czwartek, 16 lutego 2012

Pięciodniówka” z Nieznajową w tle


„Odnalazły się marzenia, które włożyłem kiedyś do dziurawej kieszeni” - Stachura.

Dolina Nieznajowej. Mój prywatny raj.

Nie zdążyłem jeszcze zapomnieć o wakacjach, a już zamarzyłem o kolejnym wyjeździe. Zapragnąłem świeżego powietrza i pachnącego lasu. Zabrakło mi znów pagórków w mojej okolicy, na które mógłbym wjechać i zapatrzeć się w horyzont. W połowie września spakowałem więc sakwy
i wsiadłem w pociąg. Tym razem wyjątkowo komfortowo dojechałem aż za Kraków, do Bochni, skąd chwilę później ruszyłem na południe szukać przysłowiowego „wiatru w polu”. Szukałem dosyć długo. Dopiero trzeciego dnia dojechałem prawdopodobnie w najpiękniejsze miejsce w jakim byłem w życiu- do Doliny Nieznajowej. Ale zanim znalazłem się w tym genialnie cichym, spokojnym i wydawałoby się niczym nieskażonym miejscu, musiałem „wykręcić” swoje…

Szlak Architektury Drewnianej.


Dzień pierwszy (74km).


Bochnia - słynąca w Europie z zabytkowej i co najważniejsze udostępnionej do zwiedzania kopalni soli, przywitała mnie niepokojąco pochmurnym niebem. Wielce mnie to nie zmartwiło. Tak jak za każdą większą górką napotkamy przyjemny zjazd, tak i po każdym pochmurnym dniu przyjdzie przecież dzień słoneczny. Pozytywnie myśląc ruszyłem przed siebie, obierając kierunek na dwa największe w tym regionie jeziora: Czchowskie i Rożnowskie. Już od wyjazdu z miasta spostrzegłem, że znów znajduję się na znanym mi z poprzednich wyjazdów Szlaku Architektury Drewnianej. 
Cerkiew greckokatolicka p.w. Św. Panaskewii w Uściu Gorlickim
Można nim w ciekawy sposób przemierzyć prawie całą południową granicę kraju. Zabytki bądź to same rzucają się w oczy, bądź też należy ich poszukać po okolicy wykorzystując do tego licznie ustawione znaki informacyjne. Małopolska słynie również z licznych zamków. Na trzy spośród nich trafiam już niebawem. Jako pierwszy, zwiedzam imponującej wielkości i malowniczo położony barokowy zamek Kmitów w Nowym Wiśniczu (wybudowany w XIV w., regularnie jednak rozbudowywany przez późniejszych gospodarzy: Lubomirskich i Zamoyskich). 

Zamek Kmitów w Nowym Wiśniczu

Największe wrażenie zrobiły na mnie wysokie na kilkanaście metrów, cztery okrągłe baszty. Miłośnicy militariów obejrzeć tam mogą ustawione na podwórzu armaty.  Kilka kilometrów dalej kolejny obowiązkowy postój- w Lipnicy Murowanej. Znana w Polsce z konkursu palem wielkanocnych miejscowość, ma także do zaoferowania wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, XV wieczny, drewniany kościół pw. Św. Leonarda. 
Lipnica Murowana

Pół godziny później mijam Czchów. Warto tam choć na chwilę zajrzeć na malutki rynek. Tuż przy nim zobaczyć można jeszcze gotycki kościółek, a przy wylocie z miasteczka na krajową 75-kę wdrapać się stromym wejściem na ruiny średniowiecznego zamczyska. Wijącą się nad Jeziorem Czchowskim trasą mijam trzeci z kolei zamek. To Tropsztyn. Podróżujący opisywaną trasą mogą go zwiedzić, jednak tylko w okresie letnim. Poza sezonem jest on zamknięty. Szkoda, bo widok z jego wieży na wody Dunajca tworzące tamtejsze jezioro musi robić wrażenie. Tego dnia, kierując się na Rożnów (słynący z tamy i wykorzystywanych przez wspinaczy skałkowych nadbrzeżnych urwisk) oraz Gródek n. Dunajcem, dostrzegam jeszcze dwie imponujące pozostałości po świetności Małopolan. Być może architektonicznych ciekawostek znajdzie się tam więcej. Warto mieć oczy dookoła głowy.

Dunajec
Dzień drugi (94 km).
Noc spędziłem nad Zalewem Rożnowskim. Po sezonie jezioro jakby spało. Obniżony poziom tafli wody odsłonił szerokie, piaszczyste łachy. Bary świeciły pustkami. Jedynie mewy gwarnie gromadzące się na brzegu, głośno donosiły, że w Gródku istnieje jeszcze życie. Jem śniadanie z widokiem na Małpią Wyspę, spędzam kilka chwil w przecierających się przez chmury promieniach słońca i ruszam przed siebie.  Zostawiwszy za sobą niemałe podjazdy i równie szybkie zjazdy, zauroczony sądeckimi pejzażami wjeżdżam do Nowego Sącza. Niegdysiejsza stolica województwa godna jest polecenia turystom. Mnie jednak najbardziej w tym mieście urzekło pewne spotkanie. Przy głównej ulicy miasta, wstąpiłem do niepozornie wyglądającego antykwariatu Galicya. Po przejściu na emeryturę założył go inżynier budownictwa Wojciech Michalcewicz. Niegdyś budował tamy i mosty, dziś buduje największą w Polsce kolekcję huculskiej sztuki. Drzemie w nim duch gawędziarza. Jeśli ktoś zapyta go o jego pasję, na pewno usłyszy masę ciekawostek o liczącym ponad 2000 egzemplarzy zbiorze, a może nawet dostanie zaszczytu i Pan Wojciech zezwoli mu przysiąść choć na chwilę do swojego olśniewającego, bogato zdobionego biurka…

Małpia Wyspa na Jeziorze Rożnowskim
Będąc w Nowym Sączu, wypada odwiedzić też jego „starszego brata”. Odległość niewielka, a urok miasta ogromny. Stary Sącz to jedno z najstarszych, bo XIII wiecznych polskich miast. Rozkwit zawdzięczało prawdopodobnie położeniu na bursztynowym szlaku. Dziś ujmuje czarującym małomiasteczkowym klimatem, lokalną architekturą i fascynującym, znajdującym się na terenie klasztoru sióstr Klarysek gotyckim (choć z barokowym wnętrzem) kościołem pw. Św. Trójcy i Św. Klary. 

Stary Sącz
Warto wiedzieć, że to jeden z najstarszych polskich klasztorów. Założyła go i część życia spędziła w nim księżna Kinga, a po niej także Królowa Jadwiga. Wyjeżdżając z miasteczka, wjeżdżam na krajową drogą 87 i kieruję się nią na Krynicę-Zdrój. Już niebawem napotykam na swej drodze kolejne uzdrowiskowe miejscowości. Łatwo tam o nocleg. Mijane po drodze, a znane nie tylko rencistom: „mineralna” Piwniczna-Zdrój, ulokowany nad Popradem Żegiestów (robiący spore wrażenie zruinowaną, międzywojenną kurortową architekturą), czy Muszyna stanowić mogą doskonałą bazę dla cyklistów lubiących zatrzymać się czasami na dłużej. 

Droga na Wierchomlę
Liczne piesze szlaki kuszą tam miłośników górskich wędrówek. Tego dnia docieram jednak dalej. Noc spędzam w wyśmienitym miejscu. Grubo po zmroku, z czołówką na głowie i zmęczony jak diabli docieram do Bacówki Nad Wierchomlą. Psy pilnujące porządku w jadalni poszczekują w totalnej niemal ciemności. Bacówka bowiem do jesieni nie miała jeszcze prądu. Agregat odpalano tylko na dwie godziny dziennie, co absolutnie, ani mnie, ani innym gościom nie przeszkadzało. Dzięki tej ciemności, gwieździstego nieba nad Wierchomlą po prostu się nie zapomina. Trudno też zapomnieć tamtejszy żurek, widok śpiącej w kołysce maleńkiej Leny i wspaniałych gospodarzy Gosi i Marcina. Schronisko od wiosny ma być wyposażone w rowerowy serwis, co oznacza, iż będzie to najwyżej (bo na 895m n.p.m.) położony tego typu punkt w Polsce.

