wtorek, 23 października 2012


Andaluzja tonie w słońcu.



Wakacje. Kto z nas nie marzy o urlopie? Nie ma takich! Zdrowo myślący człowiek pracuje żeby żyć, ale nigdy odwrotnie. Jestem wiernym wyznawcą tejże zasady. Po roku zakasywania rękawów, odmawiania sobie dłuższych niż kilkudniowych wyjazdów, poświęcaniu się pracy, wynikom i karierze postanowiłem w marcu rzucić wszystko, spakować szpeje i kupić bilet na samolot.

Kierunek południowy zachód. Konkretnie Półwysep Iberyjski i Hiszpania. Dlaczego? To chyba oczywiste! Po ciemnej, chłodnej i nielubianej przeze mnie zimie, dobrze jest znaleźć się nagle w przyjemnym, zielonym i słonecznym miejscu. Po kilkugodzinnym locie, z przesiadką w Paryżu, na przełomie marca i kwietnia wylądowałem w Maladze. Skręcanie roweru zajęło mi nie więcej niż godzinę. Lądowalem nocą, więc do świtu pozostało jeszcze trochę czasu. Znalazłszy spokojne miejsce, skulony na karimacie zapadłem w płytką, bo płytką ale jednak drzemkę. Na południu Hiszpanii świtać zaczynało przed siódmą. Lotnisko nie było mi obce, toteż opuszczenie jego strefy nie było problematyczne. Dotarcie na rozciągającą się niedaleko plażę także. Jakże miłe jest uczucie, kiedy po zimowej aurze człowiek staje nagle w obliczu słońca, bezchmurnego nieba, szumu fal Morza Śródziemnego, delikatnego piasku i słonopachnęcej bryzy. Choć bary na plażach przez tygodnie pozostaną jeszcze zamknięte, choć leżaki służyć będą wybranym tylko turystom, choć nieliczni spacerowicze, biegacze i rowerzyści okazjonalnie będą nam się pokazywać na brzegowej linii, to jednak widok południowohiszpańskich plaż zawsze pozostanie dla mnie motywujący. Jakże doskonale można się tam poczuć! Świadomy wolnego czasu, wiedząc, że nikt przez kolejne tygodnie nie będzie mnie poganiał, że nic mnie nie zmusi do narzucania sobie nienormalnego tempa, wyciągnięty na leżaku zacząłem swoje wakacje od pożywnego śniadania.


Wylatując z Polski miałem konkretny plan. Moim celem było południkowe przecięcie Hiszpanii od morza do morza i dotarcie nad Atlantyk. 9/10 planu zrealizowałem sumiennie. Ostatnia część pozostała niestety na inny czas. Przez blisko cztery kolejne tygodnie przemierzyłem ponad 1700km hiszpańskich dróg, odwiedziłem kilkanaście wspaniałych miast, zwiedziłem masę zabytków, poznałem rzesze wspaniałych i uśmiechniętych ludzi, a przede wszystkim znów poczułem to co kocham najbardziej - wolność!



Królestwo Hiszpanii jest różnorodne niczym flora Amazonii. Dla wielu Polaków kraj ten to jednak jedynie wielka plaża, ubarwiona barami, winnicami i muzyką flamenco. Ale czy na pewno tak jest? Czy Hiszpania to jedynie Barcelona, Madryt, Costa del Sol i Ibiza?


Wino, muzyka i śpiew, czyli pętla z Malagi do Sevilli.

Dla wielu z nas Hiszpania zaczyna się i kończy na południu. Mówimy Hiszpania, myślimy Andaluzja. Przed oczami naszej wyobraźni pojawiają się piaszczyste plaże, zielone palmy, sady pomarańczowe i oliwne gaje przyprawione bezkresnym błękitem nieba i stukotem obcasów gorących, hiszpańskich kobiet tańczących flamenco. Sporo w tym racji, ale bez przesady.


Andaluzja jest bez wątpienia najbardziej popularnym kierunkiem podróży. Na 365 dni w roku, przypada 320 dni słonecznych. Rzadko kto ma tam problemy z depresją i brakiem witaminy D. Przekonali się już o tym Niemcy i Brytyjczycy, którzy masowo wykupują ziemię na Costa del Sol, urządzają apartamenty, otwieraja kolejne angielskie hipermarkety i antykwariaty z tzw. "zabytkowymi", a na prawdę holenderskimi meblami. Tłok na plażach, tłumy w restauracjach i ceny na poziomie Francuskiej Riviery sprawiają, że dla miłośników taniego podróżowania,

poludniowe wybrzeże raczej nieciekawie będzie się kojarzyć. Kiedy w interiorze za nocleg w casa rural (odpowiednik naszej agroturystyki) zapłacimy ok 10-15 Euro, to w tej cenie na Costa del Sol możemy położyć się we wlasnym namiocie na dwugwiazdkowym polu campingowym. Podobnie jest ze wszystkim. Ceny w restauracjach są mocno przesadzone i rzadko kiedy adekwatne do tego co serwuje kuchnia, a sklepy z pamiątkami wręcz kpią z turystów proponując horendalne sumy za pamiątki "made in china".
Mimo to jednego Andaluzji odmówić nie można. Uroku. Kiedy zaczniemy unikać turystycznych miejscowości i szerokim łukiem omijać knajpy z menu w języku angielskim zrozumiemy, że znaleźliśmy się w jednym z najciekawszych kulturalnie, społecznie i geograficznie regionów Hiszpanii. Dla tych, którzy tak ja ja lubią tego doświadczać szybko i bezboleśnie, proponuję jak najprędzej uciekać z nad morza w interior.


Początkowo mój plan dotarcia do Sevilli wyglądał następująco. W Maladze kieruję się na południe i na wysokości Estepony uciekam w góry. Gęsta jak smoła sieć autostrad i tras szybkiego ruchu z jednej strony ratuje rowerzystów odciążając ruch na lokanych drogach, z drugiej jednak niekiedy zupełnie pozbawia przyjemności czerpanej z jazdy. Dotarcie do Estepony wzdłuż morza, według moich przewidywań prócz tego, że okazało się trudne, to było również niebezpieczne. Ogromny ruch na "nacionalce", braki w infrastrukturze podmiejskiej ułatwiającej życie miłośnikom roweru sprawił, że już na starcie natychmiast zweryfikowałem (i bardzo słusznie) swój plan. Doprawdy nie wiem, jak moi znajomi potrafią podróżować wzdłuż hiszpańskich wybrzeży. Ja tego najwidoczniej jeszcze nie potrafię.


Palcem po mapie przetarłem sobie szlak. Wiódł przez góry, ale co z tego? Przecież ja uwielbiam się wspinać! Chyba nic nie sprawia mi w pedałowaniu takiej frajdy jak jazda na przełęcze. Kiedy widoki łagodzą zmęczenie, a zakręty zaczęcają do "ciśnięcia po pedałach" czuje się jak w bajce. Andaluzja szybko okazała się taką właśnie bajką. Przez niewielkie, spokojne i senne jak cały region miasteczka: Alhaurin el Grande, Coin oraz Yunquerę i wkroczyłem na teren Parku Naturalnego Sierra de las Nieves. W zasadzie droga już od wyjazdu z Malagi pnie się do góry, ale dopiero od Coin podjazdy zaczynają być zauważalne. Temperatura i słońce na kilkustopniowych podjazdach, nawet pod koniec marca sprawiają wrażenie, że kręcimy w środku polskiego lata. Błędem okaząło się nieużywanie kremu z filtrem. Kilka dni później wspominałem południe przekręcając się w nocy „na drugie ucho”. Serrania Penibetica z Pasmem Serrania de Ronda to raj dla lubiących podjazdy. Gładkie asfalty, kapitalne widoki, niezauważalny ruch. Wielokrotnie spotykałem rowerzystów, czy kolarzy trenujących na solidnych wzniesieniach. To ułatwia odpowiedź na pytanie skąd tylu świetnych Hiszpanów w rankingach najlepszych cyklistów...


