wtorek, 1 stycznia 2013

Przez Bory Tucholskie do Wielkopolski


Zdjęć już nie będzie.


Rok upłynął mi pod znakiem deszczu. Prześladował mnie od marca, niemal na każdym wyjeździe. Padało z góry, z boku, padało momentami nawet i z dołu... Zupełnie jak w filmie Zemeckisa, w którym Forrest Gump opowiadał na pozór absurdalne przygody swojego niezwykłego jednak życia. Padało w Hiszpanii, kiedy południkowo pokonywałem ją od morza do morza, ale padało też w Polsce, w czasie krótkich, kilkudniowych zaledwie wycieczek. Były momenty kiedy znienawidziłem deszcz, ale były też takie kiedy deszczu szalenie mi brakowało. Momentami ogarniała mnie wściekłość, innym razem afirmowałem jego przyjemny zapach...

Kiedy w sierpniu postanowiłem spakować namiot, śpiwór i sandały w nieprzemakalne sakwy, nie spodziewałem się jeszcze, że wyjazd ten zapamiętam na długo. Trasa prowadzić mnie miała z Bydgoszczy na północ, w kierunku serca tucholskiej puszczy, do kolejnego z odwiedzanych przeze mnie polskich parków narodowych i dalej w kierunku Wielkopolski, do pierwszej stolicy naszego kraju - Gniezna. Przyjemność wytyczania trasy w czasie gdy przyroda pracuje na największych obrotach jest ogromna.


Kilka dni wcześniej usiadłem nad mapą, sprawdziłem co warto zobaczyć, gdzie i kiedy warto być, z kim wypadałoby się spotkać, gdzie zjeść i czym zainteresować się po drodze, tak by wycieczka nie była nudna, a walory regionu poznać solidnie. Wybór na kujawsko-pomorskie oraz Wielkopolskę padł nieprzypadkowo. Po pierwsze chciałem wreszcie poczuć zapach Brdy i poznać jej magię. Po drugie odwiedzić zachwalany ustami przyjaciółki, znany festiwal jazzowy w Chodzieży. Po trzecie natomiast poznać osobiście wysokiej klasy logopedę, panią Bernadetę Dziekan - Standowicz, która w Szamocinie prowadzi jako jedna z nielicznych specjalistek w Polsce, zajęcia dla osób głęboko jąkających się. Trzy cele i nieco ponad tydzień czasu. Z Łowicza do Bydgoszczy dotarłem pociągiem. Dojeżdżając do miasta, ze zdziwienia szeroko otwierałem swoje oczy. Lasy pomiędzy Toruniem a Bydgoszczą wyglądały niczym po apokaliptycznym ataku wszelkich możliwych żywiołów. To wichura, która dzień wcześniej nawiedziła okolicę wyrządziła takie straty. Kilkunastoletnie sosny powyrywane z korzeniami lub połamane niczym zapałki, straszyły chyba wszystkich, przyklejonych do szyb wolno poruszającego się pociągu pasażerów. Widok był zatrważający. Strach pomyśleć co byłoby, gdyby w tym czasie przyszło komuś nocować pod namiotem... 
Sama Bydgoszcz nie była mi specjalnie obca. Miasto znałem jeszcze z czasów studenckich, kiedy odwiedzałem je zamieszkując w Toruniu. Zarówno jedno jak i drugie miasto wiele ma do zaoferowania turystom. Znana na świecie, wpisana na listę UNESCO toruńska starówka wraz z jej panoramą zachwyca niezmiennie od lat rzesze odwiedzających ją miłośników gotyku, za to słynąca z kanałów i z pieczołowitością rewitalizowanych zabytków Bydgoszcz, jest ciekawą alternatywą dla miłośników starej architektury, hydrotechnicznych budowli i amsterdamskich klimatów. Miasto bardzo się rozwinęło, stawiając w szczególności na kulturę (chociażby sprowadzając raczkujący w Toruniu a rozkwitający w Łodzi Międzynarodowy Festiwal Operatorów Filmowych CAMERIMAGE). Tysiące miłośników kina rokrocznie nakręca turystyczną machinę i dla nich chociażby warto upiększać miasto. Pierwszych rowerzystów spotkałem na rynku. Rosyjscy cykliści przemierzali uliczki fotografując co ciekawsze miejsca. Takich jak oni, tym razem na swej drodze spotkałem wielu. Lato jest przecież dla sakwiarzy okresem rzec by można "lęgowym". Dzięki sprzyjającej aurze możemy w trasie poznać naprawdę fajnych ludzi. Cieszy oko, gdy widzi się całe grupy rowerzystów przemierzających nasz kraj. Z Bydgoszczy jadę północ. Moim celem jest dotarcie do Parku Narodowego Borów Tucholskich. Przed dwoma laty założyłem odwiedzenie wszystkich parków narodowych. Cudze chwalimy, swego nie znamy. A szkoda! Mamy przecież kapitalne miejsca do aktywnego wypoczynku.

Główną i nieco ruchliwą drogą krajową nr 25 kieruję się na Koronowo. Docieram tam jednak przez Bożenkowo. Ruch na krajówce jest nieprzyjemnie uciążliwy. Małe, ale gwarne miasteczko zwróciło moją uwagę informacją o nie lada atrakcji. Jest nią ażurowy most kolejowy z 1895 roku, długości 120 metrów, zwieszony nad rzeką Brdą. Jest to najwyższy względem tafli wody most kolejki wąskotorowej w Europie. Konstrukcja liczy 18 metrów wysokości. Dziś nie spełnia już niestety swojej pierwotnej funkcji. Stała się za to miejscem romantycznych spacerów. Poza mostem Koronowo słynie z zespołu cysterskiego. Składają się na nią Bazylika Mniejsza datowana na przełom XIII/XIV wieku oraz... więzienie. To drugie powstało dopiero w XIX wieku. Zaadoptowano na nie budynki klasztorne. Dziś zespół stanowi mocno specyficzną, symbiotyczną parę edukacyjną. 


Słońce przygrzewa z należytą starannością, więc ruszam dalej. Wijącymi się pomiędzy jeziorami asfaltami wjeżdżam w zielone i przyjemnie relaksujące tereny. Mały ruch i co ciekawe- liczne ścieżki rowerowe sprawiają, że przyjemność z jazdy znów jest spora. Nie posiadając mapy lepszej jak wysłużona "dwusteka", postanowiłem mimo wszystko kierować się na północ lasami. Kujawsko-pomorskie to nie koniec świata i raczej trudno byłoby mi się tam zgubić. W wakacje wrzucam na luz i zdaję się na przypadek. Do serca biorę też sobie rady miejscowych. W Wielonku poznaję dwie sympatyczne, miejscowe dziewczyny. Razem pedałujemy do Cierplewa, a że w długie, wakacyjne dni nikomu się nie spieszy toteż w roju natarczywych much siadamy jeszcze pod sklepem na długa pogawędkę. Upał sprawia, że w cieniu parasola można by tak gadać do późnego wieczora... 


Dla mnie jednak liczy się też miejsce w którym zatrzymam się na nocleg. Tego dnia planowałem przespać się już nad jeziorem. Wsiadam więc na rower i kieruję się na Lubiewo. Tuż za nim, na górce, w sąsiedztwie dorastającej kukurydzy znajduję swoje miejsce i rozkładam namiot. Pierwszy dzień przy akompaniamencie wszystkich komarów świata dobiegł końca...



W Puszczę się zapuszczę.
W okolicach Tucholi człowiek czuje się spokojny jak nigdzie indziej. Zielony kolor lasu działa tak na ludzi. Choć przyjemnie się drzemie w oblanym słońcem namiocie, zarządzam pobudkę. Szkoda czasu na leniuchownie, tym bardziej, że przede mną jedne z najpiękniejszych polskich puszcz i najczystsze z polskich rzek. Wkraczam na tereny Tucholskiego Parku Krajobrazowego. Ruch na dojazdówkach do Tucholi jest zauważalny. Pompowane krokodyle i jaskrawożółte koła ratunkowe za tylnymi szybami mijających mnie aut informują, że zbliżam się do mocno eksploatowanego wakacyjnego okręgu. Nie dziwi mnie to. Na mojej mapie konkurują ze sobą kolory lasu i wody. Świetny kierunek na kilkudniowe wypady! 




W okolicach godz. 10-tej docieram do Tucholi. Rozglądam się po interesujących placach i uliczkach, odwiedzam lokalne muzeum, cukiernię z wyśmienitymi jagodziankami i ciastem truskawkowym, by wreszcie skierować się na rynek w poszukiwaniu kawiarni. Pod parasolami stojącymi w obrębie wysokich, bujnych drzew dostrzegam z oddali solidnie zapakowane rowery, oraz dwie postacie: damsko-męską parę cyklistów. To Wojtek i jego żona Lidka - dwoje Wielkopolan zamieszkujących w Poznaniu, korzystających z chwili i pedałujących do Gdańska. Szybko znajdujemy wspólne tematy. Trasa nad morze to dla nich "dziewiczy rejs". Dopiero odkrywają przygodę turystyki rowerowej, choć jak zauważyłem w przeciągu kilku dni swojej jazdy, zdrowo zdążyli się już zakręcić w temacie.