Bacówka nad Wierchomlą
Dzień trzeci (70km). 
Zjazd z Wierchomli jest rewelacyjny. Można pędzić na złamanie karku, albo rozglądać się po lesie. Tak czy inaczej należy wrócić do Muszyny. Droga do Krynicy-Zdroju mija szybko. Wachlarz atrakcji tego uzdrowiska jest spory. Muzeum Nikifora, pełne wdzięku drewniane, piętrowe budynki, deptak i liczne kawiarnie. Do tego niezapomniany klimat. Gdybym Krynicę odwiedził przed wieczorem, na pewno wolny czas spędziłbym na dancingu… 
Romanówka. Muzeum Nikifora Krynickiego.

Jednak dzień dopiero się zaczyna. Jem drugie śniadanie i ruszam na Tylicz, Izby, Banicę w stronę dzikiego serca Beskidu Sądeckiego. Szutrowe, czy wykładane płytami drogi powinny satysfakcjonować nawet cyklistów jeżdżących na trekkingowych oponach. Mijam stadniny koni, wijące się strumyki i niewysokie szczyty. Tutaj dopiero odnajduję to co kocham... Nie ma już ludzi, nie ma hałasu, rzadkością są mijające mnie auta. Szlak budownictwa drewnianego na który cyklicznie wjeżdżam, w tych okolicach staje się niezwykle bogaty. Prawosławne i greckokatolickie cerkwie wraz katolickimi kościołami stanowią bogatą mozaikę z której możemy być dumni. Choć w niektórych miejscowościach utrzymanie budynków graniczy z cudem, to jednak te napotykane zazwyczaj wyglądają należycie. Zagadnięty ksiądz wspominał z żalem, że wielu parafii nie stać na przedsięwzięcia ratowania zabytków. Niekiedy w kilkusetosobowych wsiach, są i po dwie XVII czy XVIII wieczne cerkwie. Koszt renowacji każdej z nich przekracza często milion złotych, co jest nie do udźwignięcia dla mieszkańców okolicy. 
Ludowy rzeźbiarz z Beskidów


Wymienić tu trzeba przy okazji dwie najbardziej okazałe budowle. Greckokatolickie cerkwie p.w. Św. Paraskewii w Uściu Gorlickim i Kwiatoniu stanowią przykład zachodniołemkowskiej architektury drewnianej. Uście Gorlickie zwane niegdyś Ruskim czy Wołoskim zamieszkiwali w większości Łemkowie. Akcja „Wisła” spowodowała przesiedlenie tej ciekawej mniejszości etnicznej na tzw. Ziemie Odzyskane. Było to początkiem zaniku kulturowego Łemków. Dziś szacuje się, że mieszka ich w Polsce od 6 do 60tyś.

Cerkiew greckokatolicka w Kwiatoniu

Dzień czwarty (66 km). 
Magura Małostowska pozostająca w zasięgu wzroku kusi ostrym podjazdem. Tym razem jednak kieruję się dalej na wschód, w kierunku Magurskiego Parku Narodowego. Leśnymi drogami przez maleńkie wioski i osady, wśród zielonych pagórków na tle intensywnie niebieskiego nieba zmierzam do Wołowca, będącego nieoficjalną „mekką” miłośników podróżniczego reportażu. Mieszkańcem maleńkiej, blisko trzydziestoosobowej wsi jest Andrzej Stasiuk, znany podróżnik i wydawca literacki. Pielgrzymki miłośników jego talentu, ciągną do urzekającej wsi. 
Dolina Wołowca
Położony w dolinie, otoczony lasem i wzgórzami Wołowiec stanowi oazę spokoju. Ludzie tam mieszkający też są przemili. Napotkana Magda zaprasza mnie na obiad, częstuje mapą i tłumaczy drogę przez leśne dukty. Gdyby nie ona, być może nigdy nie trafiłbym do wymarłej już Nieznajowej. Przez politykę przesiedleńczą, blisko dwustupięćdziesięcioosobowa niegdyś wieś, to dziś tylko kamienne krzyże, stary łemkowski cmentarz i prowadząca przez środek doliny szutrowa droga. Warto zatrzymać się tam pod namiotem, albo w studenckiej chatce. Daleko stamtąd do sklepów, wodę czerpie się z rzeki a nadstawiając ucha w stronę porośniętych wzgórz, usłyszeć można w okresie godowym niesamowite odgłosy jeleni. Dolina Nieznajowej to idylliczne miejsce na mapie polskiej przyrody. Myśląc dziś o Beskidach, mam ją w głowie nieustannie…

Rozmarzony wyruszam jednak dalej. Kilkanaście kilometrów dzieli mnie bowiem od siedziby parku narodowego w Krempnej. Trafiając tam w godzinach urzędowania, koniecznie trzeba obejrzeć przyrodnicze wystawy. To już nie łopatologia rodem z PRLu. Galerie są na prawdę interesujące. O zmianach w myśleniu o turyście, świadczy też sam budynek dyrekcji. Nowoczesny, przeszklony, z elementami drewna. Słońce powoli się obniża. Czas pędzi nieubłaganie. Za dwa dni powinienem być już w stolicy. Nie jestem w stanie wydostać się z Beskidów inaczej niż z Tarnowa. Z serca Parku to jednak grubo ponad 80km. Jadę więc do zmroku, a nocleg znajduję dopiero w agroturystyce w Skalniku.
Jelenie na rykowisku

Dzień piąty (100km). 
Wczesna pobudka, szybkie śniadanie. Pociąg nie będzie czekał. Ruszam drogą na Jasło. Dopiero tam spotykam pierwszego rowerowego turystę.  Wyjechał z Tarnowa z zamiarem dotarcia w Bieszczady. Dla niego to pierwszy spośród kilku dni samotnej wędrówki. Miło jest spotkać kogoś w trasie. Sam będąc przyzwyczajony do samotnych wyjazdów, nauczyłem się doceniać przypadkowe, choć krótkotrwałe znajomości.
Polska-Słowacja. 1-0.
W Jaśle warto zatrzymać się w cukierni. Przy rynku jest ich kilka. Przy dobrej pogodnie można miło spędzić tam czas, smakując leniwie wyśmienitego porannego espresso. Ponieważ mój zegarek nie chce się jednak zatrzymać, już za chwilę mocniej naciskam na pedały. Zjeżdżam z  krajówki wybierając wiejskie drogi. Choć brakuje mi solidnych podjazdów, to widoki dalej pozostają niezmiennie urokliwe. Mieszkańcy Pogórza Środkowobeskidzkiego są szczęściarzami mogąc wyskakiwać na przejażdżki w tak sprzyjających warunkach. W pełnym słońcu górskie pasmo prezentuje się niezwykle okazale. Z Jasła skracam drogę przez Dębową i Jodłową. 
Dziewczyny zawsze można zabrać na ramę...
W Ryglicach trafiam na lokalny festyn. Mam okazję spróbować regionalnych potraw oraz przyjrzeć się strojom ludowym. W Tuchowie natomiast mile zaskoczył mnie widok oznakowanego szlaku jakubowego. Ci, którym było dane podróżować do Santiago de Compostela,  z pewnością zawsze ciepło zareagują na podobne oznakowanie. Miłośników sanktuariów zainteresuje natomiast fakt, że w niewielkim mieście oprócz kościóła pw. Św. Jakuba znajduje się także często odwiedzany przez pielgrzymki klasztor redemptorystów. Zwiedzając zakon nie mogłem odmówić sobie przyjemności  przyjrzenia się zbiorom muzeum misyjnego. Nie mamy ich w Polsce zbyt wielu, a tamtejsze eksponaty są całkiem atrakcyjne.
Tarnów
Niedaleko stąd już do Tarnowa. Droga może nienajlepsza, ale za to krótka. Na szczęście dworzec kolejowy w Tarnowie leży blisko Starego Miasta. Ukoronowaniem mojej pięciodniowej wycieczki czynię spacer po centrum. Przyjemne, popołudniowe słońce muskające renesansowe kamienice swoimi promieniami i przechadzające się po budynkach długie cienie, zachęcają do fotografowania. Grupy znajomych, zakochanych, emerytów i rodzin spędzają czas w piwnych ogródkach. Choć jest już za późno na dokładne zwiedzanie miasta, to wiem że którąś z kolejnych wypraw na południe kraju z pewnością rozpocznę w tym punkcie. Historyczne centrum z kapitalnymi czynszówkami, podcieniami, ratuszem i zielonymi parkami na pewno warto dokładnie obejrzeć.
Tarnowska starówka
Beskid Sądecki jest świetnym regionem na podróżowanie rowerem. Spokój na drogach, niezłe asfalty, przyjemne szutrówki. To też idealne miejsce na krótkie, rodzinne wypady. Różnorodność krajobrazów, w miarę łatwe do pokonywania wzniesienia oraz bogata baza noclegowa zadowolić powinny najbardziej nawet wymagających turystów.