Sierra de Ronda to również idealne miejsce na nocowanie pod namiotem. Żal nie rozbijać się na dziko, bowiem miejsca jakie mijamy przy szosie same do tego zachęcają. Wielokrotnie na południu natrafiałem na opuszczone domy, nieużytkowane oliwne gaje i „tereny niczyje”, na których bez problemu możemy założyć kulturalny biwak. Moją druga noc w Andaluzji spędziłem na 820 metrach n.p.m. w takim wlaśnie gaju, obok wystawionej na sprzedaż finci. Puerto de las Abejas okazało się strzałem w dziesiątkę. Widok na tonącą w porannym słońcu, malowniczo położoną Alozainę okazał się miłym początkiem trudnego dnia. Trudnego, bowiem z perspektywą pokonania kolejnej, nieco wyższej, bo położonej na 1190m przełęczy Puerto del Viento. Nie musiałem pędzić. Umilałem sobie czas jak mogłem. Ceremonia picia porannej kawy każdego kolejnego dnia była niemalże obowiązkowa. W Hiszpanii każdy chyba, nawet najmniejszy bar posiada na wyposażeniu ciśnieniowy ekspres, a kawa którą zamówimy w lokalnych knajpkach smakuje jak dla mnie po stokroć lepiej niż ta na warszawskim Nowym Świecie...



Warto też będąc w Hiszpanii próbować tamtejszych śniadań. Proste kanapki z jamon iberico, czy chorizo potrafią zadowolić nawet wytrawnych smakoszy. W El Burgo, miasteczku w ktorym niewiele się dzieje, a każdy turysta jest już wydarzeniem, leniwie spędziłem poranek. Starsi panowie grający w karty, patancę czy szachy grupowali się na ławeczkach wyglądając na ulicach atrakcji i znajomych twarzy. Kiedy im się znudziło siedzenie, spacerowali do baru, wypijali kieliszek sherry i znów szukali swojego miejsca...


Przełęcz Wiatru daje się odczuć tuz po wyjeździe z El Burgo. Momentami „jedynie pod górkę”, momentami stromo, ale ciągle w górę. Serpentyny wiją się jak piskorze wzdłuż skalistych zboczy porośniętych imponujacej wysokości świerkami niejednokrotnie odsłaniając za kolejnymi zakrętami genialne górskie widoki. Warto wyszukać na mapie punkty obserwacyjne. Doskonale przygotowane dla turystów pozwalają cieszyć się pejzażem w bezpieczny sposób. Często bowiem najpiękniejsze miejsca graniczą z urwiskami. Próba uchwycenia magii gór na zdjęciach, w takich miejscach może nas drogo kosztować. Po niemal trzygodzinnym podjeździe docieram na przełęcz. Pierwsze na co zwraca się tam uwagę to... kobiecy śpiew. Ale skąd on dochodzi? Z początku pomyśłałem, że to po prostu muzyka płynąca z zaparkowanego auta, ale zagadkę rozwiązałem dopiero po kilku minutach uważnego słuchania. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że dyrygentem chórów był właśnie wiatr! Szczeliny i jaskinie jakie natura stworzyła w okolicznych skałach sprawiają wrażenie, że w porywach wiatru góry mruczą swoje, sobie tylko znane pieśni. Genialne doświadczenie!



Z Puerto del Viento zjechać jest zdecydowanie łatwiej. Po kilkunastu minutach docieam do Rondy. Słynne w świecie ze swojego położenia miasto przeżywało właśnie najazd turystów. Mój pobyt na południu zaplanowałem na okres świąt wielkanocnych. Masa turystów, gości i przyjaciół odwiedziła miasto, więc w najbardziej popularnych miejscach trudno było zaznać spokoju. Koreańczycy, Amerykanie, wszechobecni na południu Niemcy i Brytyjczycy kręcili się po ulicach, placach, mostach i kawiarniach. Ronda jest godna polecenia. Dla chcących tam przenocować polecam miejscowe apartamenty. Niedrogo, w przyjemnych warunkach spędzić można noc w XIX wiecznych i starszych kamienicach, wybielonych wapnem i udekorowanych pachnącymi kwiatami. Mając do dyspozycji dzień, na pewno nie będziemy narzekać na brak atrakcji. Kiedy sam widok z tarasu zaprze nam dech w piersiach, sporo minie czasu zanim dojdziemy do siebie. Podobnie będzie też pod słynnym, kamiennym, wysokim na kilkadziesiąt metrów Puente Nuevo (Nowym Mostem), łączącym dwie części miasta. To on, obok urwiska jest jego największą atrakcją. W mieście zobaczyć też można pozostałości kultury rzymskiej (akwedukt), oraz tradycyjny na południu Plaza de Toros.


Dzień chylił się już ku końcowi gdy zdecydowałem się jechać dalej. Pozostanie na noc w lokalnym hostelu okazało się niemożliwe. Może to i dobrze, bo dzięki temu namiot mój stanął po raz wtóry w pobliżu kolejnej napotkanej przełęczy - Puerto de Montejaque. Z Rondy bowiem, drogą 376 skierowałem się w stronę stolicy regionu- Sevilli. Noc spędziłem w starym sadzie w towarzystwie liczącego blisko 30 sztuk stada saren! Okazało się, że mają tam swoje stałe, nocne żerowisko! Podróżowanie z własnym namiotem ma swoje ogromne plusy. Wolność jaką daje nam namiot, cisza nocy i spokój poranka oraz bliskość natury sprawiają, że trudno zasnąć potem w obleganych schroniskach czy hostelach.



A kolejna noc miała wypaść właśnie w hostelu. Po trzech dniach pedałowania dotarłem bowem do jednego z najbardziej urokliwych i przez to bardzo popularnych miast Hiszpanii - do Sevilli. Wjazd do miasta nie należy do najprzyjemniejszych. Z Utrery do centrum pedałuje się wzdłuż autostrady. Via del servicio przez ponad 30km ułatwia podróżowanie, ale mimo wszystko niewiele czerpie się z tego przyjemności. W samej Sevilli najłatwiej poruszać się ścieżkami dla cyklistów. Są one dobrze utrzymane, a oznakowanie miasta jest wzorowe.


