niedawno gminą miejską, nie jest może wybitnie interesująca, ale za to wśród jej mieszkańców znajdziemy ciekawe postacie. Zamieszkuje w niej m.in. artystycznie uzdolniona rodzina Konopczyńskich. Znana jest za sprawą sztuki garncarskiej, którą opanowała do perfekcji. Do zakładu trafić nie trudno, prowadzą doń drogowskazy.
W warsztacie na zorganizowane grupy czekają zajęcia lepienia w glinie na najprawdziwszym garncarskim kole. Niektóre z naczyń są doprawdy imponujące i nie powstydziłyby się ich najlepsze restauracje. Komu mało pedałowania, może z Bolimowa wyskoczyć jeszcze w Bolimowską Puszczę do Joachimowa – Mogił, w kierunku rezerwatu rzeki Rawki. Tam z kolei znajduje się inny, tym razem poniemiecki cmentarz.


W bolimowskich lasach niemiecki najeźdźca w styczniu 1915 roku po raz pierwszy w historii konfliktów wojennych użył broni chemicznej. Atak przez wzgląd na niską temperaturę okazał się nieskuteczny. Kilka miesięcy później Niemcy ponowili atak chlorem. Zginęło wtedy kilka tysięcy żołnierzy po obydwu stronach frontu. Podczas jednego z ataków przypadek sprawił, że z minuty na minutę wiatr mający ułatwić Niemcom zwycięstwo i zakończyć bitwę, zmienił swój kierunek. Setki niemieckich żołnierzy zupełnie nieprzygotowanych padło ofiarą własnego dowództwa. Dziś na licznych w tych okolicach zbiorowych mogiłach, kwiaty ofiarom tego bezsensownego konfliktu składają wszyscy, bez względu na narodowość.
Z Bolimowa docieramy pod sam nieborowski pałac. Dobra znajoma oprowadza nas po terenie francuskiego parku, wnętrza zwiedzamy już sami. Na co dzień mieszka w nich jedynie... Biała Dama. To piękna Helena Radziwiłłówna, której piękno znane było powszechnie w całej XVIII wiecznej Polsce. Ze względu na padający deszcz, podróż najchętniej zakończylibyśmy już tutaj. Czerwona, skórzana sofa podobnie jak drewniany, gigantyczny XV wieczny globus ustawione w nieborowskiej bibliotece rozbudzają naszą czytelniczą wyobraźnię. Skoro jednak nie jest możliwym studiowanie muzealnych woluminów, przenosimy się niecały kilometr dalej pod strzechę znanej w okolicy karczmy. Przy takiej pogodzie można tam do woli oddać się łakomstwu. Karkówki, solianki, pierogi. Żal byłoby nie spróbować chociażby kilku rzeczy. Kiedy wreszcie zaspokajamy nasze apetyty ponownie wsiadamy na rowery. Nie jest lekko, wręcz przeciwnie. Kalorie będziemy spalać sumiennie przez kilkanaście kolejnych kilometrów. Specjalnie nadkładając dystans, gminnymi drogami przez Bełchów, Dzierzgówek, Parmę i Placencję docieramy z powrotem na przedmieścia miasta. Spokojna, bardziej relaksacyjna niż wyczynowa jazda cieszy nas obydwoje. Zuzanna poznała kilka ciekawych zakamarków regionu, ja na powrót zajrzałem do „starej piaskownicy”.


Gdy ograniczony czas nie pozwala nam odkrywać nieodkrytego, warto skupić się na tym co widzieliśmy już nie raz. Cudze chwalimy, swego nie znamy. Choć wiele z zakrętów wydaje nam się znajomych, to to, co dostrzec możemy tuż za nimi, może być niekiedy i dla nas samych totalnym zaskoczeniem.


Piguła:
Trasa:
1. dzień: Łowicz > Pilaszków > Guźnia > Chruślin > Walewice > Sobota > Maurzyce > Łowicz (ok 50 km).
2. dzień: Łowicz > Kompina > Bolimów > Joachimów – Mogiły > Nieborów > Łowicz (ok 40 km)
Dla kogo?
Dla wszystkich bez względu na wiek. Dla zorganizowanych i samotników. Okolice Łowicza poznawać można na własną rękę lub w grupie (co niedzielę, z tamtejszą grupą rowerową Szprycha. Informacji o wyjazdach szukać należy telefonicznie w lokalnym oddziale PTTK).

Atrakcje:
Łowicz ma ich sporo, to stare miasto. Poza nimi w okolicy trafimy na pałace, stadniny, zabytki architektury użytkowej.

Mapy:
Wystarczająca jest skala 1: 250 000. Pomoże nam także lokalna mapa regionu z zaznaczonymi na niej trzema innymi szlakami rowerowymi (od 10 do 124 km). Można ją nabyć w punkcie informacji miejskiej.

Rower: wystarczający jest treking lub zwykły mieszczuch.

Noclegi: Miejski dom turysty (ok 40 zł za noc), nieliczna agroturystyka w regionie (od 30 zł), pałace i 3* hotel (od 100zł za noc).