W pigułce:
Dzien 1. Bochnia > Nowy Wiśnicz (zamek) > Lipnica Murowana (kościół UNESCO) > Czchów (ruiny zamku) > Rożnów (tama) > Gródek n. Dunajcem (zalew). Ok. 74km.
Dzień 2. Gródek n. Dunajcem > Nowy Sącz > Stary Sącz (historyczna miejska zabudowa) > Piwniczna-Zdrój > Żegiestów > Muszyna > Bacówka Nad Wierchomlą (schronisko na 985m n.p.m.) Ok. 94km.
Dzień 3. Bacówka… > Muszyna> Krynica-Zdrój (muzeum Nikifora) > Tylicz > Uście Gorlickie/ Kwiatoń (cerkwie greckokatolickie) Ok. 70km.
Dzień 4. Uście Gorlickie > Gładyszów > Banica > Wołowiec >Nieznajowa > Rozstajne > Krempna > Skalnik. Ok. 66km.
Dzień 5. Skalnik > Jasło > Dębowa > Jodłowa  > Ryglice > Tuchów > Tarnów. Ok. 100km

Dystanse w rzeczywistości mogą być mniejsze. Wynika to z mojego sposobu podróżowania.
Dystans: ok. 400km
Dla kogo: dla lubiących podjazdy, miłośników budownictwa drewnianego i polskiej przyrody.
Noclegi: agroturystyka/ schroniska. 20-30zł/noc.
Porady: warto zabrać ze sobą kamizelkę odblaskową i kask. Miejscami konieczna jest jazda krajowymi drogami o większym ruchu. Latem należy pamiętać o… stroju kąpielowym. Pokonywanie wzniesień bez wcześniejszej zaprawy może dać się we znaki.
Warto zobaczyć: kopalnię soli w Bochni, zamek w Nowym Wiśniczu, kościół w Lipnicy Murowanej (UNESCO), Żegiestów, Bacówka Nad Wierchomlą, Krynica-Zdrój, cerkwie w Uściu Gorlickim
i Kwiatoniu, Wołowiec, Dolina Nieznajowej, Magurski PN, tarnowska starówka.




sobota, 9 kwietnia 2011

Do środka Europy i dwa kroki dalej.


Biebrzy bez dźwięku, opisać się nie da. Dźwięk nad Biebrzą jest wszechogarniający.  Wiosna nad Biebrzą to niezliczone tysiące ptaków powracających z zimowisk, to wiatr buszujący po polach, to plusk rzeki meandrującej niczym wijąca się wstęga w rękach genialnej gimnastyczki. Biebrza wiosną, to sięgające horyzontu rozlewiska, to zalane drogi, to setki siwych czapli przelatujących nad naszymi głowami w cudownych, budzących uznanie kluczach. Biebrza wiosną to dzikość, to wolność, to natura w najczystrzej i najdoskonalszej postaci. Biebrza to cud.
Kilka lat temu trafiłem w magazynie National Geographicf na artykuł poświęcony tej rzece.
Tekst Adama Bogoryji - Zakrzewskiego opatrzony był znamiennym tytułem "Biebrznięci i miejscowi". Kiedy go czytałem, wiele rzeczy jeszcze nie rozumiałem, o wielu nie miałem pojęcia. Sprawił jednak, że stałem się fascynatem Biebrzy.
Czym tak na prawdę jest ta rzeka, gdzie tkwi jej piękno i skąd bierze się jej magia nie sposób dowiedzieć się na odległość. Tego trzeba doświadczyć. Ale aby to zrozumieć, należy choć raz stanąć nad jej brzegiem i wsłuchać się w nią. Należy wsłuchać się bezgranicznie.

Dzień 1 (Łapy - Goniądz, 108 km)
Pociąg z Dworca Centralnego odjeżdża punktualnie, czyli nie jak zawsze. Po kilkunastu minutach podróży, krajobraz zmienia się nie do poznania. Wyjeżdżając z industrialnej prawobrzeżnej części stolicy wtaczamy się na zgoła inne tereny. Giną gdzieś ogromne skrzyżowania, ginie gwar, ginie zgiełk, giną sznury aut i tysiące przypadkowych ludzi na ulicach.
Pociąg wczesnym, czwartkowym przedpołudniem mknie na północny-wschód, a wraz z nim mknę i ja, i mój rower i sympatyczny Aleksander- student nawigacji w Szkole Morskiej w Szczecinie. Aleksander wracający właśnie do rodzinnego Grodna okazał się wspaniałym rozmówcą, a jak wiadomo spotkać na początku swej drogi świetnego rozmówcę, to tak, jakby zacząć dzień od szklanki soku ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. Opowieści o morskich i rowerowych przygodach, statkach, a także białoruskich realiach umilają nam czas. W przyjemnej atmosferze, dojeżdżam więc do Łap, by tu właśnie rozpocząć swoją wędrówkę.
                  Nie mając ścisłego planu swojej podróży, z mało zachęcającej do wysiadania stacji, ruszam na północ, w poszukiwaniu wiosny, spokoju i cudownej podlaskiej przyrody.
Niewiele potrzeba, by marzenia się spełniły. Niewiele też potrzeba by czar miejsca prysł. Zaledwie po kilkunastu kilometrach dojeżdżam do serca pierwszego z dwóch parków narodowych, jakie podczas czterech dni wędrówki odwiedzę. Jest to Narwiański Park Narodowy, znany jako "polska Amazonia". Wspomniane serce parku bije w Kurowie. W tej niewielkiej osadzie umiejscowiono siedzibę zarządu. Dyrekcja zajmuje folwark i XIX wieczny pałacyk. Biały, historyczny dworek doskonale komponuje się wśród bujnych drzew i rozlewisk rzeki Narwi. Obserwacja przyrody, możliwa jest tam dzięki ponad 500 metrowej kładce, zbudowanej cieżką pracą na palach, nad rozlewiskiem. Kurowo to raj dla amatorów ptactwa, dla miłośników kajakarstwa rzecznego i wszystkich innych spragnionych natury turystów. Osada zdaje się przy okazji oazą spokoju. Dopiero tutaj odczuć i zobaczyć można, co oznacza prawdziwa cisza. Pole biwakowe umożliwia wypoczynek na łonie natury. To idealne miejsce do spędzenia kilku wolnych dni.
Tuż przy bramie decyduję się poruszać wyznaczonym szlakiem. Ruszam i już po kilku kilometrach... ręce opadają. Śmieci. Wszędzie śmieci. W rowach ogromne wysypiska plastikowych butelek, reklamówek, lodówek, pralek, błotników, opon, silników. To co zaczęło się tak na prawdę już w Łapach, przerasta najśmielsze oczekiwania. Po drodze byłbym w stanie zmontować połowę auta i wyposażyć mieszkanie. Śmieci są tony. Dopiero kilkanaście kilometrów dalej dowiedziałem o co tutaj chodzi.
Podlaski Szlak Bociani prowadzi mnie wygodnymi drogami do Tykocina, uroczego, średniowiecznego miasteczka, znanego z bogatej, przedwojennej kultury żydowskiej. Wspaniała wielka synagoga, z kapitalnym wnętrzem i ciekawymi zbiorami, otwarta jest dla zwiedzających. Można w niej podziwiać nie tylko spuściznę tykocińskich Żydów, ale i rewelacyjną wystawę starej fotografii, ukazującej życie w dawnym mieście. Na zdjęciach widać, jak wielkie znaczenie miała tutaj Narew, jak kwitło życie lokalnej społeczności, a wreszcie, jak niewiele dzisiejsze miasteczko różni się od tego sprzed ponad półwiecza. Tykocin zachwyca układem ulic, prostokątnym, ogromnym rynkiem, czy ulicznym brukiem zamiast wszechobecnego dzisiaj asfaltu. Okazuje się, że miejscowych nie wzrusza już jednak, tak jak mnie, piękno tego miejsca. Pani w cukierni przy Starym Rynku, uświadamia mnie, że dzisiaj każdy potrzebuje wygód. Również Tykocin, gdzie czas mam wrażenie zatrzymał się na chwilę i zapomniał ruszyć dalej... 