Słynąca z górującej nad miastem Giraldy, stylu mudejar, pałacu królewskiego Reales Alcazares i żydowskiej dzielnicy Barrio de Santa Cruz, Sevilla urzeka turystów. Trzecia co do wielkości katedra świata, będąca mieszanką stylów późnego gotyku i renesansu jest imponująca. Katedra prócz swojej oryginalnej historii słynie również z niebanalnego ołtarza przystrojonego ponad dwiema tonami złota i grobem Krzysztofa Kolumba, którego ciało według Hiszpanów spoczywa w jej murach. Sevilla to także Guadalquivir, botellony (niesformalizowany zwyczaj piknikowania młodych ludzi nad rzeką) oraz kilka innych mniej lub bardziej znanych atrakcji. Liczne tapas-bary, piwiarnie i drobne restauracyjki zachęcają zapachami do próbowania ich specjałów. Kuchni Andaluzji bogatej w owoce morza, ryż i różne rodzaje cudownie doprawionych mięs trudno się oprzeć. Do Sevilli trafiłem drugi raz. 


Drugi raz też miałem okazję uczestniczyć w wielkanocnych procesjach. Legendarne obchody Semana Santa ściągaja do miasta setki tysięcy gości. Kilometrowe procesje przemierzające miasto, muzyka dętych orkiestr, zapach kadzideł. To wszystko w połączeniu z ogromnym tłumem sprawia, że zaczynamy czuć się jak w mrowisku. Bractwa kapturowe, krzyżowcy, platformy z postaciami mieszają się z zapachem wina, paelli i churros maczanych w gorącej czekoladzie. Uczestniczenie w podobnym widowisku nie pozostawia nas obojętnym w stosunku do starochrześcijańskiej kultury Półwyspu Iberyjskiego. Moim domem w Sevilli był hostel na Trianie. Sieć Backpackers jest przyjazna dla rowerzystów. Nie ma problemu z garażowaniem sprzętu, a nawet wykorzystaniem zgromadzonych tam narzedzi. Oblężenie miasta sprawiło, że dostałem ostatnie wolne łóżko. Na tarasie! Przyjemna, ciepla noc i miłe towarzystwo. Czego chcieć więcej?


Po dwóch dniach znów założyłem sakwy na bagażnik i ruszyłem na północ. Ponownie odwiedzić Sevillę miałem dopiero kilka tygodni później, by inną drogą wrócić stamtąd do Malagi, miasta początku i końca mojej podróży.

1500km w nogach, czyli jak dobrze znów przywitać lato.

Czasem jest tak, że raz to za mało. Mnie mało i dwa razy. Zmoknięty, wychłodzony, solidnie przewiany zimnym wiatrem północy, z ulgą wysiadłem z autobusu. 14 godzin jazdy z północy na południe to jak dla mnie dużo za dużo. Sprawdziłem czy nogi są całe. Mimo ekwilibrystyki dokonywanej na siedzeniu przetrwałem podróż. Autobusy są wygodne, ale po siódmej godzinie zacząłem zastanawiać się za jakie grzechy siedzę w tym metalowym pudełku. Niestety wygrała ekonomia.

Różnica temperatur między Santiago a Sevillą pod koniec kwietnia nie była duża i wynosiła... 21 stopni. Słońce w Sevilli zupełnie mi nie przeszkadzało. Wyjeżdżając z dworca poczułem się jak w domu. W autobusie, w wyniku nocnej przesiadki straciłem swoje mapy. Strata może niewielka, ale jednak mapa dla rowerzysty jest rzeczą cenną.


Ruszyłem więc zaraz w poszukiwaniu zastępstwa. W kilku księgarniach zauważyłem braki. To ważna informacja, bowiem ci, którzy zechcą kręcić przez Andaluzję powinni zabezpieczyć się w tej kwestii. W Polsce mamy jednak sporo dobrych sklepów z mapami a ich wybór jest bardzo atrakcyjny. Zakupiwszy mapę raz jeszcze odwiedziłem wnętrze katedry. Słońce malowało witraże. Miasto nie kipiało już przyjezdnymi jak przed miesiącem. Spokojnie spacerowałem budzącymi się uliczkami, ciesząc się grą świateł i zapachem porannego espresso. Przemknąwszy przez place i przepiękny Park Marii Luizy, najprostszą drogą opuściłem miasto kierując się trasą N-IV na Kadyks.
Kilka godzin solidnego pedałowania sprawiło, że wczesnym popołudniem znalazłem się na „Szlaku białych miasteczek” (słynne „pueblos blancos”). 


Charakterystyczna, południowo hiszpańska architektura, niewysokich, bo maksymalnie dwupiętrowych domów, pokrytych często czerwono ceglaną dachówką naprawdę urzeka. Spacery wąskimi, krętymi uliczkami sprawiają mnóstwo radości choć dla sakwiarzy mogę być nie lada utrudnieniem. Położone nierzadko na wzgórzach miasteczka cechują różnice wysokości, a co za tym idzie pełno tam schodków, kilkunastostopniowych podjazdów, balkonów i pieszych tylko skrótów.


Fotogeniczne dzielnice chroniące doskonale przed lejącym się z nieba żarem bardziej niż do drogi motywują do błogiego nicnierobienia. Przez Villamartin i Prado del Rey dotarłem w okolice El Bosque. Żal mi było nocować na polu namiotowym. Choć to najciekawsze, które mijałem po drodze wyposażone było w odkryty basen, to jednak doświadczony niezwykłymi możliwościami pędziłem przed siebie. Nigdy nie wiadomo co nas spotka za zakrętem, ale zawsze dla bezpieczeństwa i spokoju sumienia pokonuję jeszcze ten najbliższy w nadziei, że znajdę tam coś wyjątkowego. 


Dwie ostatnie noce w górach, znów udało mi się spędzić w niezwykłych okolicznościach. Soczysta trawa i zapierające dech widoki sprawiały, że rano człowiekowi łatwiej wstać, a „wczorajsza” bułka smakuje niczym najlepszy rarytas. Ale Serrania de Ronda to nie tylko pejzaże. Dla miłośników ptaków stworzono tam liczne oazy. W pobliżu jezior czy nad rzekami, skupiają one migrujące i stale zamieszkujące Andaluzję gatunki Na południu półwyspu, ptasie rezerwaty zwiedzać można tuż nad Morzem Śródziemnym. Miłośnikom motoryzacji natomiast polecam śledzenie w internecie kalendarium rajdów samochodowych. W Ubrique trafiłem na rajd weteranow. Legendarne pojazdy najlepszych marek stanęły na starcie corocznego wyścigu. Nie mogłem odmówić sobie przechadzki po pitstopie. Ryk silników ogromnych maszyn wprawdzie płoszy ptaki, ale mnie osobiście zdecydowanie bardziej podnosi adrenalinę. Ubrique słynie w Hiszpanii także z manufaktury. Mieszczą się tam liczne zakłady garbarskie. W ekskluzywnych, przyfabrycznych sklepikach kupić można wyśmienite buty, paski, portfele i eleganckie torby. Warto też zaczerpnąć siły w lokalnych knajpkach, bowiem kierując się w stronę Gaucin musimy być przygotowani na nie lada podjazdy. Wprawdzie widoki łagodzą zmęczenie, ale swoje każdy musi tam wykręcić.



Ostatni dzień „górskiej premii” przypadł natomiast na szalone zjazdy. Do linii brzegowej pozostało kilkadziesiąt kilometrów. Przez niewielkie, sympatyczne Gaucin oraz spektakularnie położone Casares dotarłem do Manilvy. Po blisko miesiącu, odkąd zaczynałem swą podróż, znów zamoczyłem stopy w słonej, morskiej wodzie. Na plażach osławionej Costa del Sol panował już ruch niczym na zakopiańskich Krupówkach. Cała Europa leżała w kąpielówkach do góry brzuchem „robiąc się” na brąz. Tłoczne, dokładnie zagospodarowane nadmorskie tereny stanowią dla jednych miejsce biznesu, dla innych corocznego wypoczynku. Mnie nie urzekły niczym szczególnym. Biorąc pod uwagę genialne, spokojne i puste plaże rozciągające się wzdłuż wgryzających się w Morze Kantabryjskie klifów oddalonej o blisko 1000km Asturii i Kantabrii, raczej słabo wypadają w rankingu hiszpańskich atrakcji.