Dalej ruszamy wspólnie, nasze trasy bowiem częściowo się pokrywają. Kierując się na północ drogą 237 docieramy do Fojutowa. Miejsce typowo turystyczne słynie z murowanego akweduktu. Krzyżują się tu dwie rzeki: Wielki Kanał Brdy (płynący górą) z Czerską Strugą. Różnica tafli wody wynosi aż 11 metrów! Budynek robi wrażenie nie tylko swoją architekturą, ale przede wszystkim wielkością. Mierzy 75 metrów i jest najdłuższą tego typu budowlą w Polsce. Dla ciekawskich architekci przewidzieli atrakcję. Suchą stopą można przejść kładką wzdłuż płynącej dołem rzeki, podziwiając konstrukcję zabytkowego akweduktu.



Z Fojutowa ruszamy dalej na północ. Moja mapa okazuje się zbyt mało dokładna, przez co przechodzimy na system GPS Wojtka. Leśnymi drogami docieramy wreszcie do asfaltu i już na pierwszym zakręcie spotykamy kolejnych kolarzy. Tym razem pedałuje męskie grono: reprezentanci Bielska-Białej. Chłopaki zmierzają z Bydgoszczy do Ustki. W pięcioosobowym składzie przemierzamy puszczą dobrych kilka kilometrów i dopiero po przekroczeniu krajowej trasy nr 22 rozdzielamy się na trzy składy. Chwilę później jednak tracę orientację. Pomocy w nawigacji udziela mi dopiero miejscowy chłopak z ukrytego w gęstym lesie gospodarstwa. Okazuje się, że nieco zboczyłem z drogi, czego konsekwencją był rajd przez piachy. 



Z przygodami znajduję drogę do cywilizacji. W Czarniżu skręcam w lewo na Żabno i Czyczkowy. W drodze na Swornegacie moją uwagę przykuwa ogromny dół przed szkołą w Chełmach Wielkich. Postanawiam sprawdzić co jest na rzeczy. Czterej studenci Wydziału Archeologii Uniwersytetu Gdańskiego prowadzili właśnie pomiary odkrywki. Okazało się, że naukowcy znaleźli tam ruiny skrzydła datowanego na przełom XVI i XVII wieku pałacu. Na znalezisko trafiono jak zwykle przypadkiem, w trakcie budowy parkingu. Kilkunastoosobowa grupa studentów spędzała tam swoje wakacje uczestnicząc w praktykach. Pełen uznania za przerzucenie takiej ilości ziemi pożegnałem tęgie głowy i ruszyłem dalej.


Minąwszy granicę Parku Narodowego Borów Tucholskich zauważyć można od razu liczne kempingi i domy wypoczynkowe. Pełno też wczasowiczów w plażowych klapkach zmierzających nad czyste jak łza jeziora. Bory Tucholskie przyciągają od lat miłośników spacerów, grzybobrania, wędkarstwa i sportów wodnych. Choć w obrębie samego PN niektóre przyjemności nie są możliwe, to jednak w okolicach atrakcyjnych przyrodniczo miejsc nie brakuje. Zbliżał się już wieczór, a z nieba zaczynało kropić. Wiedząc, że za chwilę znów znikną mi z oczu sklepy i bary, wstępuję jeszcze w Swornychgaciach na obiad, do zupełnie niepozornie wyglądającej knajpki. Wstąpiłem i się zakochałem. Dosłownie! Tak dobrego barszczu na grzybach sporządzonego na zakwasie z kapusty nie jadłem chyba nigdy. Porcja postawiłaby na nogi konia, co dopiero kolarza! Kuchnia kaszubska słynie z aromatu i specyficznych leśnych smaków. Myślę, że smacznym pomysłem byłoby kiedyś zorganizowanie rajdu śladami... kaszubskiej kuchni! Po sycącej kolacji znów znalazłem wyśmienity nocleg. Namiot mój stanął nad brzegiem Jeziora Karsińskiego. Kapuśniaczek uderzał o tropik, jałowcowa pachniała w pełnoziarnistym, wiejskim chlebie a ja spoglądając przez moskitierę, wpatrzony w przeciwległy brzeg zachwycałem się polską przyrodą...


Z deszczu pod rynnę.
Trzeci dzień znów przywitał mnie słońcem. Jezioro o wpół do szóstej wyglądało olśniewająco. Strome, zachodnie brzegi tonęły w promieniach od samego świtu. Sfotografowałem pejzaż, zwinąłem namiot i ruszyłem przed siebie. Do Chojnic planowałem przedostać się wschodnią stroną Jeziora Charzykowskiego, co jednak przez wzgląd na remont mostu w Małych Swornychgaciach okazało się niemożliwe. Dobrą godzinę stałem na brzegu kanału łączącego obydwa jeziora, czekając na wodostop (rodzaj wodnego autostopa), który pomógłby mi przerzucić się na drugą stronę głębokiego i szerokiego rowu. Kajakarzy było jednak jak na lekarstwo, wędkarze zarzucali z brzegu. Robotnicy pracujący na moście żartowali głośno między sobą, wspominając jednego kolarza, który próbował przedostać się przez rzekę wpław. Jemu ponoć się udało, ale ja rzekomo byłem... dużo niższy! Czekanie mogło trwać i trwać, dlatego zmieniłem plan i przez Konarzynki, Babilon i Wolność dotarłem do Charzykowych, a potem do Chojnic.



Pierwszy raz odwiedziłem to miasto i przyznam się, że pozostaję pod jego wielkim wrażeniem. Chojnice są miastem historycznym. Jego starówkę otaczają średniowieczne mury obronne zbudowane jeszcze przez Krzyżaków, którzy urzędowali tam przez ponad 150 lat. Był to dla Chojnic okres rozkwitu. Dziś warto odwiedzić chojnicki rynek, przespacerować się uliczkami wzdłuż wspomnianych murów, zwrócić uwagę na liczne zabytki, wejść na Basztę Człuchowską, do chojnickiej fary czy Galerii Współczesnej Sztuki Polskiej, w której oglądać można naprawdę godne uwagi zbiory malarstwa i rzeźby. Znajduje się w niej stała ekspozycja twórczości m.in.: Tadeusza Brzozowskiego, Józefa Szajny, czy Henryka Stażewskiego.


Z Chojnic drogą wojewódzką nr 212 kieruję się dalej na południowy zachód, w kierunku Debrzna i Lipki. Droga może nie jest już tak atrakcyjna, lecz na szczęście jest bardzo spokojna. Mijam smutne, małe miejscowości, gdzie czas płynie chyba wolniej niż gdzie indziej, a młodzież, swoje wakacje spędza nudząc się w obrębie centralnie położonych fontann czy skwerów.

Tuż za Lipką skręcam w lewo i drogą prostą jak stół, długą na ponad 25 km i nudną jak przysłowiowe "flaki z olejem" pedałuję do Łobżenicy. Zero odczuwalnych zakrętów, brak wzniesień i zjazdów sprawia, że do Górki Klasztornej dojeżdżam śpiący jak małe dziecko. Tamtejsze sanktuarium imponujące swoją wielkością i utrzymaniem prowadzi Zakon Misjonarzy Świętej Rodziny. Prócz wnętrz pamiętających zakonników piszących jeszcze gęsimi piórami, obejrzeć należy tam zbiory misyjnych pamiątek. Dziś klasztor stanowi centrum okolicznej kultury. Bracia organizują dla młodzieży i ich rodzin gry, spotkania czy rowerowe wycieczki. Dzięki uprzejmości zakonników nocleg spędzam... we własnej celi! Lepszych warunków nie mogłem sobie chyba wyobrazić! Kolejny dzień zaczynam od przyjrzenia się Łobżenicy. Jest to maleńkie miasteczko, któremu prawa miejskie przyznano na początku XV wieku. Układ miejski i architektoniczny sprawia wrażenie, że to miasto z żydowską historią, lecz nie do końca to prawda. Ciekawostkę stanowić może fakt, że lokatorami od początku XVII wieku byli szkoccy kupcy handlujący suknem, a Łobżenica prosperowała tak dobrze, że bito w niej nawet prywatne monety. Dziś bogactwa na ulicach już raczej nie widać. Balkony co niektórych, pięknych kamienic porastają młode brzózki, a zamknięte na cztery spusty wrota ewangelickiego kościoła kryją przed światem niebagatelne ponoć polichromie. Od miejscowej nauczycielki zdążyłem się dowiedzieć, że szansą na to by wnętrzom przyjrzeć się w minimalnym choć stopniu, może być co najwyżej... najbliższy pogrzeb. Wtedy kościół może być otwarty.