W mieście tym lokowanym już w 1425 roku mieście, obejrzeć możemy także inne historyczne ciekawostki. Znajdziemy pieczołowicie odbudowywany zamek (powstały w latach 1550-1583 z inicjatywy króla Zygmunta Augusta- oddanie przypaść ma na czerwiec tego roku), alumnat, czyli dom dla wojennych weteranów z pierwszej połowy XVII wieku, kościół św. Trójcy oraz dwa pomniki: Stefana Czarneckiego (który Tykocin otrzymał za wojenne zasługi), oraz Orła Białego, na pamiątkę ustanowienia w tym mieście przez Augusta II, orderu o tym właśnie tytule. Będąc w Tykocinie, koniecznie należy odwiedzić także Pentowo. Znany nie tylko w Polsce dworek , słynie z bocianiego osiedla. Bociany upodobały sobie to miejsce szczególnie. Dzisiaj, na niewielkiej przestrzeni żyje ponad 30 ptasich par. Jako, że bociany są wierne nie tylko sobie, ale i miejscom w jakich zakładają swoje gniazda, rokrocznie wiosną, w Pentowie oglądać można niezwykły spektakl powrotów, godów i polowań tych przepięknych, charakterystycznych dla Podlasia ptaków. Dworek Henryki i Bogdana Toczyłowskich prowadzących "Fundację Bocian" stoi gościną dla wszystkich chętnych, pragnących posłuchać niezwykłych ptasich opowieści. Pentowo to miejsce magiczne. Wciąga niczym chodzenie po bagnach. Pani Henryka, kiedy przyjechała tu po raz pierwszy zachwyciła się nim dogłębnie. To, czy została tu dla swego męża, czy może rzeki, pozostanie jej słodką tajemnicą... 

Dla szukających prawdziwej gościny i ciepła drewnianego domu, domownicy przygotowali gościnne pokoje. Nie praktykowałem (jeszcze), ale ponoć poranka w Pentowie, nie da się porównać z niczym innym. Państwo Toczyłowscy własnymi nakładami pragną szerzyć informacje o gatunku bociana białego i w tym właśnie celu, na terenie ich posiadłości powstaje bociania galeria. Pani Henryka, w przemiłej rozmowie obiecała, że jeszcze w tym roku wnętrza wspaniałego, białego jak bocianie pióra budynku, gościć będą turystów i zielone szkoły.
W Pentowie dowiedziałem się też skąd wziął się śmierdzący problem. Gmina zamknęła wysypisko, zmuszając tym samym mieszkańców do opłacania bajońskich sum za wywóz śmieci
na białostockie wysypiska. Ludzie, nieudolność władz województwa i swój problem rozwiązują sami, w sposób jeszcze bardziej nieudolny. Pani Henryka swój przydrożny odcinek lasu osobiście sprząta kilka razy w miesiącu, gromadząc każdorazowo dziesiątki kilogramów odpadów. Szkoda, że ludzka głupota wymusza konsekwencje na przyrodzie. Coś co dzisiaj jest dla Podlasia skarbem, może zostać bezpowrotnie zatracone.
                  Szlak bociani prowadzi dalej na zachód, w stronę Kiermus. Trzeba jednak uważać. Narew wiosną jest szeroka. Poziom wody powoduje, iż szlak już w Niecięcach okazać się może nieprzejezdny. Bezpiecznie jest dopytać się o to miejscowych już w Tykocinie. Po dojechaniu do Laskowca, kierujemy się na północ, starym, zniszczonym i dziurawym jak szwajcarski ser asfaltem, położonym na brukowanym niegdyś Carskim Trakcie. Jakość drogi można wybaczyć oglądając się to na lewo, to znowu na prawo. Wjeżdżamy bowiem, na teren Biebrzańskiego Parku Narodowego, a tam widowisko ciekawsze jest aniżeli w niejednym cyrku. Jak okiem sięgnąć rozlewiska. Rozlewiska, bagna, lasy. Droga ta prowadzi nas do Goniądza przez blisko 30 km. Dla tych którzy nie są pewni, czy odcinek ten pokonają przed wieczorem, polecam znaleźć nocleg przed wjazdem do parku. Po drodze bowiem, mijamy zaledwie kilka malutkich osad.
Do Goniądza docieram tuż przed wieczorem. Schronisko "Nad Biebrzą" działa okresowo, tylko w sezonie letnim. Goniądz jest jednak na tyle duży, że ze znalezieniem noclegu nie mam problemu. Tej nocy, ugościli mnie Państwo Wróblewscy prowadzący w rynku małą agroturystykę. Przypadek sprawił, że znów trafiłem na marynarza. Pan Franciszek 30 lat spędził na morzu. Opłynął kawał świata, po czym z żoną powrócił do swojej rodzinnej miejscowości. Sam Goniądz jest niewielki. Niezwykłości miasteczku brakuje, ma jednak coś, dlaczego warto tu zajechać. Po pierwsze ogromna twierdza Osowiec (to coś dla miłośników militarnej historii), po drugie kapitalny widok z rynku na rozlewiska Biebrzy. Plaża miejska funkcjonująca w ciepłe dni, musi sprawiać frajdę nie tylko najmłodszym. Wiosną natomiast, staje się wyśmienitym miejscem obserwacji ptaków za pomocą lornetki.

Dzień 2 (Goniądz- Dąbrowa Białostocka; 70 km).
Dzień drugi podróży rozpoczynam spacerkiem nad rzekę. Poranek nie był tego dnia wybitnie atrakcyjny. O świcie padało, wiał dość silny wiatr, a przed dziewiątą utrzymywało się jeszcze całkowite zachmurzenie. Wyjeżdżając na trasę do Suchowoli, miałem małe obawy. Po drodze zaczęło się jednak przecierać, a wiatr dostałem w prosto w plecy. Jazda w takich warunkach to czysta przyjemność. Wyznaczona przeze mnie wieczorem trasa, prowadziła przez Nowe i Stare Dolistowo, dolinę Biebrzy do Dębowa i dalej na Sztabin. Natura jednak, po raz wtóry zweryfikowała mój plan. Utknąłem w zasadzie na samym początku. Droga przez dolinę kończyła się na moście w Dolistowie. Od marca, aż do początków czerwca, piaszczysty trakt może się okazać niemożliwy do przebycia sucha nogą. Fenomenalna jest moc przyrody. Fenomenalna jest też cierpliwość mieszkańców okolicznych wsi... 