Im dalej na wschód, tym tłok robi się mniejszy. Malaga sprawia wrażenie bardziej hiszpańskiej, aniżeli Marbella czy Fuengirola. Mniej w niej cudzoziemców, liczniejsze atrakcje dla lubiących historię i marynistyczne klimaty. Spory port z nowoczesną architekturą, katedra, wzgórze zamkowe, czy odbywający się pod koniec kwietnia festiwal filmowy zachęca do poznania tego pełnego możliwości miasta. Kiedy mijając hotel Malaga Palacio zobaczyłem rozciągnięty czerwony dywan i tłum fanek oczekujących Javiera Bardem i Penelopy Cruz zrozumiałem, że Andaluzja w przeciągu kilkunastu lat stanowczo zmieniła swoje oblicze. Przeskok jest ogromny. Niegdyś zacofany i analfabetyczny region, staje się dziś centrum kultury i sztuki. Miło, bo dzięki temu południe jest naprawdę interesujące. 

wtorek, 8 maja 2012

LEKTURA OBOWIĄZKOWA

W najnowszym, majowym magazynie

znaleźć można mój tekst o czterodniówce w Bieszczadach. Jeśli ktoś miałby ochotę popedałować przez Połoniny, może sobie zawczasu, jeszcze w ciepłych kapciach i przy szkalnce mleka poczytać o moich tamtejszych trasach. Może komuś wpadnie dzięki temu jakiś nowy pomysł. Bieszczady bowiem, to jakby nie mówić, nadal miejsce magiczne, gdzie nie tylko genialną, nieskażoną przyrodę ale i wyjątkowych ludzi spotkać można dosłownie za zakrętem... Jak dla mnie, jest to wystarczający powód by na południe wracać jeszcze nie jeden raz.
Zapraszam do lektury.

czwartek, 22 marca 2012

KOT - Kolarska Odznaka Turystyczna


Mój pierwszy brązowy KOT zdobyty w 2011roku za 235 punktów (1130km)
KOT w sakwie,

czyli co każdy prawdziwy cyklista
Kolarskiej Odznace Turystycznej 

wiedzieć powinien.


Zastanawialiście się pewnie niejednokrotnie, jak sprawić by odbyte przez was wyjazdy, zarówno te krótkie- po okolicy, jak i te stanowczo dłuższe po nieznanych rejonach kraju, przynosiły wam satysfakcję nie tylko na chwilę po powrocie do domu, ale i dużo później. Mnie od dawna nurtowało pytanie, co jeszcze zrobić, by pamiątki z wyjazdów nie ograniczały się tylko do zgromadzonych w komputerowych katalogach fotografii, do pocztówek wysyłanych do domu z tych bardziej i mniej popularnych miejsc, czy drobnych charakterystycznych dla regionów gadżetów, które bądź to kupiłem, bądź dostałem od licznie napotykanych na swej drodze "miejscowych".

Chodziło mi po głowie, jak sprawić, by znajomi którym po powrocie opowiadam o przygodach i cudownych polskich krajobrazach, nie pytali mnie lakonicznie: co ty z tego w zasadzie masz? Ano mam... Teraz już mam! Kiedy w kwietniu ubiegłego roku pedałując z Przemyśla w Bieszczady odwiedziłem w Ustrzykach Dolnych lokalne biuro PTTK, prócz dwóch uśmiechniętych pań poznałem tam odpowiedź na moje pytanie. KOT. Trzyliterowy skrót, którego rozwinięcie jeszcze 40lat temu wszystkim pasjonującym się turystycznym kolarstwem polskim cyklistom było znane równie dobrze co cena dżinsów w miejscowych Pewexach, stał się dla mnie u bram Bieszczadów symbolem mojej drogi, mojego zmęczenia, wszystkich moich beskidzkich podjazdów i suwalskich zjazdów, wiatru w twarz i słońca na odkrytych plecach. KOT, czyli Kolarska Odznaka Turystyczna znalazła w mojej osobie swojego wielkiego pasjonata i miłośnika.
Gdy owe panie, zaproponowały mi zamianę pięciozłotowej monety na książeczkę formatu przypominającego szkolny dzienniczek, pomyślałem, że to ich kolejny dobry żart, a kiedy dałem się już namówić na transakcję i z drugiej strony owej książeczki odczytałem symboliczny niczym konradowski monolog wstęp (zachęcający wszelkie władze i instytucje publiczne do m.in.: udzielenia pomocy turyście w tym o "ułatwienie mu otrzymania noclegu, zwiedzania zabytków ośrodków rolniczych itp.") wiedziałem już, że mimo zgrywu i wszelkich oznak dobrej komedii, rozpoczynam właśnie świetną i mam nadzieję niekończącą się stemplową przygodę.
Nie da się ukryć, KOT to dziś niemalże relikt. Spośród moich kolegów i koleżanek pamiętających szerokie nogawki, kraciaste koszule i kwiaty we włosach, zaprzyjaźnionych w łowickim klubie kolarskim, zapewne 3/4 książeczkę taką i wiążące się z nią odznaki posiada, ale moim rówieśnikom pedałujących po kraju, KOTowski emblemat niewiele mówi. A szkoda! Bo choć to relikt, to frajdę daje nieziemską.

Czym jest w zasadzie KOT? 
Historia odznaki sięga 1953 roku. Odznaka powstała z myślą o nagradzaniu aktywnych rowerzystów, przemierzających na swoich maszynach na wszelkie możliwe sposoby nadwiślański kraj. Chodziło o to, by uczestniczyć w życiu sportowym i wykazywać się w biciu kolejnych, prywatnych rekordów. Swoje odznaki mieli juz w tym czasie turyści górscy (GOTy przyznaje się od 1935roku), oraz piesi i narciarze (OTP oraz GON od 1951 roku). Komisje PTTK odznaczać miały sportowców amatorów wręczając im kolejno zdobywane odznaczenia i tym samym zachęcać obywateli do zwiedzania ojczyzny. Choć sam pomysł, może nam dziś nienajlepiej kojarzyć się z minioną epoką socjalizmu, to jednak sama
idea nadal wydaje się ciekawa i słuszna. Bywalcom pchlich targów nie raz rzuciły się na pewno w oczy imponujące, obwieszone, wprost ociekające niekiedy odznaczeniami bawarskie kapelusze. Choć ciemnozielony kolor wypłowiał już w słońcu, a rodziny turystów- pasjonatow już dawno zapomniały o pasji nieobecnych, to symboliczne odznaczenia nadal wydają się imponujace.
Sam pamiętam jak duże wrażenie zrobiły na mnie któregoś dnia kolarskie znaczki mojego starszego o epokę kolegi, pieczołowicie zbierane przez lata i eksponowane na pokrytej boazerią ścianie przedpokoju.