Nie życzyłem jednak nikomu źle. Wsiadłem na rower, zdjąłem koszulkę i w pełnym słońcu, przy 30°C skierowałem się przyjemnymi drogami przez Tłukomy, Wysoką, Grabówno ku Miasteczku Krajeńskiemu. Tam zajrzeć wypada na lokalny cmentarz, gdzie znajduje się grób naszego bohatera narodowego- Michała Drzymały. Nie ma chyba Polaka, który o Drzymale nie słyszał. Nawet jeśli zamiast siedzieć w szkolnej ławce wagarował w tym czasie, to i tak każdy dziś dobrze wie, dlaczego wóz na kołach ustawiony na letniskowej działce, taką a nie inną ma nazwę.


Do Chodzieży docieram trasą widokową. Wjechałem bowiem w Dolinę Środkowej Noteci. Panorama z drogi ciągnącej się po północnej stronie rzeki jest fantastyczna i sięga kilku kilometrów. Sama Chodzież jest niemniej urokliwa. Dwudziestotysięczne miasteczko położone pomiędzy trzema jeziorami słynie z porcelany. Pierwszą fabrykę fajansu postawili tu niemieccy kupcy: Schnorr i Müller, co miało miejsce w 1852 roku. Przed nimi miasto rozsławili tkacze produkujący tam i sprzedający swoje towary. Do dziś maleńkie centrum skupia się wokół ich domostw, będących atrakcją dla zwiedzających. Chodzież stanowi też idealne miejsce do aktywnego wypoczynku. Jeziora i okolice zachęcają do pływania, kajakarstwa, leśnych spacerów. Można stamtąd podreptać szlakiem na Gontyniec (192 m n.p.m.), czy spróbować odnaleźć sławetną Dolinę Muminków... Rokrocznie w Chodzieży odbywają się też warsztaty dla uzdolnionej muzycznie młodzieży, która pod okiem mistrzów sceny jazzowej szlifuje swoje umiejętności wokalne i instrumentalne podczas festiwalu Cho-jazz. 





W Chodzieży zatrzymałem się na kilka dni. Wraz z moją serdeczną przyjaciółką (i jak się okazało kompanką ostatniego etapu mojej podróży), miałem okazję uczestniczyć w koncercie galowym, zamykającym festiwal. Przyznam się, że poziom wykonawców był zaskakująco wysoki. Chodzież odwiedziłem nie tylko przez wzgląd na jazz i dobrych znajomych. Poszukując tematu do reportażu zależało mi na spotkaniu z wybitną logopedką, światowej klasy specjalistką od leczenia wad wymowy- Bernadetą Dziekan - Standowicz. 


Pani Bernadeta jako jedna z nielicznych osób w kraju jest zdania, że jąkanie jest całkowicie wyleczalne, w przeciwieństwie do świata nauki jednoznacznie stwierdzającego co innego. Pani Dziekan- Standowicz od lat walczy z rozpowszechnionymi mitami, ułatwiając wielu osobom - nawet tym głęboko jąkającym się, dojście do sposobu mówienia osób zdrowych. Kilka dni spędzonych w jej ośrodku w Szamocinie, liczne rozmowy, spotkania z ludźmi, uczestnictwo w warsztatach sprawiły, że dziś i ja jestem w stanie w to uwierzyć. 


Kilkudniowy odpoczynek nad jeziorem pozwolił zregenerować siły. Wraz z Zuzą spakowaliśmy sakwy i ruszyliśmy przed siebie. Naszym celem było Gniezno. Skierowaliśmy się na Gołańcz, Wapno i Żnin, zahaczając dla urozmaicenia o sam Paryż!







Wieżę Eiffla akurat remontowano..., ale porośnięte zbożem pola i napotykane po drodze pałuckie kościoły też zrobiły na nas miłe wrażenie. Leniwe pedałowanie sprawiło, że późnym popołudniem dotarliśmy do Żnina. Dokonawszy szybkich zakupów udaliśmy się na chwilę nad miejskie jezioro i zaraz potem ruszyliśmy za miasto na poszukiwanie miejsca godnego rozbicia naszego namiotu. To znalezione, tym razem okazało się mocno felerne. Brzeg jeziora, sitowie, piękna, zielona trawa, jednym słowem bajka. W życiu bym nie przypuszczał, że rankiem wyjdziemy (choć może lepszym określeniem byłoby... wypłyniemy) z namiotu w fatalnych nastrojach. Potężna ulewa, której nie mogliśmy przewidzieć, niczym grom z jasnego nieba spadła na nasz maleńki namiot czyniąc ogromne straty. Obudziliśmy się w kałuży wody, przemoczeni do suchej nitki. Cała elektronika utonęła. Z aparatu fotograficznego uratował się jedynie obiektyw. Ostatnie zdjęcie śmiejącej się nad kolacją Zuzy przetrwało na karcie pamięci, ale lustrzanki do dziś, mimo pomocy specjalisty nie udało się uruchomić... Zabawne, że wszystkie rzeczy pozostawione w sakwach i workach na zewnątrz namiotu pozostały suche. Straciliśmy jedynie to, co było najcenniejsze... W ponurych nastrojach dotarliśmy do Wenecji. Nie mieliśmy nawet ochoty na zwiedzanie muzeum wąskotorowej kolejki. Patrzyliśmy smutno w niebo, zastanawiając się, co jeszcze przyniosą zbierające się nad nami chmury. 
Mokre ciuchy, karimaty i nasiąknięte śpiwory wysuszyliśmy dopiero w Biskupinie. Nasz cały dobytek rozwieszony na płocie restauracji musiał zabawnie wyglądać. Na szczęście pogoda zmieniała się błyskawicznie i silny, wręcz porywisty wiatr wysuszył wszystko zaskakująco szybko. Biskupin od dzieciństwa kojarzył nam się ze szkolnymi wycieczkami szkolnymi. Wykopaliska archeologiczne, które rozsławiły maleńką wioskę rozpoczęto jeszcze przed II Wojną Światową. Opuszczający się poziom wody w pobliskim jeziorze odkrył w 1934 roku szczątki osady. Dzieci ze wsi poinformowały o tym swojego nauczyciela, a on naświetlił sprawę na Uniwersytecie w Poznaniu. Prace wykopaliskowe prowadził prof. Józef Kostrzewski. Odkryto gród ludu wywodzącego się z kultury łużyckiej. Szacuje się, że zamieszkiwało go swego czasu blisko 1000 osób. Dziś zrekonstruowaną osadę oblegają tysiące uczniów i miłośnicy historii Polan, czyniąc Biskupin jednym z najliczniej odwiedzanych miejsc muzealnych w kraju. Inną dużą atrakcją okolic jest wąskotorówka. Ze wspomnianej Wenecji aż pod bramę Biskupina dojechać można klimatycznym pociągiem, którego parowóz bucha w niebo siwym dymem.
Z Biskupina docieramy spokojnym tempem do Gąsawy. Przy głównym placu zatrzymują się pekaesy, fontanna rozwiewa po parku delikatną, mokrą bryzę, psy ganiają się wokół drzew a kościół p.w. Św. Mikołaja stoi zamknięty. Szkoda, bo datowany na pierwszą połowę XVII w pozostaje cennym zabytkiem do którego chętnie chciałoby się wstąpić. Podobnie jest w dalej położonym Ryszewku. Nie chcąc włóczyć się bez celu, kierujemy się żwawo w stronę pierwszej stolicy Polski - do Gniezna. Trafiamy tam wczesnym popołudniem. Jest więc czas zwiedzić to i owo, oraz zjeść coś ciepłego. Gniezno oferuje liczne atrakcje turystom. Wprawdzie możliwe do zwiedzania miejsca mają najczęściej charakter sakralny, ale chyba każdy znajdzie tam coś dla siebie. Nas najbardziej zainteresowała czasowa wystawa fotografii 3D, jaką zorganizowano na jednym z placów. Zwiedzający dostawali okulary, dzięki czemu można było obejrzeć naprawdę ciekawą merytorycznie ekspozycję. Największą perłą miasta rzecz jasna pozostaje gnieźnieńska katedra. Tę zwiedzamy następnego ranka. Wchodzimy również na wieżę, skąd roztacza się atrakcyjny widok. Niestety wszystko to, dokumentujemy już tylko w naszych głowach. Cóż. Powrót do przeszłości. Tak jak przed setkami lat podróżnicy zapisywali doświadczenia na kartach swoich pamiętników, tak i my tym razem musimy spamiętać wszystko, tylko za pomocą naszych światłych umysłów.
Gniezno to meta naszej podróży. Znów kilka dni wolnego udało się wykorzystać na poznawanie kraju. Choć wyjazd ten ze względu na niesłychanego pecha zapamiętam z pewnością na bardzo długo, to jednak jestem zadowolony. Kolejny raz odkryłem dla siebie kawał wspaniałej Polski. 

wtorek, 23 października 2012

IRELAND












Rosół w pegeerze.

"Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem".


Kiedy parę lat temu zasłyszałem gdzieś ludową melodię wiejskich gospodyń zrzeszonych w lokalnych kręgach miłośników poleskiego krajobrazu, nie przypuszczałem jeszcze, że nie tylko ja padnę łupem magii tego regionu. Wiele lat przede mną Polesiem zafascynował się Krzysztof Klenczon i jak mniemam setki, o ile nie miliony mniej lub bardziej znanych osób. Nie wiem czy inni pisali o Polesiu piosenki, ale jemu na pewno jedna się udała...
Pośród łąk lasów i wód toni
W ciągłej pustej życia pogoni Żyje posępny lud 
Brzęczą much roje nad bagnami 
Skrzypi jadący wóz czasami 
Poprzez grząską rzekę wbród...

Tym razem ląduję w Dęblinie. Oczywiście nie dosłownie (chociaż mógłbym). W obrębie miasta znajduje się bowiem jedna z najbardziej znanych w Polsce uczelni. Obok łódzkiej filmówki, szkoły morskiej w Gdyni i policyjnej szkoły w Szczytnie, Wyższa Szkoła Oficerska Sił Powietrznych zwana pieszczotliwie "szkoła orląt" jest naszą narodową, uczelnianą dumą. Nic dziwnego. Jej historia sięga lat dwudziestych XX wieku. Prestiż, bezkonkurencyjność oraz niegasnący profesjonalizm w kształceniu adeptów lotnictwa sprawiły, że kolejne pokolenia asów przestworzy opuszczają do dziś jej bramy, uchodząc w świecie za mistrzów swojego fachu.


W Dęblinie, tak samo jak trudno jest doświadczyć ciszy, tak samo łatwo jest poczuć się niczym na szkoleniach bojowych. Co chwilę bowiem nad głowami przelatują odrzutowce, śmigłowce czy inne latające sprzęty. Dla miłośników militariów i mocnych wrażeń to bez wątpienia raj. A dla miejscowych? Miejscowi chyba musięli się już przyzwyczaić... 


Dęblin to dla mnie początek. Trzydniowa przerwa w pracy zachęciła mnie do wyjazdu. Miało być Polesie samo w sobie, ale wyszło inaczej. Inaczej czyli zupełnie jak zwykle. Nie miałem konkretnych planów. Zaznaczyłem na mapie jedynie kilka miejsc jakie chciałbym odwiedzić i ruszyłem (możnaby rzec poleciałem) przed siebie.
Czy Dęblin ma swój urok trudno powiedzieć. Ma na pewno ciekawe muzeum do którego przy okazji wypada zajrzeć. Muzeum Lotnictwa mieszczące się nieopodal wspomnianej szkoły to prawdziwa perełka wśród muzeów. Kilkadziesiąt statków powietrznych oraz wojskowych maszyn zgromadzono tu na niewielkiej przestrzeni, co dla mężczyzn, a może nawet i niektórych kobiet stanowić może nie lada atrakcję. Muzeum można zwiedzać samemu lub z przewodnikiem. Doświadczeni "oblatywacze" zaserwują nam bez wątpienia garść ciekawych informacji. Opowiedzą kto i dokąd uciekał wskazanym samolotem za granicę PRL, ile pocisków potrafiły zabrać największe bombowce, czy przedstawią normy spalania ponaddźwiękowych maszyn. Jeśli nam się znudzi, zawsze można położyć się pod "ogonem" i w cieniu kadłuba leżąc na zielonej murawie patrzeć na przelatujące co chwilę nad naszymi głowami samoloty.


Dęblin opuszczam prawą stroną Wisły. Spokojną drogą wojewódzką kierując się na Puławy, dojeżdżam do Gołębia. Tam, prócz zbudowanego w stylu renesansowo-manierystycznym kościoła oraz znajdującego się bezpośrednio przy nim ciekawego, bo rzadkiego przykładu "Domu Loretańskiego" (dla chrześcian stanowić ma kopię domu Świętej Rodziny z Loreto), zobaczyć można także inne po dęblińskim, bardziej nietypowe już muzeum- Muzeum Nietypowych Rowerów. Prywatna inicjatywa emerytowanego nauczyciela Józefa Majewskiego, dostrzegalna jest na cztery kilometry wcześniej, za sprawą reklamującego ją, spaskudzonego czarną farba przystanku autobusowego. Ci którzy doń trafią (trafić jest nie trudno), będę mieli okazję przyjrzeć się kilku

mniej lub bardziej oryginalnym jedno i kilkuśladom.

Niewielką odległość pozostałą do Puław pokonuję sprawnie. Warto solidnie nacisnąc w pedały, bowiem zbliżamy sie do interesującego zespołu pałacowego. Warto go dokładnie zwiedzić. Park, choć swoją świetność bez dwóch zdań ma już raczej za sobą, kryje w sobie pewne tajemnicze piękno. Przechadzając sie ścieżkami natrafimy na kilka naprawdę urokliwych miejsc. W gorący letni dzień staje się on doskonalym miejscem na sjestę, natomiast jesienią budzić w nas może bajeczne doznania. Setki starych, liściastych, kolorowych drzew robić muszą ogromne wrażenie. Puławy znane są w Polsce bardziej jako ośrodek przemysłowy. Niebawem jednak może się to zmienić. Unijne dofinansowanie projektu promującego walory Wisły zaowocowało budową nowoczesnego, designerskiego portu rzecznego, skąd w przeciągu paru lat będzie można przedostać się wodną drogą do Janowca i Kazimierza.


Tak jak z Dęblina do Kazimierza podróżować można po obydwu stronach rzeki, tak i do Kazimierza będącego moim kolejnym etapem podróży prowadzą dwie drogi. Wojewódzka 824 jest bardziej ruchliwa. Wybieram zatem lewą stronę, by kretymi, pagórkowatymi asfaltami dojechać do przeuroczego Janowca. Janowiec zawsze mnie fasynował. Dla mnie jest przykładem miasteczka, gdzie czas płynie wolniej niż gdziekolwiek indziej. Rzut beretem stąd do osławionego Kazimierza, a klimat jednak zupełnie inny. Zamek straszy, powietrze w centrum stoi, a popołudniowe słońce zniżające się do horyzontu zachęca do spacerów brukowanymi uliczkami. 


Ci, którzy zdecydują sie zakończyć dzień w jednej z licznych restauracyjek czy pubów w Kazimierzu Dolnym, będą musieli jeszcze pokonać rzekę. Atrakcją dotarcia do Kazimierza jest bowiem promowa przeprawa. Warto już w Puławach dowiedzieć się czy promy kursują normalnie. Poziom rzeki oraz złośliwość rzeczy martwych ma na to wpływ. Ja o problemach z kursowaniem dowiedziałem się dopiero w Janowcu. Dzięki znajomościom lokalnej pani bibliotekarki udało mi się wraz z rowerem dostać na drugą stronę. Gdyby nie jej pomoc, musiałbym wracać aż do Puław!


Kazimierza Dolnego nie wypada nie znać. Mnóstwo w nim zabytków. Spichlerz czy kamienice Przybyłów w rynku stanowią wizytówkę miasta. Niepowtarzalną atmosferę zapawniają klimatyczne miejsca, wąskie uliczki, niebanalne kazimierzowskie wille, ale także filmowy festiwal dobywający się tu od wielu już lat. Nie tylko kinomaniacy ale także lubelska czy warszawska elita finansowa, upodobała sobie okolicę, przez co weekendami miasto staje się prawdziwą rewią mody.
Nawiązując jeszcze do filmu. Przed wyjazdem do Kazimierza warto odświeżyć filmową bibliotekę. Miasteczko zagrało bowiem w popularnym od 1972 roku serialu dla dzieci pt. "Podróż za jeden uśmiech". Koniecznie należy obejrzeć drugi odcinek, by móc potem bawić się na rynku wychwytując podobieństwa i różnice miasta sprzed czterdziestu lat.
Jako, że w letnim okresie moim domem jest namiot i przygodnie spotkane miejsce, po późnym obiedzie opuściłem miasto i w mniej niż bardziej przez miejscowego rowerzystę określonym kierunku, nienajprostrzą drogą ruszyłem w kierunku Wąwolnicy. Zatrzymał mnie dopiero widok człowieka rozrzucajacego siano na świeżo skoszonej łące, pośród polujących na myszy bocianów. Miejsce to mnie urzekło, a wybór miejsca do spania jest ważnym wyborem. Podszedłem więc zagaić rozmowę. Ku mojemu szczęściu okazało się, że rolnik jest wyjątkową gadułą. Wymiana uprzejmości trwała dobrą godzinę. Pośród stogów siana, w sąsiedztwie gaju i cicho szumiącej rzeki rozbiłem moją wysłużoną "jedynkę" i chwilę po zapadnięciu zmroku spałem już jak dziecko w sielskiej scenerii polskich łąk. Przez takie momenty uwielbiam lato.