Nie ma jednak tego złego... Dojeżdżam do Suchowoli, geometrycznego środka Europy wyznaczonego już w 1775 roku. Mija się z prawdą ten, kto twierdzi, że Polska leży we wschodniej Europie.  Spod suchowolskiego kościoła, po krótkim odpoczynku ruszam dalej. Nie długo jednak pedałuję. Co kilka minut z gęstych znowu chmur, pada drobny, lecz intensywny, wiosenny deszcz. Odpuszczam. Łatwo niepotrzebnie się przemoczyć. Decydując się na przekąskę wybieram klasyczny, znakomity lokal - przystanek PKS w środku pola. Droga prowadzi mnie przez Grodzisk i Zwierzyniec do Starej Kamiennej. Kilka przymusowych przystanków i znów czuję "za rogiem" obecność rzeki. Nade mną przelatuje ogromny klucz czapli siwych. Układ klucza jest niezwykły, więc nie tylko mój wzrok wędruje ku niebu.
W Starej Kamiennej trafiam na XVII wieczny, drewniany kościółek pod wezwaniem św. Anny. Jest to ponoć jedna z najstarszych drewnianych, rzymskokatolickich świątyń we wschodniej Polsce. Kościół swój patronat zawdzięcza miejscowej legendzie. Na przełomie XVI i XVII wieku istniał we wsi dwór rodziny Wiesiołowskich. Pani domu przyjaźniła się wielce z córką pewnego chłopa - Anną. Dziewczyna była jej oczkiem w głowie. Pewnego dnia, wydarzyła się jednak tragedia. Rozwścieczone psy zagryzły dziewczę. Smutek i żal zapanował we wsi, a pani Wiesiołowska obiecała postawić mieszkańcom kościół pod wezwaniem św. Anny i tym samym upamiętnić swoją ulubienicę.
Ludność Kamiennej dumna jest ze swego kościółka. Pierwszopiątkowa msza ściągnęła do otoczonej dębami świątyni, masę okolicznych mieszkańców. Starą Kamienną warto odwiedzić 26 lipca. Tego dnia przypada święto patronki, a odpusty z tej okazji, znane są ponoć w całej okolicy. Po 70 kilometrach docieram do Dąbrowy Białostockiej. Przez przypadek trafiam do Jasionówki, gdzie w gospodarstwie Państwa Jedlińskich znajduję wyborny nocleg. Do dyspozycji mam drewnianą chatę z ogromnym, rozgrzanym, kaflowym piecem po środku izby, oraz błogą ciszę za ścianą. Miodowe piwo przed snem i muzyka Caetana Veloso wybornie regenerują organizm.



Dzień 3. (Dąbrowa Białostocka - Supraśl; 92 km).
Sobota zaczyna się leniwie. Za oknem mży. Wstawanie wychodzi nieporadnie. Śniadanie, gorąca herbata i rozciąganie budzą mnie ostatecznie. W telewizji, prócz nie najlepszej prognozy pogody, zauważam znajome twarze. To pańswo Toczyłowscy z Pentowa opowiadają o swoich boćkach. Cóż za niespodzianka! Mimo drobnych opadów żegnam się z domownikami i ruszam do Różanegostoku. Sanktuarium maryjne i barokowy klasztor jezuitów robią wrażenie.
Tuż po godz. 11. na dworcu kolejowym w Dąbrowie Białostockiej, odbieram z pociągu Sylwię. Od tego momentu pedałujemy wspólnie. Przez wzgląd na deszcz i niesprzyjający kierunek wiatru zmieniamy zakładaną trasę. Planowany powrót nad Biebrzę - do Goniądza, przekładamy na inny, lepszy czas. W zamian za to, kierujemy się pagórkowatą drogą 673 prosto na Sokółkę. Ja uwielbiam podjazdy, a Sylwia zjazdy. Wspaniale się więc rozumiemy. Po dwóch godzinach drogi docieramy do Sokółki. Przy wjeździe do miasta wita nas cmentarz radzieckich żołnierzy. Niewiele już osób dziś o nim pamięta, a pomnik socjalistycznej architektury jest dla nas przykładem niebanalnej sztuki minionych lat. W mieście, postanawiamy wzmocnić się obiadem w przydrożnym barze. Nie wyszedł nam on wprawdzie na zdrowie, ale dzięki niemu mieliśmy choć trochę więcej energii do pedałowania.
A drogi przed nami jeszcze kawałek. Rezygnujemy z wizyty w meczetach w Bohonikach i Kruszynianach, kierując się krajową trasą numer 19 w stronę Czarnej Białostockiej. Powzięty 40 km wcześniej pomysł dotarcia do Białegostoku, znów ulega weryfikacji. Sylwia przestaje już zauważać przyjemność płynącą ze zjazdów i zaczyna dostrzegać trudność podjazdów.
Te, choć krótkie, to pokonywane w sąsiedztwie tirów nie należą do przyjemnych. Nie ma sensu taka podróż. Zwiedzanie Białegostoku przekładamy na bliżej nieokreślony czas i dajemy ostro w lewo. Asfalt gładki jak stół, wije się pagórkowato pomiędzy wysokimi, pachnącymi i intensywnie zielonymi świerkami Puszczy Knyszyńskiej, aż do Lipiny. Typowa, podlaska zabudowa w środku lasu, świeże powietrze i błoga cisza sprawiają, że nasze witalne akumulatory znów są pełne energii. Leśnym duktem przedzieramy się przez jedną z najpiękniejszych spośród polskich puszcz, by wyjechać w Kopnej Górze. Szczęściarze i pasjonaci mają tam możliwość zwiedzenia Arboretum, czyli ogród dendrologiczny. Jest to także miejsce, w którym zbiegają się szlaki piesze i rowerowe prowadzące przez knyszyńskie knieje. Z pewnością warto zejść leśne ścieżki. Podobnych atrakcji przyrodniczych co tych na wschodzie Polski, w centrum kraju jest niewiele. Ponieważ czas nas goni, a wieczór zbliża się siedmiomilowymi krokami, kierujemy się jednak prosto do Supraśla.


 Dzień 4. (Supraśl - Białystok; 36 km)
Supraśl - serce Puszczy Knyszyńskiej, to miasto słynące z prawosławnego monastyru, zbudowanego na bazie zespołu klasztornego ojców bazylianów (zapoczątkowanego budową w latach 1503- 1511). Na terenie monastyru, oglądać można odbudowywaną od lat powojennych, niemalże doszczętnie przez wojnę zniszczoną cerkiew obronną pod wezwaniem Zwiastowania NMP. Jej niepowtarzalny bizantyjsko-gotycki styl i strzeliste wieże, już z daleka  przykuwają wzrok turystów .
Ogromny obszar, monumentalna architektura i położenie klasztoru nad rzeką Supraśl poruszają wyobraźnię. Ciekawostką i niezbędnym punktem wycieczki do Supraśla, jest wizyta w rewelacyjnym muzeum ikon, położonym na terenie monastyru. Zbiór muzeum liczy ponad tysiąc ikon pisanych w najróżniejszych stylach, sygnowanych na przestrzeni wielu wieków. Tradycja i sposób ich tworzenia, nie zmieniły się od setek lat. Sztukę, jakość i walory artystyczne zebranych dzieł podkreśla niebanalny sposob ich ukazania. Muzeum to, niczym nie przypomina już tradycyjnych, polskich placówek muzealnych. Multimedialne prezentacje, nastrojowa muzyka i światło zaprojektowano specjalnie, dla podkreślenia rangi ikony w kulturze i religii prawosławnej. Supraskie muzeum ikon ma poziom światowy i powinno być brane za przykład.
Miasto, które w 1847 roku otrzymało prawa miejskie bogate jest w zabytki. Do wyżej wspomnianych dochodzą pałac Buchholzów z 1903 r., zrekonstruowany dworek Zachertów, kościół poewangelicki z 1870 r., cerkiew św. Jana Teologa z 1888 r., czy kościół p.w. Św. Trójcy.
Warto zajrzeć też na lokalne cmentarze, gdzie znajdziemy kapitalne kaplice cmentarne Buchholzów i Zachertów. Dla żądnych kultury na światowym poziomie warto wspomnieć, iż w Supraślu działa "Wierszalin"- jeden z najciekawszych polskich offowych teatrów.
Miasto tętni życiem turystycznym przez cały rok, jednak by poznać jego magię warto odwiedzić je w czerwcu, podczas Spotkań z Naturą i Sztuką. To ponoć idealny czas, by połączyć zwiedzanie z przyjemnością obcowania ze sztuką.
Po kilku porannych godzinach, zmuszeni jesteśmy do opuszczenia miasta. Zbliża się poniedziałek, praca i obowiązki. W drodze do Białegostoku podjeżdżamy jeszcze do Wasilkowa. Po drodze, ku naszej uciesze obserwać możemy zakończenie sezonu kąpielowego morsów. Wasilkowo skusiło nas Górą Krzyży i tamtejszym sanktuarium. Nie jestem wielkim miłośnikiem podobnych miejsc. O ile prawosławna Grabarka robi na mnie wrażenie swą prawdziwością i nienazwaną, lecz ewidentnie tam odczuwalną energią, to nieudana wasilkowska kopia drażni swą tandetną otoczką.
Z Wasilkowa kierujemy się prosto na Białystok. Choć tym razem nie zwiedzimy miasta, to na pewno tej przyjemności w przyszłości sobie nie odmówimy. Stąd też przecież wyprowadzają promieniście arcyciekawe szlaki rowerowe, idealne do zwiedzenia cudownego, pachnącego i zielonego Podlasia.
Biebrzański wyjazd, choć okazał się biebrzański tylko w połowie, uważam za bardzo udany. Czas na Podlasiu płynie inaczej, czyli tak jak płynąć powinien. Urokliwe miejsca, wspaniali ludzie i sobie przyrzeczona obietnica powrotu, na pewno ściągną nas tam jeszcze nie jeden raz.