Czy taka pasja ma jeszcze sens? Czy KOTy nadal są dostepne? 
Jak najbardziej! Regulamin KOT stanowi, że o odznakę ubiegać sie może każdy, kto ukończył 10lat. Wystarczy umiejętność jazdy rowerem i chęć dokumentowania swoich wycieczek. Za każdy wyjazd liczący więcej niż 15km zdobywa się punkty. Regulamin jest oczywiście rozbudowany i przed rozpoczęciem swojej kolarskiej przygody warto dobrze się z nim zapoznać. Unikniemy w ten sposób rozczarowania, gdy się okaże że np. za trasę identyczną z
przebytą poprzedniego dnia punktów komisja nam nie naliczy. Warto też za wczasu pomyśleć o planowaniu tras. Do otrzymania dużych stopni KOT zobowiązani jesteśmy dołączyć listę zwiedzanych obowiązkowo w Polsce miejsc. Punkty otrzymujemy za wpisy do kolarskiej książeczki. Znajdziemy tam miejsce na informacje o przebytej przez nas dziennej trasie oraz pieczątki, jakie wbrew pozorom zdobyć można jeszcze (czy na szczęście znów) w ciekawych turystycznie miejscach. Gminy, miasteczka, czy nawet lokalni przedsiębiorcy posiadają często ciekawe i oryginalne stemple, które (uwierzcie mi), niejednokrotnie miło was zaskoczą. Pedałując wystarczy zatrzymać się od czasu do czasu i wbić sobie na pamiątkę taką właśnie pieczątkę. Potrzebna jest ona, by móc później udowodnić przebytą trasę. W sytuacji gdy wbicie jest niemożliwe,
można wykonać sobie np. fotografię na tle charakterystycznego miejsca, czy chociażby zachować paragon z lokalnego sklepiku (dadam na margienesie, że pieczątki z wiejskich sklepów też się liczą). Dodatkowe punkty (10 za dzień wędrówki jednodniowej i 15 za każdy dzień dłuższego niż 1,5 dnia wyjazdu) można zdobyć za zwiedzanie zabytków, parków narodowych czy pomników przyrody. Nagrodą za punkty są symboliczne odznaczenia. Wyróżnia się siedem podstawowych. Małe i Duże GOTy (dzieli się jak w sporcie na: brązowe, srebrne i złote) oraz "Za wytrwałość" przyznawaną po przynajmniej siedmiu latach turystycznych wojaży. Ta ostatnia stanowić ma ukoronowanie naszych starań.

Warto na koniec przytoczyć regulaminową radę o której wielu z tzw. "prawdziwych cyklistów" nie zawsze pamięta: „Zawsze i w każdym przypadku brać pod uwagę podstawową zasadę turystyki: na pierwszym miejscu należy stawiać cel krajoznawczy, zadowolenie z jazdy, dobre samopoczucie fizyczne i psychiczne”.
Jeśli zdecydujecie się jeźdźić z "dzienniczkiem", pamiętajcie: KOT to nie wyścig. KOT to przyjemność. 200km dziennie robi wrażenie na wszystkich, ale czyż nie będzie wam przyjemniej opowiadać o tym co widzieliście po drodze?

Lektura obowiązkowa. Marcowy ROWERTOUR.

Tych którzy jeszcze nie wiedzą informuję, a Tym którym wyleciało z głowy przypominam, że jeszcze przez parę dni we wszystkich dobrych sieciach prasowych w Polsce możecie zakupić marcowy numer  ogólnopolskiego miesięcznika


Znajdziecie w nim m.in. debiutancki na łamach magazynu, artykuł mojego autorstwa poświęcony "nadbiebrzańskiej czterodniówce".
Jeśli ktoś miałby ochotę wybrać się na tereny Narwiańskiego i Biebrzańskiego Parku Narodowego proponuję lekturę. Ci, którzy nie zdążyli zakupić numeru, albo 8zł wolą przeznaczyć na inne przyjemności polecam materiał "Do środka Europy i dwa kroki dalej" na moim blogu.

CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE



24 marca 2012 roku w kawiarni Powroty, mieszczącej się w Łowiczu przy Starym Rynku, o godz. 17. rozpocznie się:

Przegląd Podróżników Rowerowych 
CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE

W atmosferze podróży, przy dźwiękach muzyki zaprezentują się cykliści, których pasją jest zwiedzanie Polski i świata na dwóch kółkach. Z sakwami przy bagażnikach i aparatem przewieszonym przez szyję kręcą przed siebie w poszukiwaniu prawdziwej przygody. Cykliści opowiadając o swoich dokonaniach zaprezentują zdjęcia i pamiątki z podróży.

Chęć udziału w spotkaniu wykazali dotychczas:

Radosław Tafliński, który opowie jak na prawdę smakuje indyjskie jedzenie, czy da się jeździć na rowerze w długich do kolan, tradycyjnych nepalskich strojach a przede wszystkim jak Europejczykowi podróżuje się samotnie przez azjatyckie kraje. Przybliży nam swoimi opowieściami Indie i Nepal.

Julia Marchlewicz wprowadzi nas w świat Afryki na dwóch kołach. Julia jest uczestniczką XII etapu Sztafety Nowaka przemierzającej Czarny Ląd śladami wielkiego, polskiego podróżnika Kazimierza Nowaka. Julia opowie o Namibii.

Michał Grzejszczak (czyli ja sam) przedstawi zdjęcia z hiszpańskiej Drogi św. Jakuba, która wiodła go mitycznym szlakiem pielgrzymkowym z Logrono do Santiago de Compostela.

Poszukuję również innych podróżników dokumentujących fotograficznie swoje wyprawy, chętnych zaprezentować się podczas spotkania. Przegląd ma charakter otwarty. Cyklistów, którzy chcieliby podzielić się wspomnieniami z trasy serdecznie zapraszam.

Kontakt mailowy: grzejszczak.michal@gmail.com lub telefoniczny: 793 470 234.

Impreza towarzyszy otwarciu sezonu rowerowego, organizowanego przez Klub Turystyki Rowerowej Szprycha z Łowicza.

Zapraszam.

SPONSOR pilnie poszukiwany!


Szanowni Państwo.

Pasja jest czymś, co daje nam siłę i ładuje nasze witalne akumulatory. To ona nadaje kolory naszemu życiu, napędza nas do działania. Niejednokrotnie pozwala nam odkryć swoje prawdziwe możliwości. Z pasji bijemy kolejne rekordy: skaczemy wyżej, biegniemy szybciej, wiemy więcej. My – pasjonaci, to co robimy, robimy z oddaniem.

W październiku 2010 roku po raz pierwszy podróżowałem przez Hiszpanię na rowerze. Przemierzyłem ponad 600 km odcinek „Camino Frances” – jednego z kilku prowadzących przez kraj szlaków św. Jakuba. Droga Francuska okazała się urzekająca. Zakochałem się bezgranicznie w tym niezwykłym kraju. Spotkałem mnóstwo przyjaciół, przeżyłem genialne chwile. Obiecałem sobie, że różnobarwną, nie-turystyczną Hiszpanię poznam z perspektywy rowerowego siodełka właśnie za sprawą „dróg jakubowych”.