Jak się dostać?
Autostradą A2 z Warszawy i z Łodzi (40 min), pociągiem podmiejskim KM ze stolicy (1,5 godz). Od września rower w KM można przewozić bezpłatnie przez cały rok.

Artykuł ten ukazał się w styczniowym magazynie ROWERTOUR (1/2014).

piątek, 21 marca 2014

ŁYYC 2014 (ŁOWICZ YO-YO CONTEST)



























CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE 2014. PODSUMOWANIE.


Wirtualne burze mózgów, telefony o szóstej nad ranem, dziesiątki maili i 5 godzin udanej zabawy. W sumie niewiele trzeba, by cały świat upchnąć w jedną sakwę. W tym roku po raz kolejny udało się nam udowodnić, że podróżowanie i dzielenie się swoimi doświadczeniami z innymi, jest naprawdę dobrą zabawą.

 
15 marca po raz trzeci, przybyli do Łowicza „naznaczeni” rowerowym losem globtroterzy. Ryzykanci? Szaleńcy? Miłośnicy życiowego survivalu? A może po prostu szukający swego miejsca w świecie pasjonaci dwóch kółek. „Podróżnicy” to w zasadzie określenie funkcji, jaką piastują w społeczeństwie. Do każdego z nich, pasuje bowiem zdecydowanie lepiej termin „wariat”.
Można więc rzec, nie obrażając nikogo, że do łowickiego kina Fenix, przybyło w tym roku trzech wariatów. Trzech wariatów i jedna wariatka. Prelekcji zapowiedzieliśmy trzy. I słowa dotrzymaliśmy.


Na pierwszy ogień Gruzja i tysiąc kilometrów krętym jak ogon węża szlakiem. Wypić za przodków trzeba, a że w Gruzji podobnie jak w Polsce za kołnierz się nie wylewa, to i podróż rowerowa po pierwszym tygodniu stanąć może pod znakiem zapytania. Ba! Czy tak trudno było to przewidzieć? Czy czwarty pancerny nie nosił przypadkiem imienia Grigorij? Czy przyjaźń polsko- gruzińska to jedynie pusty slogan? Czy czacza to tylko taniec? No raczej nie. Udowodnili to Ala Leszyńska i Piotr Strzeżysz porywając publiczność swoim nieprzewidywalnym, mocno specyficznym humorem. A że asów w rękawie mieli sporo, to i nikomu nudzić się podczas pokazu nie mogło.





A pokaz nie był typowy. Przegląd wprawdzie fotografii, ale z klasyką w tym wypadku mocno był na bakier. Udział twórczości Alicji był ponadprzeciętny. O ile Piotr fotografował Gruzję podczas wyjazdu, o tyle Alicja po powrocie skupiła się na narysowaniu widzianego tam świata.
I mix powstał z tej komitywy nieziemski. Kolorowe rysunki zastanych w tym mocno egzotycznym kraju sytuacji, na łopatki rozłożyła publikę, która po pokazie nie kryła autorami żywego zainteresowania. Autografy, wspólne zdjęcia, propozycje małżeńskie... Standard!


Na drugie danie podano Michała Sałabana. W zasadzie ugotował się sam. Dziwnie byłoby się nie ugotować przemierzając w upale tysiące kilometrów Czarnego Lądu. Michał przykuł uwagę widzów wysmakowaną fotografią krajobrazów i napotkanych po drodze ludzi. Piachu w sandałach już wprawdzie się wyzbył, ale miłość do Afryki potrafił nadal doskonale przelewać na blisko dwustuosobową publiczność. Jak to się możliwe? Po prostu. Godzinny pokaz urozmaicony był opowieściami o cudownych smakach, zapachach, widokach. O ile Europa, przemierzana przez niego na południe z norweskiego przylądka Knivskjellodden, dla widzów była całkowicie zrozumiała, to już okolice równika, nijak się miały do wyobrażeń. Obraz przedstawiony przez Michała zdecydowanie mógł się różnić od powszechnie panującej tendencji uznawania tego kontynentu za mocno zacofany. Doskonale rozwinięte sieci komórkowe, wspaniałe asfalty, mili i uśmiechnięci mieszkańcy, z nadzwyczaj białymi zębami... Mam wrażenie, że na łowicką publiczność opowieści Michała zadziałały odkrywczo.