W pigułce:
Trasa:
1. dzień: Łapy > Kurowo > Tykocin > Laskowiec > Goniądz.
2. dzień: Goniądz > Suchowola > Stara Kamienna >Dąbrowa Białostocka.
3. dzień: Dąbrowa Białostocka > Sokółka > Supraśl.
4. dzień: Supraśl > Wasilków > Białystok.

Długość trasy: ok. 280-300km.
Noclegi: agroturystyka (30zł/noc)
Dla kogo: dla miłośników ptaków, rzek i lasów.

Porady: warto przed planowaniem trasy ustalić, czy drogi będą przejezdne. Drogi położone niżej, są rok w rok zalewane przez rzekę. Warto zaplanować inne warianty. W okolicach Biebrzy zdarzają się kocie łby, szutry i kiepskie asfalty (ok.10%), co utrudnia, ale i uatrakcyjnia podróż trekingiem, generalnie jednak asfalt w wystarczającym wydaniu.

Warto zobaczyć: Narwiański Park Narodowy z siedzibą w Kurowie, Biebrzański Park Narodowy, twierdzę Osowiec, meczety w Bohonikach i Kruszynianach, lasy Puszczy Knyszyńskiej, monastyr i rewelacyjne muzeum ikon w Supraślu.

poniedziałek, 21 marca 2011


Po inspirację do Gdyni.
         Na pewno zastanawialiście się już nie raz, gdzie wybrać się na wakacje. Polska, Europa, świat? Przed tygodniem w poszukiwaniu takiej właśnie inspiracji udałem się na Ogólnopolskie Spotkanie Podróżników, Alpinistów i Żeglarzy KOLOSY 2011 do Gdyni.
Zacznijmy jednak od tego, jak znaleźć swój kierunek na kompasie?
Sposobów, żeby zainspirować się do podróży jest wiele, a jedną z nich jest... podróż.
Można odwiedzić zarówno targi turystyczne (to dla tych którzy lubią mieć wszystko pozapinane i zorganizowane od a do z), można udać sie na kilka dni w nieznany nam zakątek, by zasmakować czegoś innego (a nuż nam się spodoba i wrócimy tam na dłużej w czasie urlopu), można wreszcie odwiedzić znajomych, którzy tu i tam bywali.
Ale można także udać się do Trójmiasta.
Tam bowiem właśnie, od kilkunastu już lat odbywa się na początku marca, jedna z najciekawszych bez wątpienia imprez podróżniczych w kraju. Owszem, slajdowiska, spotkania z podróżnikami i smakowanie ich opowieści w kawiarnianych klimatach zdarzają się w całej Polsce, ale jednak Kolosy są tylko w Gdyni.
         XIII już edycja, odbyła się w dniach 11-13 marca. Po raz kolejny gospodarzem imprezy był wieloletni prezydent miasta Wojciech Szczurek, goszczący podróżników i kilkanaście tysięcy gości, na nowoczesnej, miejskiej hali sportowej.
Tego, że impreza ta działa na ludzi jak magnes, nie trzeba udowadniać. Wystarczyło spojrzeć na gigantyczne, kilkusetosobowe kolejki przed wejciem. Szczęśliwcy, którym udało się dostać do środka, mogli przez trzy kolejne dni weekendu, od godziny 10 do 22 i dłużej, oglądać, słuchać i przeżywać z obieżyświatami to, co ich spotkało w podróży. A opowieści jak zwykle, okazały się niezwykłe.
          
Magdalena Skopek opowiadała na przykład o tym jak smakuje mięso renifera i czym zajmują się  kobiety w nienieckim obozowisku (prawie wszystkim), Artur Labudda wykazał, że niepełnosprawność wcalenie nie musi oznaczać siedzenia w domu i na dowód przedstawił zdjęcia z wyprawy quadem, dookoła Polski, tuż przy granicach. Max Cegielski przekonywał natomiast, że warto w podróży zainteresować się codziennością i tymi, z którymi się spotykamy, oni bowiem stanowią o bogactwie naszej podróży, a Piotr Pustelnik po latach spędzonych w górach dalej zachęcał do wytrwałości w zdobywaniu celów. To, że coś nie uda nam się po raz czwarty, nie oznacza automatycznie, że nie uda się nigdy (może przecież udać się za piątym).
Pustelnik odebrał w Gdyni Superkolosa za całokształt dokonań. Jako trzeci Polak w historii, zdobywał Koronę Himalajów (przez blisko 20 lat). Ostatnich kilka lat niestrudzenie walczył z pechem, przy okazji stając się symbolem wytrwałości i solidarności w górach. Udowaniał wielokrotnie, że w życiu, prócz pasji, równie ważny jest drugi człowiek.
Tegoroczny festiwal zdominowali jednak (a jakże!) rowerzyści. Opowiadali o podróżach jednośladem przez Afrykę (trzy wyprawy w tym, w tym sztafeta śladami Kazimierza Nowaka), kilkutygodniowym trawersie (rowerowo - narciarskim) przez islandzkie lodowce (sic!), pedałowaniu sławetną Panamericaną i Carretera Austral przez Patagonię, bezdrożami Madagaskaru, rodzinnej wyprawie z Bratysławy do Rzymu (rodzice z dwójką dzieciaków po 2 i 4 lata), by wreszcie móc wysłuchać zupełnie nieziemskich, wyprawowych wspomnień Grzegorza Szyszkowskiego i Sylwestra Czerwińskiego. Ci dwaj Panowie, bez wątpienia zdybyli serca audytorium.
         Grzegorz Szyszkowski (laureat Kolosa 2006 i tegoroczne wyróżnienie) tym razem opowiadał o podróży przez Pamir Highway. Pokonał on ponad 2300km szlaku łączącego Tadżykistan z Afganistanem, na średniej wysokości ponad 4600m n.p.m.. Szlak ten jest dziś głównie znany jako droga przerzutowa opium w kierunku Moskwy i dalej do Europy. Trudno spotkać tam turystów. Nie ma hoteli, sklepów, sporadycznie trafić można do wsi. Ciekawostką jest fakt, że Szyszkowski odbył tym samym... samotną "podróż poślubną". Miesiąc wcześniej bawił się bowiem na własnym weselu.
         Sylwester Czerwiński – który zdobył tegorocznego Kolosa, doprowadził do wrzenia publiczność, swoją opowieścią, zdjęciami i nagraniami video o podróży rowerowej do Nowej Zelandii. Spędził w drodze dwa i pół roku wędrując z rodzinnego Goleniowa na wschód. Przez Tybet, Chiny, Tajlandię i Antypody dojechał do... swojej nowej (i jedynej jak narazie) żony. Poznał ją właśnie w Tajladnii, ale aby upewnić się czy to ta jedyna, z Australii wracał do niej, jakże by inaczej, rowerem.
Biografia Czerwińskiego jest sama w sobie niezwykła. W latach 90. XX wieku zainteresował się rowerem. Klub kolarski z jego miasteczka nie odważył się zabrać go na wyprawę w Alpy, przez co zmotywował go do... samotnego objechania Europy, a kilka lat później samotnej ekspedycji do Pekinu i z powrotem (za co zresztą dostał Kolosa w 2001 roku). Dziś ponoć nikt nie ma odwagi proponować mu wspólnego wyjazdu.
         Prócz rowerów, popularne w minionym roku okazały się motocykle. Dzięki Magdalenie i Michałowi Mochoń opowiedającym o ponad 22 tyś km spędzonych w siodle, można było dowiedzieć się ile dziur w dętce można złapać jednego dnia na bezdrożach Ameryki Południowej (17), a dzięki grupie Royaliści.pl, czy indyjskie motocykle Royal Enfield mogą bezawaryjnie przejechać Indie i nie tylko (nie mogą).
Dla lubiących żeglugę, znalazł się blok poświęcony wodzie. Czarująca wprost była opowieść kpt. Jerzego Radomskiego o życiu na 16 metrowym Czarnym Diamencie i 240 tysiącach mil morskich na wodzie (dla kogoś kto nie wie ile to jest 240 tyś mil morskich, proponuję spojrzeć na Księżyc - to "troszkę" dalej). Kpt. Radomski to postać kultowa, to żywa legenda. Dwunastokrotnie przepływał Atlantyk, sześciokrotnie Ocean Indyjski i blisko dwukrotnie Pacyfik. Odwiedził ponad 400 portów (w tym niektóre wielokrotnie), a jego samego i jego dwa, wierne psy mieszkające z nim "od zawsze" na Czarnym Diamencie, odwiedziło ponad 1000 żeglarzy z całego świata. Gospodarz legendarnej jednostki, której bali się nawet somalijscy piraci po 32 latach, w czerwcu 2010 roku wprowadził Czarny Diament do świnoujskiego portu.