Na rok 2012 zaplanowałem kolejny wariant. Jest on trudniejszy, znacznie dłuższy, jeszcze bardziej wymagający. Wraz z końcem marca wylatuję do położonej na południu Półwyspu Iberyjskiego Malagi, skąd przez: Rondę, Sevillę, Meridę, Salamankę, Zamorę, Leon i Oviedo mam zamiar dotrzeć do położonego nad Zatoką Biskajską Gijon.

Odcinek z Sevilli do Gijon przemierzę średniowiecznym szlakiem „Ruta de la Plata” („Srebrną Drogą”). W Gijon obiorę kierunek na zachód, podążając drogą „Camino del Norte” prowadzącą ze stolicy Kraju Basków - San Sebastian, do stolicy Galicji – Santiago de Compostela (uznawanego przez chrześcijan za miejsce spoczynku Św. Jakuba Apostoła - patrona Hiszpanii).
Ostatnim etapem wyprawy „Ruta de la Plata 2012” będzie pokonanie „Camino de Fisterra”. Tak jak miliony pielgrzymów podróżujących przez wieki do grobu jakubowego, tak i ja mam zamiar dotrzeć pod koniec kwietnia na ten legendarny „kres świata” i stanąć nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego. Łącznie planuję pokonać blisko 1500 km.

Podróżuję od lat. Do szczęścia potrzebuję niewiele. Nie szukam wygód, korzystam z najprostszych rozwiązań. W podstawowym zakresie jestem przygotowany na wyjazd. Choć często powtarzam, że „pieniądze szczęścia nie dają”, to zdaję sobie sprawę z ich przydatności w drodze. Abym mógł lepiej poznać miejsca w które docieram potrzebuję pewnego, finansowego zaplecza. Tak jest również w przypadku dosyć drogiej dzisiaj Hiszpanii. Jeśli są Państwo zainteresowani finansowym wsparciem mojej wyprawy, będzie mi
niezmiernie miło. W ramach podziękowania służę pomocą w realizowaniu Państwa firmowych projektów wykorzystujących fotografię. Przy nadarzających się okazjach, nie omieszkam wspomnieć mych darczyńców w publicznych wystąpieniach.

Numer mojego konta w banku ING: 10 1050 1025 1000 0090 6669 4960

W dopisce proszę zamieścić swoje dane. Po moim powrocie chciałbym osobiście wszystkim
podziękować.

Tych z Państwa, którzy chcieliby mnie poznać, zapraszam 24 marca na Pierwszy Przegląd Podróżników Rowerowych CAŁY ŚWIAT W JEDNEJ SAKWIE. Rozpocznie się on o godz. 17. w łowickiej kawiarni „Powroty” (Stary Rynek, obok ratusza). W towarzystwie innych cyklistów zaprezentuję zdjęcia z mojej poprzedniej wyprawy do Hiszpanii oraz opowiem o idei pielgrzymowania do Santiago de Compostela.


czwartek, 16 lutego 2012

Pięciodniówka” z Nieznajową w tle


„Odnalazły się marzenia, które włożyłem kiedyś do dziurawej kieszeni” - Stachura.

Dolina Nieznajowej. Mój prywatny raj.

Nie zdążyłem jeszcze zapomnieć o wakacjach, a już zamarzyłem o kolejnym wyjeździe. Zapragnąłem świeżego powietrza i pachnącego lasu. Zabrakło mi znów pagórków w mojej okolicy, na które mógłbym wjechać i zapatrzeć się w horyzont. W połowie września spakowałem więc sakwy
i wsiadłem w pociąg. Tym razem wyjątkowo komfortowo dojechałem aż za Kraków, do Bochni, skąd chwilę później ruszyłem na południe szukać przysłowiowego „wiatru w polu”. Szukałem dosyć długo. Dopiero trzeciego dnia dojechałem prawdopodobnie w najpiękniejsze miejsce w jakim byłem w życiu- do Doliny Nieznajowej. Ale zanim znalazłem się w tym genialnie cichym, spokojnym i wydawałoby się niczym nieskażonym miejscu, musiałem „wykręcić” swoje…

Szlak Architektury Drewnianej.


Dzień pierwszy (74km).


Bochnia - słynąca w Europie z zabytkowej i co najważniejsze udostępnionej do zwiedzania kopalni soli, przywitała mnie niepokojąco pochmurnym niebem. Wielce mnie to nie zmartwiło. Tak jak za każdą większą górką napotkamy przyjemny zjazd, tak i po każdym pochmurnym dniu przyjdzie przecież dzień słoneczny. Pozytywnie myśląc ruszyłem przed siebie, obierając kierunek na dwa największe w tym regionie jeziora: Czchowskie i Rożnowskie. Już od wyjazdu z miasta spostrzegłem, że znów znajduję się na znanym mi z poprzednich wyjazdów Szlaku Architektury Drewnianej. 
Cerkiew greckokatolicka p.w. Św. Panaskewii w Uściu Gorlickim
Można nim w ciekawy sposób przemierzyć prawie całą południową granicę kraju. Zabytki bądź to same rzucają się w oczy, bądź też należy ich poszukać po okolicy wykorzystując do tego licznie ustawione znaki informacyjne. Małopolska słynie również z licznych zamków. Na trzy spośród nich trafiam już niebawem. Jako pierwszy, zwiedzam imponującej wielkości i malowniczo położony barokowy zamek Kmitów w Nowym Wiśniczu (wybudowany w XIV w., regularnie jednak rozbudowywany przez późniejszych gospodarzy: Lubomirskich i Zamoyskich). 

Zamek Kmitów w Nowym Wiśniczu

Największe wrażenie zrobiły na mnie wysokie na kilkanaście metrów, cztery okrągłe baszty. Miłośnicy militariów obejrzeć tam mogą ustawione na podwórzu armaty.  Kilka kilometrów dalej kolejny obowiązkowy postój- w Lipnicy Murowanej. Znana w Polsce z konkursu palem wielkanocnych miejscowość, ma także do zaoferowania wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, XV wieczny, drewniany kościół pw. Św. Leonarda. 
Lipnica Murowana

Pół godziny później mijam Czchów. Warto tam choć na chwilę zajrzeć na malutki rynek. Tuż przy nim zobaczyć można jeszcze gotycki kościółek, a przy wylocie z miasteczka na krajową 75-kę wdrapać się stromym wejściem na ruiny średniowiecznego zamczyska. Wijącą się nad Jeziorem Czchowskim trasą mijam trzeci z kolei zamek. To Tropsztyn. Podróżujący opisywaną trasą mogą go zwiedzić, jednak tylko w okresie letnim. Poza sezonem jest on zamknięty. Szkoda, bo widok z jego wieży na wody Dunajca tworzące tamtejsze jezioro musi robić wrażenie. Tego dnia, kierując się na Rożnów (słynący z tamy i wykorzystywanych przez wspinaczy skałkowych nadbrzeżnych urwisk) oraz Gródek n. Dunajcem, dostrzegam jeszcze dwie imponujące pozostałości po świetności Małopolan. Być może architektonicznych ciekawostek znajdzie się tam więcej. Warto mieć oczy dookoła głowy.