Słońce obudziło mnie wcześnie. W namiocie zrobiło się gorąco jak w piekle i nie warto było tracić już czasu na dosypianie. Szybkie pakowanie i po godzinie byłem już w drodze do Nałęczowa. Sanatoryjna miejscowość ze zdrojowym parkiem znana jest Polakom od dawna. Przybywali tu nie tylko na wypoczynek ale i w twórczych celach takie sławy polskiej literatury jak chociażby Żeromski czy Prus. Ślady ich obcowania z Nałęczowem można spotkać czy to w okolicach słynnego uzdrowiskowego stawu, czy też spacerując po mieście. Okolice znane są też z lessowych wąwozów. Idelne to miejsce na uprawianie porannego joggingu oraz pieszych wędrówek. Może tam tkwi tajemnica fizycznej tężyzny rencistów i emerytów spędzających popołudnia i wieczory wywijając foxtroty na parkietach miejscowych dancingów...



Z Nałęczowa przebiegającym przez lubelszczyznę Szlakiem Rezydencji Magnackich kieruję się w stronę Lublina. Weekendami na lokalnych drogach spotkać tam można licznych rowerzystów. Zorganizowany dzień wcześniej rajd cyklistów pedałujących tandemami sprawił, że kręciło się ich po okolicy naprawdę sporo. Napotkani panowie byli zdania, że co dwie głowy to nie jedna.


Większy ruch naturalnie odczuć można przed stolicą lubelszczyzny, ale w miarę prosta droga na lubelską starówkę sprawia, że nie sposób zgubić się przy wjeździe. I tutaj kontynuować można zwiedzanie miasta przez pryzmat polskiego kina. Zarzucane często włodarzom Lublina zaniedbanie reprezentacyjnej dzielnicy, mnie osobiście nie denerwuje. Choć trochę to dziwne, że odkąd w 1956 roku, kiedy to Bohdan Kosiński- wybitny polski "czarno - seryjny" dokumentalista, zrealizował w Lublinie swoją "Lubelską Starówkę", niewiele sie na niej zmieniło, to mnie ona nadal bardziej niż zniesmaczać, zachwyca. Jestem miłośnikiem podobnych klimatów.


Jako że do Lublina i tak musiałem wrócić za chwilę na dłużej, zwiedzanie przełożyłem w czasie. Ruchliwą drogą krajową nr 82 skierowałem się na wschód w stronę Łęcznej. Warto poszukać na mapie objazdu. Może troche nadrobimy, za to na pewno będzie bezpieczniej. Do Łęcznej dojechalem już po południu. W wyjątkowym tego dnia upale uciąłem sobie drzemkę, która ku mojemu zaskoczeniu nieco się przedłużyła...
Łęczna nieco mnie zadziwiła. Znałem miejscowość przez pryzmat osiedli i kopalni, ale nie byłem świadomy historycznego, mocno zaniedbanego centrum. Świadcząca o wielokulturowości lubelszczyzny synagoga przykuwa uwagę zwiedzających centrum. Podobnie jak sypiące się, a pamiętające bez wątpienia niejednego rabina malutkie kamienice. Dziś diaspory już nie ma. Jest za to kopalnia węgla i te słowa piosenki Wojciecha Młynarskiego snujące mi się po głowie gdy zwiedzam podobne miejsca:

Tych miasteczek nie ma już Okrył niepamięci kurz
Te uliczki, lisie czapy, kupców rój Płotek z kozą żywicielką
Krawca Szmula z brodą wielką Co jak nikt umiał szyć ślubny strój...


Łęczna to na szczęście ostatnie większe miasteczko jakie tym razem napotkałem na swej drodze. Wyznaczony cel prowadzi mnie bowiem w stronę dzikszych terenów. Przede mną Pojezierze Łęczyńskie oraz Poleski Park Narodowy. Wojewódzką drogą 820 ruszyłem na północ. Weekend ludzie spędzają nad jeziorami, więc i ja nie powinienem odbiegać od stereotypu tradycyjnego Polaka. Nie miałem wprawdzie ze sobą grilla i zgrzewki piwa, ale również postanowiłem zakotwiczyć "nad wodą". Pojezierze Łęczyńskie jest urzekające. Piękne lasy, czyste jeziora. Tam można wypocząć. Świadczą o tym liczne dacze i zaadoptowane na letniska drewniane domy. Wędkarze znaleźli tam raj, a i ja przy okazji również. Dzięki uprzejmości pasjonującego się backpackingiem wędkarza, zatrzymałem się na noc nad jednym z łowisk. Pięć gwiazdek w hotelu to dla mnie za mało. Zdecydowanie wybieram tysiące i kapiel w jeziorze.


Następnego ranka docieram do Sosnowicy. Przez nią prowadzi najdłuższy polski, bo 140km kanał Wieprz- Krzna. Sam kanał jest nieżeglowny, a w dodatku jak się szaczuje przynosi dla środowiska więcej szkód niż pożytków. Przy wjeździe do wsi widać z daleka wieżę Cerkwi Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Cerkiew niestety pozostaje od dłuższgo czasu w remoncie. Maleńka parafia została zlikwidowana w wyniku akcji Wisła. Do dziś nie powróciła do czasów świetności. Dla lubiących żywą kulturę prawosławia, warto polecić nieodległą Holę słynącą z lipcowego odpustu. 


Z Sosnowicy lokalnymi drogami (przez Górki) pedałuję do Zienek. Zupełnie niespodziewanie tam właśnie, miało miejsce najzabawniejsze spotkanie tego wyjazdu. Zatrzymawszy się pod bramą pegeeru zagadnąłęm wracającą ze sklepu kobietę, by opowiedziała mi co nieco o tym miejscu. Los sprawił, że Pani Ela (szybko się poznaliśmy), zupełnie jak ja uwielbia rozmawiać. Niewiele zwlekając zaprosiła mnie do siebie i poczęstowała wyśmienitym rosołem, ze świeżo robionymi, domowymi kluskami. Przy okazji poznałem kilka rewelacyjnych historii o życiu w PGRze. Gospodyni przez 30 lat pracowała jako dojarka, wychowując przy tym dziewięcioro swoich dzieci! Wstając o czwartej nad ranem kontrolowała ponad dwieście krów. Uśmiech nieschodzący z jej twarzy, smak rosołu oraz widok dziesiątków mielonych kotletów szykowanych przez nią z okazji rodzinnego zjazdu, najlepiej zapamiętałem z całej mojej trzydniowej wycieczki do serca Polesia.



Będąc w Poleskim Parku Narodowym trudno nie liznąć natury. Przez Wolę Wereszczyńską i Babsk kieruję się nad Jezioro Łukie. To największy zbiornik wodny w parku. Stanowi on ostoję dla wodnego ptactwa i wielu gatunków ryb. Dzięki punktom obserwacyjnym można podziwiać jego krajobraz. Największe wrażenia w parku robią jednak torfowiska. Ciekawym rozwiązaniem jest ścieżka wzdłuż brzegu Jeziora Łukie. Ułożona z desek, ponad kilometrowa kładka stanowi nie lada urozmaicenie dla rowerzystów i pieszych. Prowadzi nad mokradłami wijąc się między drzewami dostarczając pedałującym adrenaliny. 


Dla chetnych i mających więcej wolnego czasu polecam zostać w parku na dłużej. Bez problemu z jego otoczeniu znajdzie się miejsce gdzie rozbijemy namiot czy wynajmiemy pokój. Na terenie parku zwiedzam jeszcze Muzeum PPN z ciekawą ekspozycją zwierząt zamieszkujących las i kieruję się na Urszulin. Tam znajduje się siedziba władz parku. Następnie przez Garbatówkę i Bogdankę (kopalnia) docieram do Puchaczowa. Tuż pod nim, w Starej Wsi (wjeżdżając od strony Cycowa) znajduje się niezwykle ciekawe miejsce. Kanał Wieprz- Krzna krzyżuje się tu z rzeką Świnką. Różnica poziomów rzek wynoki około 2 metrów, a sam widok i pomysł inżynierów wydaje się imponujacy i spektakularny.
Dzień powoli dobiegał już końca, a ja musiałem wrócić do Lublina. Liczne i ciekawe spotkania, oraz atrakcyjne miejsca nieco wybiły mnie z rytmu pedałowania. Naciskając mocniej na pedały próbowałem nadrobić zaległości. Średnio mi to się udało, bowiem juz chwilę później ucinałem sobie w Łańcuchowie pogawędkę z właścicielką kapitalnego dworku zbudowanego w zakopiańskim stylu według projektu Stanisława Witkiewicza. Wspaniale wyremontowany stał się dla niej i jej męża oazą spokoju. Samo doświadczenie spacerowania po... pięciohektarowym parku otaczającym dom było niezwykle miłym doświadczeniem. 