Czy warto wybrać się do Gdyni za rok? Nie warto. Na pewno będzie mokro, zimno i beznadziejnie. Nie usłyszycie nic ciekawego, wynudzicie się jak mopsy...

wtorek, 25 stycznia 2011

Podsumowanie roku - Bitwa Warszawska 1920.


W czerwcu 2010 roku ruszyły zdjęcia do Bitwy Warszawskiej 1920, najnowszej produkcji, najwięszkego chyba z rzemnieślników polskiego kina Jerzego Hofmanna. Reżyser mimo swoich lat nie odpuszcza i decyzją o realizacji obrazu w technice 3D wzbudził spore zainteresowanie i gorące dyskusje. Za zdjęcia przy Bitwie Warszawskiej odpowiada natomiast inny specjalista światowego formatu - Sławomir Idziak. Pomysłowość i kunszt sztuki operatorskiej w filmie docenią zapewne nie tylko specjaliści. Niebagatelne ujęcia i sposoby świecenia proponowane przez Sławomira Idziaka robią potężne wrażenie. Choć kontrowersje wokół filmu budziły juz od dawna tak scenariusz, jak i obsada, to jednak z miłości do polskiej kinematografii, nie wypada filmu tego w kinie nie obejrzeć. 
W rolach głównych zobaczymy Borysa Szyca, oraz aktorkę rewiową Nataszę Urbańską. Obok nich wystąpiła w filmie cała śietanka polskiego aktorstwa z Danielem Olbrychskim, Wojciechem Pszoniakiem, Bogusławem Lindą czy rewelacyjnym Adamem Ferencym na czele.
Premierę przewidziano na wrzesień 2011. 

Trailer do filmu obejrzeć można pod adresem: http://www.youtube.com/watch?v=rbx5-uGGH0I

Więcej informacji na oficjalnej stronie filmu: http://www.bitwawarszawska1920film.pl/


Jerzy Hoffman na planie Bitwy Warszawskiej 1920.

Statysta na planie.

Statysta odgrywający rolę chłopa poborowego. 

 Statysta wcielający rolę rosyjskiego żołnierza.

 Chłopi ruszający na wojnę.

Inscenizacja sceny w szpitalu polowym. 

Realizacja trudnej logistycznie sceny przeprawy przez rzekę. Ponad trzystu statystów i kilkadziesiąt koni w akcji.


Rig 3D z obsługującym go Łukaszem Kośmickim, oraz wózkarz Andy Ściborek, na planie sceny przemarszu żołnierzy wracających z bitwy.

Jazda na planie do sceny poprzedzającej gwałt mleczarki. 

Scena odpoczynku rosyjskich żołnierzy.  

Adam Ferency w roli czekisty Bykowskiego.

Podsumowanie roku - Wygrany.

Wiesław Saniewski w kwietniu 2010 roku, po raz kolejny w swej karierze przystąpił do realizacji fabuły.
Tym razem opowiada o pasji. Ciekawostką jest, że opowieść ta, to opowieść o pasji zarówno swoich bohaterów, jak jego własnej.  W filmie zobaczymy m.in. Janusza Gajosa oraz utalentowanego Pawła Szajdę, znanego już wielbicielom polskiego kina chociażby z "Tataraku" Andrzeja Wajdy, Martę Żmudę - Trzebiatowską, Grażynę Barszczewską czy Wojciecha Pszoniaka.
Film sfotografował świetny polski, choć na stałe zamieszkujący za granicą operator- Piotr Kukla.
Jego szwenkierem (i zarazem drugim operatorem) w tej produkcji był Piotrek Sobociński.
Zdjęcia do Wygranego realizowano we Wrocławiu i okolicach, Warszawie oraz Baden-Baden.
Premierę przewidziano na marzec 2011 roku.

Paweł Szajda jako Oliver Linovsky.

Janusz Gajos

 
Wiesław Saniewski na planie swojego filmu zatytułowanego Wygrany. 

 Paweł Szajda odtwórca głównej roli - Olivera, utalentowanego pianisty.

 Gościnna rola Emila Karewicza.