Dunajec
Dzień drugi (94 km).
Noc spędziłem nad Zalewem Rożnowskim. Po sezonie jezioro jakby spało. Obniżony poziom tafli wody odsłonił szerokie, piaszczyste łachy. Bary świeciły pustkami. Jedynie mewy gwarnie gromadzące się na brzegu, głośno donosiły, że w Gródku istnieje jeszcze życie. Jem śniadanie z widokiem na Małpią Wyspę, spędzam kilka chwil w przecierających się przez chmury promieniach słońca i ruszam przed siebie.  Zostawiwszy za sobą niemałe podjazdy i równie szybkie zjazdy, zauroczony sądeckimi pejzażami wjeżdżam do Nowego Sącza. Niegdysiejsza stolica województwa godna jest polecenia turystom. Mnie jednak najbardziej w tym mieście urzekło pewne spotkanie. Przy głównej ulicy miasta, wstąpiłem do niepozornie wyglądającego antykwariatu Galicya. Po przejściu na emeryturę założył go inżynier budownictwa Wojciech Michalcewicz. Niegdyś budował tamy i mosty, dziś buduje największą w Polsce kolekcję huculskiej sztuki. Drzemie w nim duch gawędziarza. Jeśli ktoś zapyta go o jego pasję, na pewno usłyszy masę ciekawostek o liczącym ponad 2000 egzemplarzy zbiorze, a może nawet dostanie zaszczytu i Pan Wojciech zezwoli mu przysiąść choć na chwilę do swojego olśniewającego, bogato zdobionego biurka…

Małpia Wyspa na Jeziorze Rożnowskim
Będąc w Nowym Sączu, wypada odwiedzić też jego „starszego brata”. Odległość niewielka, a urok miasta ogromny. Stary Sącz to jedno z najstarszych, bo XIII wiecznych polskich miast. Rozkwit zawdzięczało prawdopodobnie położeniu na bursztynowym szlaku. Dziś ujmuje czarującym małomiasteczkowym klimatem, lokalną architekturą i fascynującym, znajdującym się na terenie klasztoru sióstr Klarysek gotyckim (choć z barokowym wnętrzem) kościołem pw. Św. Trójcy i Św. Klary. 

Stary Sącz
Warto wiedzieć, że to jeden z najstarszych polskich klasztorów. Założyła go i część życia spędziła w nim księżna Kinga, a po niej także Królowa Jadwiga. Wyjeżdżając z miasteczka, wjeżdżam na krajową drogą 87 i kieruję się nią na Krynicę-Zdrój. Już niebawem napotykam na swej drodze kolejne uzdrowiskowe miejscowości. Łatwo tam o nocleg. Mijane po drodze, a znane nie tylko rencistom: „mineralna” Piwniczna-Zdrój, ulokowany nad Popradem Żegiestów (robiący spore wrażenie zruinowaną, międzywojenną kurortową architekturą), czy Muszyna stanowić mogą doskonałą bazę dla cyklistów lubiących zatrzymać się czasami na dłużej. 

Droga na Wierchomlę
Liczne piesze szlaki kuszą tam miłośników górskich wędrówek. Tego dnia docieram jednak dalej. Noc spędzam w wyśmienitym miejscu. Grubo po zmroku, z czołówką na głowie i zmęczony jak diabli docieram do Bacówki Nad Wierchomlą. Psy pilnujące porządku w jadalni poszczekują w totalnej niemal ciemności. Bacówka bowiem do jesieni nie miała jeszcze prądu. Agregat odpalano tylko na dwie godziny dziennie, co absolutnie, ani mnie, ani innym gościom nie przeszkadzało. Dzięki tej ciemności, gwieździstego nieba nad Wierchomlą po prostu się nie zapomina. Trudno też zapomnieć tamtejszy żurek, widok śpiącej w kołysce maleńkiej Leny i wspaniałych gospodarzy Gosi i Marcina. Schronisko od wiosny ma być wyposażone w rowerowy serwis, co oznacza, iż będzie to najwyżej (bo na 895m n.p.m.) położony tego typu punkt w Polsce.

Bacówka nad Wierchomlą
Dzień trzeci (70km). 
Zjazd z Wierchomli jest rewelacyjny. Można pędzić na złamanie karku, albo rozglądać się po lesie. Tak czy inaczej należy wrócić do Muszyny. Droga do Krynicy-Zdroju mija szybko. Wachlarz atrakcji tego uzdrowiska jest spory. Muzeum Nikifora, pełne wdzięku drewniane, piętrowe budynki, deptak i liczne kawiarnie. Do tego niezapomniany klimat. Gdybym Krynicę odwiedził przed wieczorem, na pewno wolny czas spędziłbym na dancingu… 
Romanówka. Muzeum Nikifora Krynickiego.

Jednak dzień dopiero się zaczyna. Jem drugie śniadanie i ruszam na Tylicz, Izby, Banicę w stronę dzikiego serca Beskidu Sądeckiego. Szutrowe, czy wykładane płytami drogi powinny satysfakcjonować nawet cyklistów jeżdżących na trekkingowych oponach. Mijam stadniny koni, wijące się strumyki i niewysokie szczyty. Tutaj dopiero odnajduję to co kocham... Nie ma już ludzi, nie ma hałasu, rzadkością są mijające mnie auta. Szlak budownictwa drewnianego na który cyklicznie wjeżdżam, w tych okolicach staje się niezwykle bogaty. Prawosławne i greckokatolickie cerkwie wraz katolickimi kościołami stanowią bogatą mozaikę z której możemy być dumni. Choć w niektórych miejscowościach utrzymanie budynków graniczy z cudem, to jednak te napotykane zazwyczaj wyglądają należycie. Zagadnięty ksiądz wspominał z żalem, że wielu parafii nie stać na przedsięwzięcia ratowania zabytków. Niekiedy w kilkusetosobowych wsiach, są i po dwie XVII czy XVIII wieczne cerkwie. Koszt renowacji każdej z nich przekracza często milion złotych, co jest nie do udźwignięcia dla mieszkańców okolicy. 
Ludowy rzeźbiarz z Beskidów


Wymienić tu trzeba przy okazji dwie najbardziej okazałe budowle. Greckokatolickie cerkwie p.w. Św. Paraskewii w Uściu Gorlickim i Kwiatoniu stanowią przykład zachodniołemkowskiej architektury drewnianej. Uście Gorlickie zwane niegdyś Ruskim czy Wołoskim zamieszkiwali w większości Łemkowie. Akcja „Wisła” spowodowała przesiedlenie tej ciekawej mniejszości etnicznej na tzw. Ziemie Odzyskane. Było to początkiem zaniku kulturowego Łemków. Dziś szacuje się, że mieszka ich w Polsce od 6 do 60tyś.