Po całym dniu jazdy, zmęczony, ale naładowany pozytwną energią, kierując się przez Mełgiew i Świdnik dotarłem wieczorem do Lublina. Miasto jeszcze wrzało. Na Krakowskim Przedmieściu spacerowali zakochani, kibice gorąco dopingowali polskich piłkarzy (wypijajając przy okazji hektolitry piwa), a ja patrzyłem na to wszystko z boku, zastanawiając się kiedy znów będę mógł wrócić do mojej ukochanej natury...

W pigułce:
Trasa:

dzień 1: Dęblin > Puławy > Janowiec > Kazimierz Dolny > Wąwolnica ok.80km
dzień 2. Wąwolnica > Nałęczów > Lublin > Łęczna > Stary Orzechów ok 104km dzień 3. Stary Orzechów > Sosonowica > Zienki > Babsk > PPN > jezioro Łukie > Urszulin > Puchaczów > Łańcuchów > Mełgiew > Lublin ok. 102Km
Dla kogo: dla miłośników rzek, wody, ptaków i zabytków architektury murowanej.
Warto zobaczyć: Muzeum lotnictwa w Dęblinie, zespół pałacowo - parkowy w Puławach, Janowiec, Kazimierz Dolny, Nałęczów, lubelska starówka i zabytki Lublina, kanał Wieprz – Krzna, Poleski Park Narodowy.
Noclegi: namiot, 0 zł/noc
Porady: spokojna, łatwa trasa. Odcinek Dęblin > Kazimierz Dolny idealna do podróżowania z dziećmi. Mały ruch za wyjątkiem fragmentu odcinka Lublin - Łęczna. 

Andaluzja tonie w słońcu.



Wakacje. Kto z nas nie marzy o urlopie? Nie ma takich! Zdrowo myślący człowiek pracuje żeby żyć, ale nigdy odwrotnie. Jestem wiernym wyznawcą tejże zasady. Po roku zakasywania rękawów, odmawiania sobie dłuższych niż kilkudniowych wyjazdów, poświęcaniu się pracy, wynikom i karierze postanowiłem w marcu rzucić wszystko, spakować szpeje i kupić bilet na samolot.

Kierunek południowy zachód. Konkretnie Półwysep Iberyjski i Hiszpania. Dlaczego? To chyba oczywiste! Po ciemnej, chłodnej i nielubianej przeze mnie zimie, dobrze jest znaleźć się nagle w przyjemnym, zielonym i słonecznym miejscu. Po kilkugodzinnym locie, z przesiadką w Paryżu, na przełomie marca i kwietnia wylądowałem w Maladze. Skręcanie roweru zajęło mi nie więcej niż godzinę. Lądowalem nocą, więc do świtu pozostało jeszcze trochę czasu. Znalazłszy spokojne miejsce, skulony na karimacie zapadłem w płytką, bo płytką ale jednak drzemkę. Na południu Hiszpanii świtać zaczynało przed siódmą. Lotnisko nie było mi obce, toteż opuszczenie jego strefy nie było problematyczne. Dotarcie na rozciągającą się niedaleko plażę także. Jakże miłe jest uczucie, kiedy po zimowej aurze człowiek staje nagle w obliczu słońca, bezchmurnego nieba, szumu fal Morza Śródziemnego, delikatnego piasku i słonopachnęcej bryzy. Choć bary na plażach przez tygodnie pozostaną jeszcze zamknięte, choć leżaki służyć będą wybranym tylko turystom, choć nieliczni spacerowicze, biegacze i rowerzyści okazjonalnie będą nam się pokazywać na brzegowej linii, to jednak widok południowohiszpańskich plaż zawsze pozostanie dla mnie motywujący. Jakże doskonale można się tam poczuć! Świadomy wolnego czasu, wiedząc, że nikt przez kolejne tygodnie nie będzie mnie poganiał, że nic mnie nie zmusi do narzucania sobie nienormalnego tempa, wyciągnięty na leżaku zacząłem swoje wakacje od pożywnego śniadania.


Wylatując z Polski miałem konkretny plan. Moim celem było południkowe przecięcie Hiszpanii od morza do morza i dotarcie nad Atlantyk. 9/10 planu zrealizowałem sumiennie. Ostatnia część pozostała niestety na inny czas. Przez blisko cztery kolejne tygodnie przemierzyłem ponad 1700km hiszpańskich dróg, odwiedziłem kilkanaście wspaniałych miast, zwiedziłem masę zabytków, poznałem rzesze wspaniałych i uśmiechniętych ludzi, a przede wszystkim znów poczułem to co kocham najbardziej - wolność!



Królestwo Hiszpanii jest różnorodne niczym flora Amazonii. Dla wielu Polaków kraj ten to jednak jedynie wielka plaża, ubarwiona barami, winnicami i muzyką flamenco. Ale czy na pewno tak jest? Czy Hiszpania to jedynie Barcelona, Madryt, Costa del Sol i Ibiza?


Wino, muzyka i śpiew, czyli pętla z Malagi do Sevilli.

Dla wielu z nas Hiszpania zaczyna się i kończy na południu. Mówimy Hiszpania, myślimy Andaluzja. Przed oczami naszej wyobraźni pojawiają się piaszczyste plaże, zielone palmy, sady pomarańczowe i oliwne gaje przyprawione bezkresnym błękitem nieba i stukotem obcasów gorących, hiszpańskich kobiet tańczących flamenco. Sporo w tym racji, ale bez przesady.


Andaluzja jest bez wątpienia najbardziej popularnym kierunkiem podróży. Na 365 dni w roku, przypada 320 dni słonecznych. Rzadko kto ma tam problemy z depresją i brakiem witaminy D. Przekonali się już o tym Niemcy i Brytyjczycy, którzy masowo wykupują ziemię na Costa del Sol, urządzają apartamenty, otwieraja kolejne angielskie hipermarkety i antykwariaty z tzw. "zabytkowymi", a na prawdę holenderskimi meblami. Tłok na plażach, tłumy w restauracjach i ceny na poziomie Francuskiej Riviery sprawiają, że dla miłośników taniego podróżowania,

poludniowe wybrzeże raczej nieciekawie będzie się kojarzyć. Kiedy w interiorze za nocleg w casa rural (odpowiednik naszej agroturystyki) zapłacimy ok 10-15 Euro, to w tej cenie na Costa del Sol możemy położyć się we wlasnym namiocie na dwugwiazdkowym polu campingowym. Podobnie jest ze wszystkim. Ceny w restauracjach są mocno przesadzone i rzadko kiedy adekwatne do tego co serwuje kuchnia, a sklepy z pamiątkami wręcz kpią z turystów proponując horendalne sumy za pamiątki "made in china".
Mimo to jednego Andaluzji odmówić nie można. Uroku. Kiedy zaczniemy unikać turystycznych miejscowości i szerokim łukiem omijać knajpy z menu w języku angielskim zrozumiemy, że znaleźliśmy się w jednym z najciekawszych kulturalnie, społecznie i geograficznie regionów Hiszpanii. Dla tych, którzy tak ja ja lubią tego doświadczać szybko i bezboleśnie, proponuję jak najprędzej uciekać z nad morza w interior.


Początkowo mój plan dotarcia do Sevilli wyglądał następująco. W Maladze kieruję się na południe i na wysokości Estepony uciekam w góry. Gęsta jak smoła sieć autostrad i tras szybkiego ruchu z jednej strony ratuje rowerzystów odciążając ruch na lokanych drogach, z drugiej jednak niekiedy zupełnie pozbawia przyjemności czerpanej z jazdy. Dotarcie do Estepony wzdłuż morza, według moich przewidywań prócz tego, że okazało się trudne, to było również niebezpieczne. Ogromny ruch na "nacionalce", braki w infrastrukturze podmiejskiej ułatwiającej życie miłośnikom roweru sprawił, że już na starcie natychmiast zweryfikowałem (i bardzo słusznie) swój plan. Doprawdy nie wiem, jak moi znajomi potrafią podróżować wzdłuż hiszpańskich wybrzeży. Ja tego najwidoczniej jeszcze nie potrafię.