Studenci mawiają: połówka pękła. Trzeba było więc zaproponować coś na drugą nóżkę. Albo na deser, jak kto woli. Tym deserem był Mietek Bieniek, nie od wczoraj zwany „Hajerem”. Człowiek kruszący skały... i zdobywca damskich serc. W zasadzie taki Casanova, który chcąc nie chcąc, rozkochuje w sobie odwiedzane wsie i miasteczka. Choć w opowieści Hajera, trudno niekiedy uwierzyć, to jednak nikt kłamstwa zarzucić mu nie mógł. 116 odwiedzonych krajów, oblatane cztery kontynenty i tysiące przyjaciół na całym świecie. Mietek to człowiek nie do zajechania, wielka orkiestra razy dziesięć. W tym roku Hajer przybliżył nam obraz Rosji. Mateczki Rosji, stanu umysłu, innego wymiaru czasoprzestrzeni- jak się o niej mawia. Odkrył przed publiką kraj barwny, szalony, dla wielu niezrozumiały, przybliżając w dwie godziny widzów do wschodu skuteczniej, niż Kwaśniewski do Unii przez parę lat. Mietek rozkochał nas w Rosji i w Śląsku przy okazji. Idę o zakład, że dziś co drugi łowicki gimnazjalista godał już w szkole od rana po ślunsku


Były obowiązki, były też przyjemności. Jedno od drugiego w zasadzie się nie różniło. Przyjemności wiązały się z fascynującymi rajdami w kinowych fotelach, na odległość przekraczającą długość ziemskiego równika, a obowiązki z odbieraniem nagród ufundowanych przez leśne skrzaty. Dodam, że urodzaj sponsorów w tym roku był znaczny, a gdyby nie Wasza, drodzy Państwo pomoc, nie byłoby emocjonującej końcówki tego właśnie spotkania. Gadżetów ufundowanych przez Was w tym roku dla zgromadzonych na pokazach widzów było naprawdę sporo. Prenumeraty Rowertouru, plecaki od łowickiego dystrybutora marki 4F, gadżety rowerowe od sklepu Rowerowo, przeglądy mechaniczne wraz z kaskiem od serwisu Iwena, a wreszcie piękne, wodoodporne sakwy i worki otrzymane od firmy Crosso.


Po pięciu godzinach naszpikowanych informacjami pokazów myślenie niedobitkom przychodziło z trudem, to fakt. Nikt jednak nie powiedział, że będzie łatwo. Kto chciał zgarnąć nagrodę musiał wykazać się nie tylko refleksem, ale także doskonałą pamięcią. Padały pytania łatwiejsze, ale i naprawdę trudne. Szansę mieli wszyscy, bez wyjątku (no w zasadzie poza dwoma drobnymi- mną, który zamieszanie to spowodował i moją dziewczyną, która choć strasznie jeden worek chciała podkraść, musiała zadowolić się książką z autografem Piotrka:) Parafrazując wujka Churchilla rzec by można, iż „demokracja jest wprawdzie najgorszym ze sposobów rządzenia, ale do tej pory nie wymyślono przecież nic lepszego”.

A pytania? Ot chociażby pierwsze z brzegu... Jak nazywa się wulkan na granicy kenijsko- ugandyjskiej? Ba! No każdy go przecież zna już od podstawówki. A najnowsze fińsko-rosyjskie przejście graniczne w okolicach Morza Barentsa? Śmiech na sali! A może imię tamady, który na cześć Ali i Piotra zorganizował największą we wsi imprezę? O to już zupełna błahostka... Rok przyjęcia przez Gruzinów chrześcijaństwa, nazwiska polskich panczenistów zdobywających brąz, albo miasto w którym produkuje się najlepsze polskie sakwy? Pytań siać można było co najmniej tyle, ile ziaren pada na świeżo zaorane pole. Nie pozostało nic, jak tylko umysłowo się pogimnastykować. Choć prawdopodobnie dla większości widzów największą atrakcją były spotkania z naszymi bohaterami, to kilkanaście osób za sprawą naszych sponsorów wyszło z sali z uśmiechem na ustach większym, niż banany w Tesco. Cała reszta musiała zadowolić się wspomnieniami i gadżetami odblaskowymi ufundowanymi przez PZU.


Trzeci rok i trzecia impreza za nami. Może i Łowicz to małe miasto, może i stajemy się powoli miasteczkiem, ale braku ducha podróży, pasji do ludzi i szalonej przygody nikt nam chyba nie zarzuci. Łódź, Skierniewice, Kutno, Warszawa. Coraz więcej ludzi zaczyna kojarzyć nas nie tylko przez dżemy i mleko, ale i dobrą zabawę w marcowe popołudnie.

Kolejne spotkania z cyklistami- obieżyświatami przechodzą do historii. I choć wiatr w Łowiczu wieje od rana niczym duet Katriny i Ksawerego, to za oknem widziałem już od siódmej paru rowerzystów. Z sakwami, czy bez, z plecakami czy siatkami z Biedronki jadą nie zważając na nic. Teraz już wiedzą, że w deszczu, mrozie i jednym bucie, też da się przemierzać świat.


Zapytacie mnie, czy warto organizować podobne imprezy? Powiem z przekorą. Nie. Nie warto. Bieganina, dostawianie dziesiątek krzeseł, stres że coś pójdzie nie tak... Przychodzisz pierwszy, wychodzisz ostatni, a takie fajne gadżety i tak ktoś zgarnia Ci sprzed nosa

Dziękuję wszystkim, którzy dali się porwać.


PS Zdjęcia podczas imprezy wykonał Piotr Żywicki (Zywiccy.pl).