Cerkiew greckokatolicka w Kwiatoniu

Dzień czwarty (66 km). 
Magura Małostowska pozostająca w zasięgu wzroku kusi ostrym podjazdem. Tym razem jednak kieruję się dalej na wschód, w kierunku Magurskiego Parku Narodowego. Leśnymi drogami przez maleńkie wioski i osady, wśród zielonych pagórków na tle intensywnie niebieskiego nieba zmierzam do Wołowca, będącego nieoficjalną „mekką” miłośników podróżniczego reportażu. Mieszkańcem maleńkiej, blisko trzydziestoosobowej wsi jest Andrzej Stasiuk, znany podróżnik i wydawca literacki. Pielgrzymki miłośników jego talentu, ciągną do urzekającej wsi. 
Dolina Wołowca
Położony w dolinie, otoczony lasem i wzgórzami Wołowiec stanowi oazę spokoju. Ludzie tam mieszkający też są przemili. Napotkana Magda zaprasza mnie na obiad, częstuje mapą i tłumaczy drogę przez leśne dukty. Gdyby nie ona, być może nigdy nie trafiłbym do wymarłej już Nieznajowej. Przez politykę przesiedleńczą, blisko dwustupięćdziesięcioosobowa niegdyś wieś, to dziś tylko kamienne krzyże, stary łemkowski cmentarz i prowadząca przez środek doliny szutrowa droga. Warto zatrzymać się tam pod namiotem, albo w studenckiej chatce. Daleko stamtąd do sklepów, wodę czerpie się z rzeki a nadstawiając ucha w stronę porośniętych wzgórz, usłyszeć można w okresie godowym niesamowite odgłosy jeleni. Dolina Nieznajowej to idylliczne miejsce na mapie polskiej przyrody. Myśląc dziś o Beskidach, mam ją w głowie nieustannie…

Rozmarzony wyruszam jednak dalej. Kilkanaście kilometrów dzieli mnie bowiem od siedziby parku narodowego w Krempnej. Trafiając tam w godzinach urzędowania, koniecznie trzeba obejrzeć przyrodnicze wystawy. To już nie łopatologia rodem z PRLu. Galerie są na prawdę interesujące. O zmianach w myśleniu o turyście, świadczy też sam budynek dyrekcji. Nowoczesny, przeszklony, z elementami drewna. Słońce powoli się obniża. Czas pędzi nieubłaganie. Za dwa dni powinienem być już w stolicy. Nie jestem w stanie wydostać się z Beskidów inaczej niż z Tarnowa. Z serca Parku to jednak grubo ponad 80km. Jadę więc do zmroku, a nocleg znajduję dopiero w agroturystyce w Skalniku.
Jelenie na rykowisku

Dzień piąty (100km). 
Wczesna pobudka, szybkie śniadanie. Pociąg nie będzie czekał. Ruszam drogą na Jasło. Dopiero tam spotykam pierwszego rowerowego turystę.  Wyjechał z Tarnowa z zamiarem dotarcia w Bieszczady. Dla niego to pierwszy spośród kilku dni samotnej wędrówki. Miło jest spotkać kogoś w trasie. Sam będąc przyzwyczajony do samotnych wyjazdów, nauczyłem się doceniać przypadkowe, choć krótkotrwałe znajomości.
Polska-Słowacja. 1-0.
W Jaśle warto zatrzymać się w cukierni. Przy rynku jest ich kilka. Przy dobrej pogodnie można miło spędzić tam czas, smakując leniwie wyśmienitego porannego espresso. Ponieważ mój zegarek nie chce się jednak zatrzymać, już za chwilę mocniej naciskam na pedały. Zjeżdżam z  krajówki wybierając wiejskie drogi. Choć brakuje mi solidnych podjazdów, to widoki dalej pozostają niezmiennie urokliwe. Mieszkańcy Pogórza Środkowobeskidzkiego są szczęściarzami mogąc wyskakiwać na przejażdżki w tak sprzyjających warunkach. W pełnym słońcu górskie pasmo prezentuje się niezwykle okazale. Z Jasła skracam drogę przez Dębową i Jodłową. 
Dziewczyny zawsze można zabrać na ramę...
W Ryglicach trafiam na lokalny festyn. Mam okazję spróbować regionalnych potraw oraz przyjrzeć się strojom ludowym. W Tuchowie natomiast mile zaskoczył mnie widok oznakowanego szlaku jakubowego. Ci, którym było dane podróżować do Santiago de Compostela,  z pewnością zawsze ciepło zareagują na podobne oznakowanie. Miłośników sanktuariów zainteresuje natomiast fakt, że w niewielkim mieście oprócz kościóła pw. Św. Jakuba znajduje się także często odwiedzany przez pielgrzymki klasztor redemptorystów. Zwiedzając zakon nie mogłem odmówić sobie przyjemności  przyjrzenia się zbiorom muzeum misyjnego. Nie mamy ich w Polsce zbyt wielu, a tamtejsze eksponaty są całkiem atrakcyjne.
Tarnów
Niedaleko stąd już do Tarnowa. Droga może nienajlepsza, ale za to krótka. Na szczęście dworzec kolejowy w Tarnowie leży blisko Starego Miasta. Ukoronowaniem mojej pięciodniowej wycieczki czynię spacer po centrum. Przyjemne, popołudniowe słońce muskające renesansowe kamienice swoimi promieniami i przechadzające się po budynkach długie cienie, zachęcają do fotografowania. Grupy znajomych, zakochanych, emerytów i rodzin spędzają czas w piwnych ogródkach. Choć jest już za późno na dokładne zwiedzanie miasta, to wiem że którąś z kolejnych wypraw na południe kraju z pewnością rozpocznę w tym punkcie. Historyczne centrum z kapitalnymi czynszówkami, podcieniami, ratuszem i zielonymi parkami na pewno warto dokładnie obejrzeć.
Tarnowska starówka
Beskid Sądecki jest świetnym regionem na podróżowanie rowerem. Spokój na drogach, niezłe asfalty, przyjemne szutrówki. To też idealne miejsce na krótkie, rodzinne wypady. Różnorodność krajobrazów, w miarę łatwe do pokonywania wzniesienia oraz bogata baza noclegowa zadowolić powinny najbardziej nawet wymagających turystów.


W pigułce:
Dzien 1. Bochnia > Nowy Wiśnicz (zamek) > Lipnica Murowana (kościół UNESCO) > Czchów (ruiny zamku) > Rożnów (tama) > Gródek n. Dunajcem (zalew). Ok. 74km.
Dzień 2. Gródek n. Dunajcem > Nowy Sącz > Stary Sącz (historyczna miejska zabudowa) > Piwniczna-Zdrój > Żegiestów > Muszyna > Bacówka Nad Wierchomlą (schronisko na 985m n.p.m.) Ok. 94km.
Dzień 3. Bacówka… > Muszyna> Krynica-Zdrój (muzeum Nikifora) > Tylicz > Uście Gorlickie/ Kwiatoń (cerkwie greckokatolickie) Ok. 70km.
Dzień 4. Uście Gorlickie > Gładyszów > Banica > Wołowiec >Nieznajowa > Rozstajne > Krempna > Skalnik. Ok. 66km.
Dzień 5. Skalnik > Jasło > Dębowa > Jodłowa  > Ryglice > Tuchów > Tarnów. Ok. 100km

Dystanse w rzeczywistości mogą być mniejsze. Wynika to z mojego sposobu podróżowania.
Dystans: ok. 400km
Dla kogo: dla lubiących podjazdy, miłośników budownictwa drewnianego i polskiej przyrody.
Noclegi: agroturystyka/ schroniska. 20-30zł/noc.
Porady: warto zabrać ze sobą kamizelkę odblaskową i kask. Miejscami konieczna jest jazda krajowymi drogami o większym ruchu. Latem należy pamiętać o… stroju kąpielowym. Pokonywanie wzniesień bez wcześniejszej zaprawy może dać się we znaki.
Warto zobaczyć: kopalnię soli w Bochni, zamek w Nowym Wiśniczu, kościół w Lipnicy Murowanej (UNESCO), Żegiestów, Bacówka Nad Wierchomlą, Krynica-Zdrój, cerkwie w Uściu Gorlickim
i Kwiatoniu, Wołowiec, Dolina Nieznajowej, Magurski PN, tarnowska starówka.