Palcem po mapie przetarłem sobie szlak. Wiódł przez góry, ale co z tego? Przecież ja uwielbiam się wspinać! Chyba nic nie sprawia mi w pedałowaniu takiej frajdy jak jazda na przełęcze. Kiedy widoki łagodzą zmęczenie, a zakręty zaczęcają do "ciśnięcia po pedałach" czuje się jak w bajce. Andaluzja szybko okazała się taką właśnie bajką. Przez niewielkie, spokojne i senne jak cały region miasteczka: Alhaurin el Grande, Coin oraz Yunquerę i wkroczyłem na teren Parku Naturalnego Sierra de las Nieves. W zasadzie droga już od wyjazdu z Malagi pnie się do góry, ale dopiero od Coin podjazdy zaczynają być zauważalne. Temperatura i słońce na kilkustopniowych podjazdach, nawet pod koniec marca sprawiają wrażenie, że kręcimy w środku polskiego lata. Błędem okaząło się nieużywanie kremu z filtrem. Kilka dni później wspominałem południe przekręcając się w nocy „na drugie ucho”. Serrania Penibetica z Pasmem Serrania de Ronda to raj dla lubiących podjazdy. Gładkie asfalty, kapitalne widoki, niezauważalny ruch. Wielokrotnie spotykałem rowerzystów, czy kolarzy trenujących na solidnych wzniesieniach. To ułatwia odpowiedź na pytanie skąd tylu świetnych Hiszpanów w rankingach najlepszych cyklistów...


Sierra de Ronda to również idealne miejsce na nocowanie pod namiotem. Żal nie rozbijać się na dziko, bowiem miejsca jakie mijamy przy szosie same do tego zachęcają. Wielokrotnie na południu natrafiałem na opuszczone domy, nieużytkowane oliwne gaje i „tereny niczyje”, na których bez problemu możemy założyć kulturalny biwak. Moją druga noc w Andaluzji spędziłem na 820 metrach n.p.m. w takim wlaśnie gaju, obok wystawionej na sprzedaż finci. Puerto de las Abejas okazało się strzałem w dziesiątkę. Widok na tonącą w porannym słońcu, malowniczo położoną Alozainę okazał się miłym początkiem trudnego dnia. Trudnego, bowiem z perspektywą pokonania kolejnej, nieco wyższej, bo położonej na 1190m przełęczy Puerto del Viento. Nie musiałem pędzić. Umilałem sobie czas jak mogłem. Ceremonia picia porannej kawy każdego kolejnego dnia była niemalże obowiązkowa. W Hiszpanii każdy chyba, nawet najmniejszy bar posiada na wyposażeniu ciśnieniowy ekspres, a kawa którą zamówimy w lokalnych knajpkach smakuje jak dla mnie po stokroć lepiej niż ta na warszawskim Nowym Świecie...



Warto też będąc w Hiszpanii próbować tamtejszych śniadań. Proste kanapki z jamon iberico, czy chorizo potrafią zadowolić nawet wytrawnych smakoszy. W El Burgo, miasteczku w ktorym niewiele się dzieje, a każdy turysta jest już wydarzeniem, leniwie spędziłem poranek. Starsi panowie grający w karty, patancę czy szachy grupowali się na ławeczkach wyglądając na ulicach atrakcji i znajomych twarzy. Kiedy im się znudziło siedzenie, spacerowali do baru, wypijali kieliszek sherry i znów szukali swojego miejsca...


Przełęcz Wiatru daje się odczuć tuz po wyjeździe z El Burgo. Momentami „jedynie pod górkę”, momentami stromo, ale ciągle w górę. Serpentyny wiją się jak piskorze wzdłuż skalistych zboczy porośniętych imponujacej wysokości świerkami niejednokrotnie odsłaniając za kolejnymi zakrętami genialne górskie widoki. Warto wyszukać na mapie punkty obserwacyjne. Doskonale przygotowane dla turystów pozwalają cieszyć się pejzażem w bezpieczny sposób. Często bowiem najpiękniejsze miejsca graniczą z urwiskami. Próba uchwycenia magii gór na zdjęciach, w takich miejscach może nas drogo kosztować. Po niemal trzygodzinnym podjeździe docieram na przełęcz. Pierwsze na co zwraca się tam uwagę to... kobiecy śpiew. Ale skąd on dochodzi? Z początku pomyśłałem, że to po prostu muzyka płynąca z zaparkowanego auta, ale zagadkę rozwiązałem dopiero po kilku minutach uważnego słuchania. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że dyrygentem chórów był właśnie wiatr! Szczeliny i jaskinie jakie natura stworzyła w okolicznych skałach sprawiają wrażenie, że w porywach wiatru góry mruczą swoje, sobie tylko znane pieśni. Genialne doświadczenie!



Z Puerto del Viento zjechać jest zdecydowanie łatwiej. Po kilkunastu minutach docieam do Rondy. Słynne w świecie ze swojego położenia miasto przeżywało właśnie najazd turystów. Mój pobyt na południu zaplanowałem na okres świąt wielkanocnych. Masa turystów, gości i przyjaciół odwiedziła miasto, więc w najbardziej popularnych miejscach trudno było zaznać spokoju. Koreańczycy, Amerykanie, wszechobecni na południu Niemcy i Brytyjczycy kręcili się po ulicach, placach, mostach i kawiarniach. Ronda jest godna polecenia. Dla chcących tam przenocować polecam miejscowe apartamenty. Niedrogo, w przyjemnych warunkach spędzić można noc w XIX wiecznych i starszych kamienicach, wybielonych wapnem i udekorowanych pachnącymi kwiatami. Mając do dyspozycji dzień, na pewno nie będziemy narzekać na brak atrakcji. Kiedy sam widok z tarasu zaprze nam dech w piersiach, sporo minie czasu zanim dojdziemy do siebie. Podobnie będzie też pod słynnym, kamiennym, wysokim na kilkadziesiąt metrów Puente Nuevo (Nowym Mostem), łączącym dwie części miasta. To on, obok urwiska jest jego największą atrakcją. W mieście zobaczyć też można pozostałości kultury rzymskiej (akwedukt), oraz tradycyjny na południu Plaza de Toros.


Dzień chylił się już ku końcowi gdy zdecydowałem się jechać dalej. Pozostanie na noc w lokalnym hostelu okazało się niemożliwe. Może to i dobrze, bo dzięki temu namiot mój stanął po raz wtóry w pobliżu kolejnej napotkanej przełęczy - Puerto de Montejaque. Z Rondy bowiem, drogą 376 skierowałem się w stronę stolicy regionu- Sevilli. Noc spędziłem w starym sadzie w towarzystwie liczącego blisko 30 sztuk stada saren! Okazało się, że mają tam swoje stałe, nocne żerowisko! Podróżowanie z własnym namiotem ma swoje ogromne plusy. Wolność jaką daje nam namiot, cisza nocy i spokój poranka oraz bliskość natury sprawiają, że trudno zasnąć potem w obleganych schroniskach czy hostelach.



A kolejna noc miała wypaść właśnie w hostelu. Po trzech dniach pedałowania dotarłem bowem do jednego z najbardziej urokliwych i przez to bardzo popularnych miast Hiszpanii - do Sevilli. Wjazd do miasta nie należy do najprzyjemniejszych. Z Utrery do centrum pedałuje się wzdłuż autostrady. Via del servicio przez ponad 30km ułatwia podróżowanie, ale mimo wszystko niewiele czerpie się z tego przyjemności. W samej Sevilli najłatwiej poruszać się ścieżkami dla cyklistów. Są one dobrze utrzymane, a oznakowanie miasta jest wzorowe.


Słynąca z górującej nad miastem Giraldy, stylu mudejar, pałacu królewskiego Reales Alcazares i żydowskiej dzielnicy Barrio de Santa Cruz, Sevilla urzeka turystów. Trzecia co do wielkości katedra świata, będąca mieszanką stylów późnego gotyku i renesansu jest imponująca. Katedra prócz swojej oryginalnej historii słynie również z niebanalnego ołtarza przystrojonego ponad dwiema tonami złota i grobem Krzysztofa Kolumba, którego ciało według Hiszpanów spoczywa w jej murach. Sevilla to także Guadalquivir, botellony (niesformalizowany zwyczaj piknikowania młodych ludzi nad rzeką) oraz kilka innych mniej lub bardziej znanych atrakcji. Liczne tapas-bary, piwiarnie i drobne restauracyjki zachęcają zapachami do próbowania ich specjałów. Kuchni Andaluzji bogatej w owoce morza, ryż i różne rodzaje cudownie doprawionych mięs trudno się oprzeć. Do Sevilli trafiłem drugi raz. 