czwartek, 9 grudnia 2010

NIEBO DLA GOŁĘBI

To nie był pierwszy raz, kiedy pijany jak bela Heniek próbował nad ranem niezauważenie wsunąć się wraz ze swym cuchnącym tanim piwskiem oddechem, do swego małżeńskiego łoża. Odkąd wrócił, Barbara nie mogła ponownie zasnąć. Męczyło ją to już od dawna. Wiele lat przymykała oko na poszychtowe wojaże swojego męża, ale teraz dostrzegła, że ciężar życia z alkoholikiem stanowczo ją przerasta. Spojrzała jeszcze na ginącą w półmroku Matkę Boską i za piętnaście piąta, podjęła decyzję. Odchodzi. Nie wiedziała tylko, kiedy.
Gdy kilka godzin później, stary górnik przecierał zaropiałe od snu powieki, Barbara zdążyła wrócić już z rynku, naobierać kartofli i przyrządzić zasmażkę z wątróbki. Obiad był prawie gotowy. Jednoizbowe mieszkanie familoka, które wspólnie zajmowali, wypełniał po brzegi kuszący aromat. Kto wie? Może to on właśnie go przebudził. Heniek wstawał dobrych parę minut. Wstawał niechętnie. Domyślał się jak będzie wyglądał ten sobotni poranek. Będzie głośny. Zawsze taki był, kiedy wieczorem wrócił do domu pijany. Choć kochał Barbarę ponad życie, nie dawał sobie rady ze swoją chorą przypadłością, która to ją bardziej męczyła, aniżeli jego samego. Wiedział to dobrze i dla niej właśnie wielokrotnie próbował z tym skończyć. Zawsze jednak kończyło się to tak samo.
Po paru minutach podniósł jednak wreszcie się z wersalki i półprzytomnym jeszcze krokiem ruszył w stronę okna.
- Zobacz - przyleciały! Przyleciały! -krzyknął radośnie i zaklaskał w dłonie, oglądając się jednocześnie w jej stronę. -Przyleciały! Z Pragi! Niecałe trzy dni... Szybko…
Barbara milczała pochylona nad patelnią. Nie chciała słuchać ani o gołębiach, ani o Pradze, ani o tym że szybko. Nie chciała słuchać go w ogóle. On tymczasem cieszył się jak dziecko. Robił tak zawsze od dwudziestu dwóch lat ich małżeństwa, kiedy na metalowej, dziś już mocno przerdzewiałej suszarce zawieszonej na oknie ich mieszkania, lądowały po kilku, a niekiedy nawet po kilkunastu dniach lotu, jego ukochane pocztowe gołębie. Heniek miał je w zwyczaju trenować, wypuszczając je z pomocą kilku kolegów - tirowców, z różnych miast Polski, a czasem nawet i Europy. Ptaków miał sporo. Kochał je wszystkie. Najbardziej jednak lubił cztery sztuki. To „rodzeństwo czempionów”- jak o nich mówił, składało się z dwóch białych i dwóch czarnych sztuk. Były najlepsze.
„Czempiony” wygrał Heniek w trzy karty na bazarze, kiedy były jeszcze młodziutkie. Uwielbiał je za wdzięk lotu i niezwykle lśniące pióra.
- Kiepski dzień dziś będzie - rzucił przez plecy, otwierając rozchwiane, zniszczone zębem czasu i uwojuchane kopalnianym dymem, którego tej zimy na osiedlu było wyjątkowo dużo, okno. – Zawsze, jak mi białe przylatują pierwsze to dobry mam dzień, a jak czarne to zły.
Nic nie odpowiedziała. Przegarnęła tylko swe gładkie włosy z gorącego czoła i westchnęła:
- Głowa mi pęka. Obiad jest. Chcesz to jedz.
Nie chciała wdawać się z nim w dyskusję. Dziś wyjątkowo potrzebowała wolnego od życia. Znała mnóstwo historii o gołębiach. O tym, że przynoszą szczęście także. Osobiście nigdy tego „szczęścia” nie zaznała. Przynajmniej tak twierdziła. No, bo co to za szczęście mieszkać od kilkunastu już lat, z mężem pijakiem, na poddaszu kamienicy, w pokoju z kuchnią tylko, gdzie zimą w piecu samemu palić trzeba, a mimo to zimno jest jak jasna cholera, za to latem od rozgrzanego smołowanego dachu gorąco jak w piekle. To szczęście? A może szczęście to pracować w sklepie oddalonym od domu o 27 kilometrów i codziennie półtorej godziny w jedną i półtorej w drugą, dojeżdżać do roboty z czterema przesiadkami? To jest to szczęście? Czy może mąż górnik to szczęście? Ten, o którego boisz się cały dzień, o którym myślisz jak słyszysz karetkę na sygnale pędzącą przez miasto. No tak? To jest szczęście?
Może one i szczęście przynoszą- myślała, ale nie jej. Jej to, co najwyżej smutek. I żal. I to wielki. Milczała więc. Stała nad kuchenką zamyślona i patrząc się w ogarniającą ją nicość poddawała się bezlitosnemu losowi. Jeszcze niedawno harda i odważna, świat swój zmienić chciała, teraz znów pokorna i bezbronna, ginęła w swej szarej codzienności.
Henryk upewniwszy się czy numery na gołębich nogach się zgadzają i że żadnemu
z gołębi nic się nie stało, zamknął okno i podszedł do stołu by sięgnąć po papierosa. Jego białe kalesony kontrastowały w przyciemnionym pomieszczeniu. Choć na zegarze dobiegała dwunasta, to przez niziutkie, mocno zaparowane okna niewiele światła wpadało do środka. Zgarbiony życiem i ciężką robotą Heniek usiadł na stołku, urolował parę razy w swych pożółkłych palcach swego ostatniego fajka i rozejrzał się dookoła szukając zapalniczki. Nie mogąc się jej dopatrzeć sięgnął do ognia na kuchence, by za chwilę zaciągnąć się głęboko. Powietrze zaświszczało w jego brudnych płucach. Spojrzał na Barbarę. Dalej stała nieruchomo.
Poczuł się co najmniej dziwnie. Jej zachowanie nie było normalne. W głębi duszy liczył na awanturę. Po niej mógłby przynajmniej ją przepraszać, prosić o łaskę, tłumaczyć się, że mu ciężko i żeby znów spróbowała mu pomóc, bo on sam tego na pewno nie pociągnie. A tymczasem nic. Głucho.
Wypalił wiec papierosa i nałożył obiad. W tym milczeniu, w tej ciszy swojej kompletnej,
w tej atmosferze niezdrowej dzień cały poruszali się jak po omacku. Delikatnie, żeby się nie dotknąć, żeby przypadkiem nic nie powiedzieć, żeby wzrokiem się nie spotkać. Byli, a tak było, jakby ich tam nie było wcale. Radio tylko za nich mówiło. On ptaki nakarmił, przegonił, coś tam zmajstrował, a ona tylko gdzieś za oknem, za tymi jego gołębiami po dachu szopy wzrokiem wodziła. Śnieg na dworze sypał z ciemnej chmury, to i w izbie zmrok zapadł szybciej niż zwykle. „Matysiakowie” dobiegali końca a Heńka już nosiło. Twardy to był chłop, ale taki jeden dzień w chałupie, to dla niego za dużo. Przeszedłby się gdzieś, na ulicy stanął, z kumplami pogadał, do browaru poszedł a tu nic. Wreszcie nie wytrzymał. Galoty założył czyste, koszulę elegancką, buty szmatą przeleciał i narzucając w progu kurtkę, rzekł do Barbary:
- Na hale idę. Gołębie obejrzę. Dziś wystawa. O ósmej będę. Obiecuję…
Mówił to szczerze. Wyjątkowo szczerze. Gdyby go Barbara mogła w tej ciemności dojrzeć, to widziałaby w jego oczach wyryte postanowienie poprawy. Dzień z nią spędził w takiej ciszy, jakiej dawno już u nich w domu nie było. Kiedy pił, ona go prostowała jak mogła, ale zawsze ktoś coś mówił. Może i krzyczała na niego- miała prawo, ale zawsze, prędzej czy później zaczynali rozmawiać. W głębi duszy bał się takiego milczenia. Bał się, że kiedyś Barbara go zostawi.
Teraz nawet się nie obejrzała. Widziała go za chwile na dole, jak wychodzi z kamienicy na śnieg, jak się potyka o wystającą płytę oblodzonego podwórka, jak z furtki pomiędzy garażami wychodzi i dalej przed siebie pomarańczowo oświetloną ulicą idzie.
Niech leci- myślała. Osoba Heńka zaginęła w oddali, tak jak zaginęła niecałe dwie godziny później pod dachem zawalonej konstrukcji katowickiego centrum wystawowego.
Barbara, przez całą noc modląc się pod siatką odgradzającą rumowisko zawalonych targów katowickich, nie mogła wybaczyć sobie, że go wtedy w tych drzwiach nie zatrzymała. Przecież miała do tego prawo, przecież on należał do niej. Łzy rzeką płynęły jej po policzku, bo wiedziała, że to nie on, ale że ona błąd popełniła. Że szansy raz jeszcze mu nie dała, że dłoni swej, przez lata do niego wyciąganej teraz mu akurat poskąpiła. Stała tam, więc w skupieniu, czy letargu może, wśród obcych a teraz tak bliskich sobie ludzi i czekała. Nic zrobić innego, jak tylko na niego czekać, już przecież nie mogła. Obiecał, że wróci …
Przy trzydziestym czwartym ciele dała się namówić młodziutkiej psycholożce, żeby wróciła do domu. Tak długo stać na mrozie jest niebezpieczne. Jeśli coś będzie wiadomo, zadzwonią.
Ile spała, sama nie wiedziała. Rozbudził ją dopiero telefon. Było już jasno. Ktoś nie przestawał dzwonić. Patrzyła zza kołdry na stary, zielony aparat stojący na parapecie okna i prosiła Boga, żeby ją z tego piekielnego snu zabrał. W końcu wstała i podeszła by odebrać. Wyjrzała jeszcze na podwórze. Do gołębnika wróciły białe czempiony.