Drugi raz też miałem okazję uczestniczyć w wielkanocnych procesjach. Legendarne obchody Semana Santa ściągaja do miasta setki tysięcy gości. Kilometrowe procesje przemierzające miasto, muzyka dętych orkiestr, zapach kadzideł. To wszystko w połączeniu z ogromnym tłumem sprawia, że zaczynamy czuć się jak w mrowisku. Bractwa kapturowe, krzyżowcy, platformy z postaciami mieszają się z zapachem wina, paelli i churros maczanych w gorącej czekoladzie. Uczestniczenie w podobnym widowisku nie pozostawia nas obojętnym w stosunku do starochrześcijańskiej kultury Półwyspu Iberyjskiego. Moim domem w Sevilli był hostel na Trianie. Sieć Backpackers jest przyjazna dla rowerzystów. Nie ma problemu z garażowaniem sprzętu, a nawet wykorzystaniem zgromadzonych tam narzedzi. Oblężenie miasta sprawiło, że dostałem ostatnie wolne łóżko. Na tarasie! Przyjemna, ciepla noc i miłe towarzystwo. Czego chcieć więcej?


Po dwóch dniach znów założyłem sakwy na bagażnik i ruszyłem na północ. Ponownie odwiedzić Sevillę miałem dopiero kilka tygodni później, by inną drogą wrócić stamtąd do Malagi, miasta początku i końca mojej podróży.

1500km w nogach, czyli jak dobrze znów przywitać lato.

Czasem jest tak, że raz to za mało. Mnie mało i dwa razy. Zmoknięty, wychłodzony, solidnie przewiany zimnym wiatrem północy, z ulgą wysiadłem z autobusu. 14 godzin jazdy z północy na południe to jak dla mnie dużo za dużo. Sprawdziłem czy nogi są całe. Mimo ekwilibrystyki dokonywanej na siedzeniu przetrwałem podróż. Autobusy są wygodne, ale po siódmej godzinie zacząłem zastanawiać się za jakie grzechy siedzę w tym metalowym pudełku. Niestety wygrała ekonomia.

Różnica temperatur między Santiago a Sevillą pod koniec kwietnia nie była duża i wynosiła... 21 stopni. Słońce w Sevilli zupełnie mi nie przeszkadzało. Wyjeżdżając z dworca poczułem się jak w domu. W autobusie, w wyniku nocnej przesiadki straciłem swoje mapy. Strata może niewielka, ale jednak mapa dla rowerzysty jest rzeczą cenną.


Ruszyłem więc zaraz w poszukiwaniu zastępstwa. W kilku księgarniach zauważyłem braki. To ważna informacja, bowiem ci, którzy zechcą kręcić przez Andaluzję powinni zabezpieczyć się w tej kwestii. W Polsce mamy jednak sporo dobrych sklepów z mapami a ich wybór jest bardzo atrakcyjny. Zakupiwszy mapę raz jeszcze odwiedziłem wnętrze katedry. Słońce malowało witraże. Miasto nie kipiało już przyjezdnymi jak przed miesiącem. Spokojnie spacerowałem budzącymi się uliczkami, ciesząc się grą świateł i zapachem porannego espresso. Przemknąwszy przez place i przepiękny Park Marii Luizy, najprostszą drogą opuściłem miasto kierując się trasą N-IV na Kadyks.
Kilka godzin solidnego pedałowania sprawiło, że wczesnym popołudniem znalazłem się na „Szlaku białych miasteczek” (słynne „pueblos blancos”). 


Charakterystyczna, południowo hiszpańska architektura, niewysokich, bo maksymalnie dwupiętrowych domów, pokrytych często czerwono ceglaną dachówką naprawdę urzeka. Spacery wąskimi, krętymi uliczkami sprawiają mnóstwo radości choć dla sakwiarzy mogę być nie lada utrudnieniem. Położone nierzadko na wzgórzach miasteczka cechują różnice wysokości, a co za tym idzie pełno tam schodków, kilkunastostopniowych podjazdów, balkonów i pieszych tylko skrótów.


Fotogeniczne dzielnice chroniące doskonale przed lejącym się z nieba żarem bardziej niż do drogi motywują do błogiego nicnierobienia. Przez Villamartin i Prado del Rey dotarłem w okolice El Bosque. Żal mi było nocować na polu namiotowym. Choć to najciekawsze, które mijałem po drodze wyposażone było w odkryty basen, to jednak doświadczony niezwykłymi możliwościami pędziłem przed siebie. Nigdy nie wiadomo co nas spotka za zakrętem, ale zawsze dla bezpieczeństwa i spokoju sumienia pokonuję jeszcze ten najbliższy w nadziei, że znajdę tam coś wyjątkowego. 


Dwie ostatnie noce w górach, znów udało mi się spędzić w niezwykłych okolicznościach. Soczysta trawa i zapierające dech widoki sprawiały, że rano człowiekowi łatwiej wstać, a „wczorajsza” bułka smakuje niczym najlepszy rarytas. Ale Serrania de Ronda to nie tylko pejzaże. Dla miłośników ptaków stworzono tam liczne oazy. W pobliżu jezior czy nad rzekami, skupiają one migrujące i stale zamieszkujące Andaluzję gatunki Na południu półwyspu, ptasie rezerwaty zwiedzać można tuż nad Morzem Śródziemnym. Miłośnikom motoryzacji natomiast polecam śledzenie w internecie kalendarium rajdów samochodowych. W Ubrique trafiłem na rajd weteranow. Legendarne pojazdy najlepszych marek stanęły na starcie corocznego wyścigu. Nie mogłem odmówić sobie przechadzki po pitstopie. Ryk silników ogromnych maszyn wprawdzie płoszy ptaki, ale mnie osobiście zdecydowanie bardziej podnosi adrenalinę. Ubrique słynie w Hiszpanii także z manufaktury. Mieszczą się tam liczne zakłady garbarskie. W ekskluzywnych, przyfabrycznych sklepikach kupić można wyśmienite buty, paski, portfele i eleganckie torby. Warto też zaczerpnąć siły w lokalnych knajpkach, bowiem kierując się w stronę Gaucin musimy być przygotowani na nie lada podjazdy. Wprawdzie widoki łagodzą zmęczenie, ale swoje każdy musi tam wykręcić.



Ostatni dzień „górskiej premii” przypadł natomiast na szalone zjazdy. Do linii brzegowej pozostało kilkadziesiąt kilometrów. Przez niewielkie, sympatyczne Gaucin oraz spektakularnie położone Casares dotarłem do Manilvy. Po blisko miesiącu, odkąd zaczynałem swą podróż, znów zamoczyłem stopy w słonej, morskiej wodzie. Na plażach osławionej Costa del Sol panował już ruch niczym na zakopiańskich Krupówkach. Cała Europa leżała w kąpielówkach do góry brzuchem „robiąc się” na brąz. Tłoczne, dokładnie zagospodarowane nadmorskie tereny stanowią dla jednych miejsce biznesu, dla innych corocznego wypoczynku. Mnie nie urzekły niczym szczególnym. Biorąc pod uwagę genialne, spokojne i puste plaże rozciągające się wzdłuż wgryzających się w Morze Kantabryjskie klifów oddalonej o blisko 1000km Asturii i Kantabrii, raczej słabo wypadają w rankingu hiszpańskich atrakcji.


Im dalej na wschód, tym tłok robi się mniejszy. Malaga sprawia wrażenie bardziej hiszpańskiej, aniżeli Marbella czy Fuengirola. Mniej w niej cudzoziemców, liczniejsze atrakcje dla lubiących historię i marynistyczne klimaty. Spory port z nowoczesną architekturą, katedra, wzgórze zamkowe, czy odbywający się pod koniec kwietnia festiwal filmowy zachęca do poznania tego pełnego możliwości miasta. Kiedy mijając hotel Malaga Palacio zobaczyłem rozciągnięty czerwony dywan i tłum fanek oczekujących Javiera Bardem i Penelopy Cruz zrozumiałem, że Andaluzja w przeciągu kilkunastu lat stanowczo zmieniła swoje oblicze. Przeskok jest ogromny. Niegdyś zacofany i analfabetyczny region, staje się dziś centrum kultury i sztuki. Miło, bo dzięki temu południe jest naprawdę interesujące. 

wtorek, 8 maja 2012

LEKTURA OBOWIĄZKOWA

W najnowszym, majowym magazynie

znaleźć można mój tekst o czterodniówce w Bieszczadach. Jeśli ktoś miałby ochotę popedałować przez Połoniny, może sobie zawczasu, jeszcze w ciepłych kapciach i przy szkalnce mleka poczytać o moich tamtejszych trasach. Może komuś wpadnie dzięki temu jakiś nowy pomysł. Bieszczady bowiem, to jakby nie mówić, nadal miejsce magiczne, gdzie nie tylko genialną, nieskażoną przyrodę ale i wyjątkowych ludzi spotkać można dosłownie za zakrętem... Jak dla mnie, jest to wystarczający powód by na południe wracać jeszcze nie jeden raz.
Zapraszam do lektury.